Witam w Chabaziewie

Witam w Chabaziewie

niedziela, 19 czerwca 2016

Truskawki

Oczywiście dzięki Klareńce znalazłam się we wczesnym lecie, jest cudnie. 

Siedzę sobie cały tydzień w Chabaziewie, upajam się sielskością, ciszą i piękną pogodą, jestem w swoim żywiole.
Pracy się trochę nazbierało, bo po dwóch a właściwie trzech weekandach świętowania , imprezowania i nic nie robienia trawsko osiagnęło ogromne rozmiary.
Ale powoli opanowałam sytuację. Znów było koszenie, plewienie, wydzieranie chabazi a na koniec ich palenie i sadzenie nowych nabytków. Toszkę zeszło z szukaniem odpowiedniego miejsca, jak zwykle nachodziłam się aby je znaleźć ale już sobie rosną posadzone w ogrodzie. Mogę kupować następne.
W pracach polowych pomagał mi oczywiście mój Niuniek, tutaj wącha kwiatki - goździki:




I w tym szaleństwie ogrodowym sąsiadka uraczyła mnie truskawkami. Co prawda nie przewidywałam w tym roku nowych przetworów ( jeszcze mam z ubiegłego ), ale wiaderko truskawek wymusiło na mnie inicjatywę.
Truskawkami zajadamy się już od pewnego czasu w różnych zestawach. Np. pogniecione z cukrem, śmietaną i z kaszką manną ( przysmak mój i córki ), syn preferuje solo a mąż takie prosto z krzaczka.
Każdy coś fajnego, innego i zdrowego.   





Tradycyjnie;  kilka słów o dobroczynnych właściwościach :

Truskawki zawierają sporo witamin a w połączeniu z magnezem odkwaszają organizm. Są żródłem m.in kwasu elegonowego, który chroni przed nowotworami. Poprawiają przemianę materii, oczyszczają jelita i korzystnie wpływają na florę bakteryjną. Wykazują dzialanie odtruwające, antybakteryjne oraz wzmacniają organizm. Wskazane m.in. przy chorobach reumatycznych, schorzeniach watroby, nerek, kamieni moczowych i żółciowych oraz przy podagrze.

No i ich nadmiar muszę przetworzyć;

1. truskawki w syropie, to mój sprawdzony przepis, który gdy tylko biorę się za przetwory to go robię.

- 2 kg. truskawek,
- 0,8 kg cukru,
- 1,6 l wody
Zagotowuję syrop i na wrzący wsypuję truskawki ( umyte, odszypułkowane i osuszone ). gotuję 3 mniuty.
Ściągam z ognia i czekam aż wystygną. Truskawki przecedzam a syrop ponownie zagotowuję i na gotujący wrzucam truskawki. Ściągam z ognia. I trzeci raz robię tak samo tyko truskawki gotuję w syropie 3-4 min.
W międzyczasie przygotowuję słoiki. Mój sposób: przegotowuję wodę w czajniku, wlewam do słoików ( ok 1/4 słoika ), zakręcam, potrząsam i zostawiam. I taki gotujące się truskawki przekładam do słoików. Nie pasteryzuję i jeszcze nie zdarzyło mi się aby coś się zepsuło.

2. nie byłabym sobą gdybym nie zaczęła coś kombinować. I tak znalazłam dwa ciekawe przepisy, które zamierzam wypróbować.. Pierwszy to różany syrop z truskawkami. Podobno wspaniały do wody na upały, do deserów i jogurtu. Do tego przepisu zachęciła mnie również kwitnąca za oknem róża.



- 1kg truskawek,
- 1l wody,
- 1kg cukru,
- 40 kwiatów róży

Płatki oberwać, połowę za nich zagotować w wodzie, zdjąć z gazu. Wywar pozostawić na 20 minut do macerowania, następnie odcedzić, wlać z powrotem do garnka. Drugą połowę płatków zagotować w wywarze, znowu pozostawić na 20 minut do macerowania, następnie wywar odcedzić i przelać do drugiego naczynia. Wywar wstawić na kuchenkę, dodać truskawki i cukier, zagotować i gotować na wolnym ogniu około 3 minut. Jeszcze gorący wywar przelać do słoików. Ciekawy, fajny smak , czuć delikatnie różę.

3. a do tego przepisu przekonał mnie krzaczek rabarbaru, który w tym roku ładnie się rozkrzewił i aż szkoda tego nie wykorzystać.



i tak jest drugi przepis,  konfitura rabarbarowo - truskawkowa. 

