Witam w Chabaziewie

Witam w Chabaziewie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przypowieści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przypowieści. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 lutego 2017

Koniec z jo-jo

Wspaniały tydzień, a zwłaszcza dzień 16 luty. W tym dniu minął miesiąc zmiany codziennej mojej diety co akurat natura połączyła ze znacznym spadkiem sadełka. I to dość konkretnym, bo 7,5 kg. A wszystko to stało się właściwie przez przypadek, szczęśliwy przypadek.

Jak już niejednokrotnie pisałam, szczególnie wiosną biorę się ostro za siebie aby być w miarę sprawna i ogarnąć Chabaziewo. W tym roku, jeszcze w grudniu dość zaniepokoiła mnie moja waga. Co roku większa od poprzedniego pomimo wiosennych wysiłków odchudzających. A te wysiłki to stosowanie przeróżnych paskudnych, głodowych, monotonnych diet gdzie spadło jakieś 2 kilo a potem uaktywniał się jo-jo i jakoś wszystko wracało z nawiązką i to w zastraszającym tempie.

I zdarzył się cud. Na FB nagle pokazała mi się ZUPOMANIA. Będąc przekonana, że znajdę tam przepisy na zupy ( które bardzo lubię ) wpisałam się w poczet członków. W miarę czytania postów zorientowałam się, że zupy i przepisy jak najbardziej ale przyświeca temu pewien niesamowity cel. A mianowicie jest to dieta powodująca pobudzenie metabolizmu właśnie zupkami. Czytając dalej widzę, że dziewczyny i chłopaki fantastycznie się ze sobą komunikują, podtrzymują się w całym przedsięwzięciu i co najważniejsze niesamowicie chudną. A więc po dwutygodniowym czytaniu decyzja zapadła. Wchodzę w to, no i tak minął właśnie miesiąc ale na tym nie koniec. Zupkuję nadal. Super się czuję, energia mnie rozpiera, nic mnie nie opina, wszędzie czuję luzy, po prostu jest fantastycznie. Już na dzień dzisiejszy wchodzę w ciuchy dwa rozmiary mniejsze. A co najważniejsze podnoszę się bez problemu, bez żadnych podpórek itp co jest szczególnie ważne a wcześniej nie było takie oczywiste. Bo jak tu sadzić kwiatki jak problem z udźwignięciem zadka 😉


W tym przypływie energii wzięłam się za przesadzanie pelargonii, które rozpoczęły już okres wegetacji. Poprzycinałam, dałam nową ziemię i zrobiłam kilka nowych sadzonek:


Tak, że tym sposobem sezon został rozpoczęty.


A miejsce na pięknie kwitnące i mało wymagające kwiaty już czeka, oczywiście w altanie:


A więcej o pelargoniach i nie tylko tutaj: http://kocham-wies.blogspot.com/2016/03/moje-pelargonie.html

I tak sobie też rozmyślam, jaka będzie wiosna, czy już przyjdzie, czy będzie cieplutko bo już strasznie się stęskniłam za grzebaniem w ziemi. Jakie będzie lato?

I w przypływie tych rozmyślań natknęłam się na kilka przysłów, a nóż coś rozjaśnią???

By nie dokuczał luty, pal w kominie i miej kożuch suty.
Kiedy w lutym tajanie, szykuj chłopie sanie.
W lutym mróz i śnieg stały czynią w lecie upał trwały.

No i nic nie wiem. Tajanie jest, mróz był głównie nocami a opadów raczej niewiele zwłaszcza śniegu w to miejsce padał sobie deszczyk. Więc jak?  mi przynajmniej nic się nie rozjaśniło.

sobota, 28 stycznia 2017

Chabaziowe czasopochłaniacze

Minęły dwutygodniowe wspaniałe wczasy na wsi w moim Chabaziewie.( Jakie były cyrki z dotarciem pisałam poprzednio.) Jaki tam był spokój, cisza, od czasu do czasu coś przebiegło za płotem albo przyszły na kolację kociaki sąsiadki. Oczywiście po kryjomu aby Niuniek się nie zoriętował. Nie potrzeba Alp, Tatr tudzież innych pięknych widoków bo u nas jest najpiękniej. I to o każdej porze roku.
To ostatni spacer z Niuńkiem:


piękne błękitne niebo, słoneczko ładuje pozytywną energię, bielutki niczym nie zanieczyszczony śnieg.
Piękna panorama ale na horyzoncie w stronę Rzeszowa jakieś dziwne to niebo, takie jakby przydymione, po raz pierwszy na własne oczy ukazał mi się smog w całej okazałości. Nie powiem aby to był przyjemny widok a na dodatek mamy się tam udać. No ale cóż zrobić?