- po 0,8 kg truskawek i rabarbaru,
- 0,5 kg cukru żelujacego ( 3:1 ),
- 2 łyżki hibiskusa

Rabarbar oczyścić, obrać, pokroić na ok 2 cm kawałki. Wrzucić do gorącej wody i obgotować 1-2 min.
Wodę wylewamy. Robimy to po to aby pozbyć się kwasu oksalowego, który utrudnia proces żelowania.
Przekładamy rabarbar do garnka, zalewamy 100 ml wody i dusimy do miękkości, 3-4 min.
Truskawki oczyścić, umyć, odszypułkować. Owoce zmiksować lub pokroić w drobną kostkę, wymieszać z cukrem żelującym i hibiskusem. Jeżeli pokroimy truskawki odstawić najpierw na 3 godz.
Mieszankę zagotować i zgodnie z instrukcją na opakowaniu cukru intensywnie gotować 4 min., ciagle mieszając.  Jest super, lekko winna, ma piekny kolor właśnie dzięki hibiskusowi lub innemu barwnikowi ( rabarbar odbarwia ). Ja dodałam herbatę owoce leśnie z hibiskusem , taką  '' fusiastą ".

W trakcie przygotowania, ta mniejsza miseczka to rozgotowany rabarbar:



a to efekt końcowy; większy słoik to różany syrop z truskawkami, mniejszy słoik konfitura:


  



niedziela, 12 czerwca 2016

Super było ...........

Minął kolejny tydzień i to jak szybko. Niecierpiliwe czekałam jego końca bo................

Tym razem na weekend przyjechała moja córka. Uwielbiam takie chwile kiedy mam wszystkie moje dzieci u siebie. Że mogę się nimi zaopiekować ( choć tego nie potrzebują ) i chociaż kulinarnie mogę je porozpieszczać. Syn Michał jest co prawda na codzień, jednak w takich momentach jest częstszym gościem w rodzinnym domu i te pobyty są zdecydowanie dłuższe. Ma to również zastosowanie do przyjazdu wnuczek, które uwielbia zresztą z wzajemnoscią. Natomiast przyjazd Beatki to święto. Zdarza się ono zaledwie kilka razy do roku i zawsze z radością czekam na kolejny raz.
Czasami przychodzą mi refleksje, jakie te moje dzieci są już dorosłe i samodzielne kiedy to się stało? Jak ten czas szybko przeleciał. Duma mnie rozpiera jak na nie patrzę, jak coś szepczą, śmieją się, są takie młode, piękne, wspaniałe i kochane.

Jak zawsze przed przyjazdem Beatki biorę się za gotowanie Jej ulubionych dań. A są to takie właściwie stałe dyżurne  potrawy, które są jakby trzonem moich poczynań kulinarnych ; barszcz ukraiński, fasolka po bretońsku i koniecznie kotlety z piersi kurczaka a do tego ziemiaczki i buraczki w śmietanie.  

 Przy okazji zostałam, można powiedzieć obsypana kwiatami. Nic nie sprawia mi takiej przyjemności ( oprócz w/w ) jak otrzymywanie kwiatów a co ważne doniczkowych a zwłaszcza jak sobie sama wybiorę, choć niespodzianki też są super.  Tym razem są to kwiaty ogrodowe, oczywiście do Chabaziewa. Doniczkowe przy odpowiedniej pielęgnacji cieszą oko i wywołują wspomienia przez długie lata.

A są to trzy piękne hortensje ( dwie niebieskie, jedna czerwona ) i trzy róże ( dwie rabatowe; czerwona i herbaciana ) i jedna prawdziwa piękność prześlicznie pachnąca z odmiany Poulsena w kolorze czerwonym ).
Zapakowane czekają na wycieczkę do miejsca przeznaczenia czyli do Chabaziewa.

No i czeka mnie znów kombinowanie gdzie je posadzić. Zgodnie z zasadą, o której wcześniej wspominałam, że najpierw kupuję ( tym razem dostaję ) a później kombinuję. Ale lubię ten stan, mogę tak nawet codziennie.

I przyszedł koniec weekendu, czyli niedziela i czas pożegnań. Co dobre szybko się kończy.
Beatka pojechała i właśnie dojeżdrza do swojego domu.

Pożegnałam również moją siostrę, która także siedzi już na walizkach.
Po naszych spotkaniach otrzymałam dużo materiału, który będzie wykorzystany do moich poszukiwań genealogicznych. Jest to stary album ze zdjęciami, który był kiedyś w posiadaniu naszych dziadków.
Niesamowite wrażenie, bo właśnie dzisiaj poznałam moich pradziadków. Jest tam również dużo innych osób, które będę starała się zidentyfikować i wykorzystać ich podobizny do mojego finalnego opracowania. Coś wspaniałego i eksytującego.

to fragment rodzinnej historii:




 

niedziela, 5 czerwca 2016

Dziki bez - kwiaty i tornado bis

I tak jak przypuszczałam, w ten weekend było w Chabaziewie tornado bis. Jak ono wygląda o tym szerzej w poprzednim poście. Większej różnicy nie zauważyłam. Tym razem było to w wykonaniu wnuczek mojej siostry, Nikoli i Roksany. Co prawda są one młodsze od moich ale nie mniej zdolne i zaradne. I tym sposobem znów do Chabaziewa zawitała młodość, krzyki i zabawa.
Również były miłe pogawędki, degustacje i wspomnienia w towarzystwie mojej siostry, z którą niestety nie często się widuję. Od kilku lat mieszka w Anglii. Ale za to spotkania są bardziej wzruszające, intensywne i ogólnie mówiąc super.

 I w tym pięknym czasie właśnie pięknie kwitnie bez . A ponieważ jest piękna słoneczna pogoda więc jest bogaty w pyłek, który jest niezbędny do wrobów. A są to głównie wyroby procentowe.




Wiadomo, że jest on dobry na nerwice, stany zapalne żoładka, biegunkę, nerwobóle i jeszcze pewnie długo by wyliczać. Wspomnę jeszcze, że wspomaga leczenie astmy, kataru, gorączki, reumatyzmu, zapalenia oskrzeli. I chociażby już to jest powodem by nie przegapić jego kwitnienia i zabrać się do roboty.  
A ta robota jest przyjemna nie wspominając o degustacji.

1. Przepyszne, delikatne wino, lekko musujące. Specjalistą w produkcji win jest mój mąż. Odbywa się to tak, że ja znajduję jakiś ciekawy przepis, najlepiej co roku inny - nowy  i mój mąż przystępuje do pracy.

- zbieramy 90 baldachów ( kwiatów ) koniecznie w słoneczny, suchy dzień,
- 12 cytryn,
- drożdże winne, pożywka
- cukier,
- 40 litrowa butla

Baldachy wkładamy do garnka, myjemy cytryny, kroimy w talarki i dokładamy do kwiatów. Zalewamy gorącym syropem ( w 3 litrach wody rozpuszczamy 1 kg. cukru ), mieszamy. I tak maceruje się 3 dni. Uwaga na muszki - my sobie radzimy okrywając macerat gazą. Kilka razy dziennie należy mieszać. Po tym czasie odciskamy sok , który wlewamy do butli. Równocześnie dodajemy drożdże ( przygotowujemy wg instrukcji ) i dodajemy wodę z rozpuszczonym cukrem.  Woda zawsze musi być przegotowana i wystudzona a cukier zawsze rozpuszczony w wodzie przed dodaniem do butli. Cukier mąż dodaje partiami a jego ilość zależy od tego jak mocne i jak słodkie ma być wino. Przeważnie jest to około 10 kg. cukru.
Jak fermentacja się uspokoi, ściągamy wino do drugiej butli, garnków, pojemników itp. Po zlaniu wylewamy osad, myjemy butlę i z powrotem wino do niej wlewamy. I możemy tak przechowywać lub zlać po około pół roku do butelek. Ja staram się zawsze zdążyć z tą czynnością przed pojawieniem się nowych owoców w roku następnym.

Natomiast moja specjalność to nalewki. Co roku z czymś ekseprymentuję i podobnie jak z winami, staram się zrobić coś nowego i intrygującego zgodnie z kalendarzem dojrzewania owoców.

2. Przepis na nalewkę z dzikiego bzu jest zbliżony do w/w.
I tak potrzebne jest;
- 50 baldachów kwiatów czarnego bzu, zasady jak powyżej,
- 2 cytryny,
- 3 limonki,
- 70 dkg cukru, litr wody,
- łyżeczka korzenia arcydzięgla,
- 1 litr spirytusu.

Gotujemy syrop, studzimy.Cytryny myjemy, kroimy w plasterki, wyciągamy pestki. Do słoja wkładamy kwiaty, przekładamy je plasterkami cytryny, zalewamy syropem i przykrywamy płótnem. Pozostawiamy w słonecznym miejscu na 10 dni. Co jakiś czas mieszamy drewnianą łyżką. Przecadzamy przez gęste sito ( gazę ) i sok łączymy ze spirytusem i dodajemy sok z limonek i arcydzięgiel. Odstawiamy na 4 tygodnie i co kilka dni wstrząsamy słojem ( szczelnie zamkniętym ). Po tym czasie pozostawiamy nalewkę do sklarowania, po czym zlewamy znad osadu i odstawiamy aby trunek dojrzał.

3. W tym roku po raz pierwszy zabrałam się za syrop.
- 40 baladachów kwiatów dzikiego bzu,
- 4 duże cytryny,
- 2 kg cukru,
- 1,5 litra wody

Gotujemy syrop. W tym czasie obcinamy nożycami kwiaty ( jak najmniej zielonego ), myjemy cytryny, wyciskamy sok a skórki kroimy. Goracy syropem zalewamy kwiaty, skórki i sok. Pozostawiamy na 2 dni, od czasu do czasu mieszamy. Po tym czasie przecedzamy , zlewamy do butelek i pasteryzujemy.

I korzystamy z dobroczynnych właściwości.

a to efekty końcowe; nalewka i sok a wino bulgocze w butli i raczej nie wygląda na tym etape ciekawie:



 

niedziela, 29 maja 2016

Weekend z wnuczkami

Cały długi kolejny weekend pełen wrażeń ale jakże inny od tego tzw. majowego. Piękna letnia pogoda zachęca do ruszenia się z domu i zorganizowanie czasu na świeżym powietrzu. I tak też było.

Ale po kolei bo przyjemności jest kilka.

Dzień matki zaskoczył mnie pięknymi życzeniami od kochanych i wyjątkowych latorośli i pięknym storczykiem :

I dalej:
Najwięcej radości sprawił mi przyjazd, a właściwie przylot wnuczek ( o północy ) na te kilka dni. Jak zawsze gdy Klara przyjedzie albo odwrotnie mój blog doznaje pewnych nowych przeobrażeń. Tak jest i tym razem; zmiana czcionki, koloru w nagłówkach i co najistotniejsze, dodanie etykiet. Spowodowało to pogrupowanie postów wg tematów i zagadnień. Wprowadziło w moim odczuciu taki ład i uporządkowanie. Jest super.

Jak przystało na ten szczególny weekend zorganizowałam odpowiednio czas aby nie było czasu na nudy, a były same miłe wspomnienia.
W pierwszy dzień ( czwartek ) była tzw. aklimatyzacja Klary i Zary w Rzeszowie, czyli zaliczony plac zabaw będący w zainteresowaniu Zary a w godzinach popołudniowych ogrodowy gril. A na grilu kiełbaski dla większości i piersi z kurczaka dla wybrednego syna.


Drugi dzień ( piętek ) to całodniowy wyjazd do Chabaziewa. Tematem przewodnim było podlewanie kwiatów. Na szczęście kwiaty przeżyły kilka dni upału a skuteczna reanimacja przywróciła im piękny wygląd.
Ale nie tylko było podlewanie roślin.
Były koleżanki ( oczywiście wnuczek ), było zabawnie i wesoło. W ruch poszły konewki z wodą, ale tym razem nie z przeznaczeniem dla kwiatków ale było to coś na wzór wielkanocnego leja. Śmiechu, radości i wrzasku było co nie miara, po prostu Chabaziewo odmłodniało. Na hakach zawisły huśtawki, zabawki wylądowały na ogrodzie,  małe tornado przeszło przez dom. Takie sobie hulanki, swawole bez tańców.
I tak zleciał cały dzień na wspaniałej zabawie. Pozostało pobojowisko, zastanawiam się czy sprzątać czy zostawić, bo za około tydzień przyjeżdża druga zmiana czyli moja siostra z dwiema wnuczkami. Chyba się jednak nie opłaca!!!!

Na szczęście kwiaty zostały nienaruszone i pozostały na swoim miejscu:


No i trzeci dzień ( sobota ) to zaplanowana wycieczka nastawiona tym razem na edukacyjno - poznawcze doznania. Jedziemu do Kolbuszowej do skansenu. Jest to stosunkowo niedaleko ( 30 km ) a fajnie spędziliśmy dzień.


A to kilka migawek ze skansenu:

 zagroda z super wiejskim ogródkiem ( takie sielankowe uroczysko )
 
 fantastyczne ule w zagrodzie ( ale pomysły )
młyn wodny z 1897 roku
 kościół pw. św Marka z 1843 roku
zagroda ; dom, stajnia, stodoła , połowa XIX w.
kapliczka 1824 rok.

To pierwszy punkt mojego planu poświęconego pokazaniu moim wnuczkom piękna Podkarpacia w tym oczywiście przepięknych Bieszczad. W końcu to rodzinne strony ich mamy no i dziadków. Za każdą pobytnością gdzieś będziemy jeździć i coś będziemy oglądać i poznawać.
Na początek tak na rozgrzewkę był to właśnie skansen w Kolbuszowej

Był to wspaniały weekend i wszyscy byli zadowoleni, a to ważne.
I w niedzielne wczesne popołudnie wnuczki odleciały i wszystko wróciło na chwilę do normy.
Na chwilę, bo niedługo już wakacje!!!!!

niedziela, 22 maja 2016

Genealożka - rolniczka

Jak już wcześniej wspominałam,  nosiłam się z zamiarem rozpoczęcia poszukiwań genealogicznych.
I właśnie to się dzieje od pewnego czasu. Muszę przyznać, że w tym temacie internet jest niezastąpiony. Są wspaniałe strony i wspaniali ludzie, którzy je tworzą i się nimi opiekują. Szczególnie dla mnie pomocna jest ; http://www.genealogia.okiem.pl , ale korzystam też z wspaniałych zasobów ; http://genealodzy.pl/
To właśnie w tej pierwszej, kierowana od pierwszych kroków, znalazłam dokument sporządzony na okoliczność narodzin mojego dziadka ( księgi parafialne ) , a przyznam się, że nie miałam wielkich na to nadziei ponieważ ta gałąź mojej rodziny pochodzi z Kresów. Wspaniałe przeżycie, no i szukam dalej.
Teraz poszukuję moich pradziadów itd. wstecz. To jest na razie jedna gałąź rodziny a jest ich co najmniej cztery. A przy okazji uczę się łaciny, aby wiedzieć co w księgach parafialnych jest zapisane.

To oczywiście nie wszystko, bo odwiedzam w wolnych chwilach różne urzędy, archiwa, parafie itp.i każda odszukana nawet najmniejsza wiadomość jest nieoceniona i daje wiele radości i powera do dalszych poszukiwań.
Zdaję sobie sprawę, że to potrwa kilka lat ale jak to się mówi ; gra warta świeczki, ja czas mam i chęci.

Najbardziej, tak patrząc z perspektywy, szkoda, że nie wykorzystałam wiedzy osób,których już niestety nie ma wśród nas. Teraz jest to błądzenie i korzystanie z informacji, gdzieś tam kiedyś usłyszanych.
Niemniej jednak w poszukiwaniach intensywnie wykorzystuję członków rodziny i słucham co mają do powiedzenie a później postaram się sprawdzić i potwierdzić odpowiednimi dokumentami.

Zajęłam sie tym bo jest to fascynujące zajęcie dla mnie no i pragnę przekazać potomnym  historię rodziny. 
Na ten czas jeszcze nie wiem jaka będzie ostateczna forma tej pracy, jak mój mąż mówi naukowej.
Ale na pewno nie będzie to tylko typowe drzewo genealogiczne, mam zamiar zabawić się trochę w literata i zawrzeć jakąś treść mniej lub bardziej potwierdzoną .

Mój mąż określił mnie w pewnym momencie jako; historyka ( bo genealogia ), literata  ( bo blog ), ekonomistę ( bo wykształcenie ) i rolnika ( bo Chabaziewo ). Z wiekiem przybyło mi trochę tych zainteresowań i to jeszcze nie wszystkie,  ale od przybytku głowa nie boli.


Oczywiście nie zaniedbuję Chabaziewa , nadal sadzę, koszę, podlewam, dekoruję, przenoszę z miejsca na miejsce rośliny i tworzę różne aranżacje.

To jedna z nich; stara sieczkarnia na tle kwitnącego złotlinu


Robię zdięcia i obserwuję przyrodę.

Dzisiaj przez okno kuchenne zobaczełam pasącego nie na łące koziołka a może sarenkę?


W budkach legowych nam młody przychówek. Budek mam trzy wszystkie pełne i ćwierkające a w jednej z nich zalęgły się jaskółki. Mama jaskółka jest niesamowita, wylatuje na polowanie a po powrocie dokładnie nas obserwuje i jak stwierdzi, że jej nie podgladamy wpada przez otwór do maleństw i szybciutko leci dalej na łowy.
Tak, że dużo się dzieje na wsi.

A ja po kilku dniach intensywnej pracy dzisiaj, w niedzielne popołudnie  upajam się tą wiejską sielanką.
A do szczęścia potrzebny mi leżak, piękana pogoda, słoneczko, sudoku i lody miętowe z czekoladą. 

I towarzystwo krasnala, który zwie się Ewel ( od imion miłych darczyńców );



niedziela, 15 maja 2016

Pokrzywa

Zgodnie z tym co wcześniej pisałam, że jemy to co aktualnie urośnie, przyszedł czas na pokrzywę.
Rośnie ona w okolicach Chabaziewa w bardzo dużych ilościach, tak że jest ona wykorzystywana praktycznie przez całe lato. Chociaż na wiosnę jest najbardziej smaczna a ważne aby nie zdążyła zakwitnąć.
Na pierwszym planie mój Niuniek a dalej bukiet pokrzyw:




Pokrzywa - powszechnie znany chwast o parzących liściach jest niezwykle bogata w składniki mineralne, witaminy i cieszy się sławą rośliny leczniczej. Należy ona do najważniejszych chwastów tak zwanej kuracji majowej oczyszczającej krew. Działa wzmacniajaco, obniża poziom cukru, wspaniale wpływa na proces przemiany materii, zwiększa poziom hemoglobiny, obniża ciśnienie krwi i jeszcze można by było długo wymieniać jej wspaniałe właściwości. Ale to już wystarczy aby się na nią skusić.

Podsumowując ; cytatat Apicjusza w Sztuce kulinarnej:  
Kiedy słońce będzie w znaku Barana, spożyj jeśli chcesz zapobiec chorobie pokrzywę zwyczajną.

Te mądrości są powszechnie znane niemniej jednak uwielbiam zaglądnąć do wspaniałego wydania ,
pani Hanny Szymanderskiej - Z łąki na talerz. Jest w niej mnóstwo przepisów i opisów praktycznie wszystkich tzw. chwastów jadalnych.

U mnie w kuchni zagościła na stałe od kilku lat o tej właśnie porze roku.
Używam jej gdzie się tylko da, czyli po uprzednim przelaniu wrzątkiem ( wówczas nie parzy ) do różnego rodzaju surówek, sałat, zup i dań z sera .
Oczywiście również suszę łodygi na jesienno - zimowe herbatki lub sproszkowane dodaję jako przyprawa do różnych potraw.

Największym powodzeniem cieszy się zupa z pokrzywy, są różne przepisy a ja mam kilka swoich sprawdzonych.

1. Zbieram dwa duże bukiety pokrzyw ( w sumie około 50 łodyg ) oczywiście z dala od drogi i koniecznie w rękawicach. Po przepłukaniu wkładam do garnka zalewam wodą  i gotuję ok 30 min. W tym czasie drobno kroję dwie duże cebule, które szklę na odrobinie oleju. Pod koniec wciskam 4 -5 ząbki czosnku i chwilkę razem podgrzewam. Wlewam wodę i wrzucam 4 ziemiaki pokrojone w kostkę, gałązkę lubczyku i łodyżki pietruszki. Ostatnio dodałam również pierś z kurczaka. I gotuję. W między czasie przecieram przez sito ugotowaną pokrzywę i dodaję do wywaru. W sumie wody mam 3 litry. Na koniec doprawiam solą, pieprzem i zmieloną gałką muszkatołową , wlewam śmietanę i wrzucam pokrojoną natkę piertuszki.
W mojej wersji jest jeszcze makaron nitki, który gotuję oddzielnie.
Oto ona:



2. Kolejna odmiana zupy; robimy jak powyżej ale dodajemy 2 -3 serki topione i dodajemy w miejsce gałki - łyżeczkę curry.

3. Bardzo fajna jest zupa zielona do której użwam porócz pokrzywy jeszcze innych zielonych roślin;
 duży por, 2 główki kruchej sałaty, 40 dkg. liści pokrzywy, 20 dkg. liści szpinaku i pęczek natki pietruszki, oczywiście nie bawię się w dokładne ważenie, ale tak orientacyjnie.
W garnku topię 2 łyżki masła i smażę pokrojonego pora. Po chwili pozostałe pokrojone zielone warzywa wrzucam i razem chwilkę smażę. Przy tej wersji pokrzywa musi być młoda w przeciwnym wypadku przecieram ją jak w powyższym przepisie. Zalewam wodą , dodaję sok z 1/2 cytryny i gotuję ok 10 min. Miksuję, tak nie do końca dokładnie. Doprawiam solą, pieprzem, szczyptą cukru i ewentualnie sokiem z cytryny. I zabielam śmietaną.  Osobno gotuję ziemiaki, które dodaję do talerza z zupą.  

Przelane wrzątkiem młode liście pokrzywy dodaję do twarożku razem z rzodkiewką, szczypiorkiem i ogórkiem a czasami z dodatkiem jajka, albo do każdej surówki obiadowej pokrojone w paseczki.

Np. sałata, ogórek, szalotka, mniszek, pokrzywa i rzodkiewka doprawione solą i śmietaną wymieszaną z pesto z czosnku niedźwiedziego:

A to moje pokrzywisko:




wtorek, 3 maja 2016

Majówka

Majówka to wspaniałe określenie, kojarzące się z dniami wolnymi od pracy, zazwyczaj jest ich nieco więcej niż tradycyjny weekend. Jest to również taki tradycyjny początek sezonu głównie grilowego i dobrze by było aby było słonecznie, pięknie i miło. Ale przede wszystkim majówka w takim wydaniu jest szczególnie atrakcyjna dla osób aktywnych zawodowo.

Pamiętam jak jeszcze pracowałam, czekało się na ten wyjątkowy czas, liczyło się dni wolne i kombinowało aby je możliwie wydłużyć. Planowało się również różne atrakcje aby był to czas odmienny od typowego weekendu.


W moim przypadku były to wypady w Bieszczady, które uważam za najpiękniejsze na świecie.
Przede wszystkim niedalekie a jakże urocze. Jest tam wszystko co potrzeba do udanego wypoczynku i dla ducha i dla ciała czyli woda, las, góry i piękna w większości dzika przyroda. Nie wspomnając już o pięknych krajobrazach.
Ja oprócz podziwiania piękna przyrody uwielbiam odwiedzać, zwiedzać i zagłębiać się w historię dawnych budowli i nie tylko.  Dlatego każdy wyjazd miał swój cel. Tym celem podróży były zamki, dwory, klasztory zarówno te odnowione i te popadłe ruinę. Każdy z nich jest inny i ma niemniej fascynującą historię. W Bieszczadach i przyległych okolicach jest ich wystarczająco dużo aby mieć za każdym razem coś innego do podziwiania.
W Zagórzu są przepiękne, zachowane ruiny klasztoru, w Odrzykoniu zamek Aleksandra Fredry z historią po części opisaną w Zemście i cudowny widok na San z ruin zamku w Sobieniu. To tylko niektóre a jest tego mnóstwo. 
Czasami ze znajomymi wynajmowaliśmy domek w Hrewcie, czasami były to wypady jednodniowe nad Solinę czy do Myczkowiec połączone z podziwianiem pięknych okolic. Czasami wyjazd na pysznego pstrąga do Terki. No i oczywiście był czas na grilowanie . Byliśmy i jesteśmy  w tej szczęśliwej sytuacji, że gril był rozpalany właściwie w każdy weekend i nie musiała to być koniecznie majówka.

Od kiedy mam Chabaziewo właściwie wszystko się zmieniło, bo ząstąpił mi to wszystko co wcześniej musiałam szukać. I każdą wolną chwilę spędzam właśnie tutaj .
A od kiedy zakończyłam aktywność zawodową, magiczne słowo majówka straciło swoją moc.
Dla mnie wszystkie weekendy są jedną wielką majówką, każdy jest inny, każdy jest wspaniały i nigdy się nie nudzę. 

Dzisiaj np. rankiem wstałam, o godz.szóstej, co było nie do pomyślenia w minionych latach,  wyszłam za próg i zobaczyłam piękne słoneczko , bezchmurne niebo i śpiew ptaków. Czego więcej do szczęścia potrzeba????

A do tego piękna przyroda ;