A co ja oprócz upajania się bytnością w Chabaziewie porabiałam?
Aby się zbytnio nie nudzić, no co ja piszę, przecież ja nigdy się nie nudzę i nie cierpię bezczynności. W związku z tym i tutaj cały czas coś kombinowałam. O gotowaniu nie będę pisać, bo wiadomo, że trzeba męża wyżywić zwłaszcza, że wszystkie potrawy gotowane na kuchni kaflowej są jakby pyszniejsze. Zwłaszcza bigos kilka dni gotowany. Palce lizać!!!


Zresztą nie tylko gotowanie na wsi jest szczególne ale udają mi się również wspaniałe nalewki. Późną jesienią oberwałam pigwę i z niej nastawiłam pigwówkę.
Jeszcze w grudniu zasypałam kilogramem cukru kilogram pokrojonej pigwy. Stała sobie miesiąc, czyli do naszego przyjazdu. Odcedziłam sok a owoce zalałam 1 litrem spirytusu akurat na czas naszego pobytu.




Przed wyjazdem odcedziłam i połączyłam oba płyny i teraz będzie sobie dojrzewać co najmniej rok.
Taka nalewka oprócz walorów smakowych jest wspaniała na jakiekolwiek przejawy przeziębienia.
Pigwa, często zwana polską cytryną zawiera dużo witaminy C i innych witamin i minerałów więc sama w sobie w tym okresie powinna być stałym składnikiem diety. Obojętne pod jaką postacią.😉

W lecie uprawiałam stewię, którą ścięłam jesienią, niestety w naszych warunkach nie zimuje. Co roku kupuję krzaczek lub dwa i hoduję przez całe lato. W międzyczasie w miarę potrzeb obrywam listki do słodzenia. Bo stewię stosuje się zamiast cukru. Nie jest kaloryczna ale za to jest kilkadziesiąt razy słodsza od cukru. Po ścięciu wysuszyłam całe gałązki i teraz po raz pierwszy spróbowałam zrobić z nich syrop.
No i jest syrop ze stewii ;




A jak zrobiłam? Prościuteńko; oberwałam listki ,wrzuciłam do garnka i zalałam litrem wody. Gotowanie około 10-15 min i gotowe po przecedzeniu przez sitko. Chyba jeszcze profilaktycznie dwie buteleczki na wszelki wypadek zapasteryzuję.
Wypróbowałam do słodzenia i jest fantastyczny. Kolor może nie jest powalający ale świadomość, że zero kalorii niweluje wszystkie ewentualne niedoskonałości. W tym roku zrobię taki syrop ale z zielonych, świeżych listków, kolor powinien być jaśniejszy. Choć mi on nie przeszkadza.

Od dawna miałam ochotę zrobić mydło, no i teraz mając wystarczająco dużo czasu ciepłą kuchnię aż grzech było by nie wykorzystać tego.
Nie jest to mydło całkowicie mojej produkcji, bo kupiłam w internecie masę wazelinową i to ona jest podstawą mojego mydła. Kiedyś na pewno zajmę się produkcją od A do Z ale pomysł musi dojrzeć.
Do moich mydełek użyłam olejku lawendowego i zebranej w lecie lawendy, której zapach uwielbiam. To jest jedna odsłona mydełka, a druga to mydełko różane, czyli dodany olejek różany i barwnik spożywczy:

to są właśnie przepięknie, latem pachnące moje mydełka.
Surowcem leczniczym są również nasiona pigwy. Macerat lub napar z nasion pigwy złagodzi niestrawności, a także pomoże pozbyć się zgagi i refluksu. Są zalecane również przy nadmiernej fermentacji jelitowej i stanach zapalnych przewodu pokarmowego, nieżycie żołądka i jelit, uszkodzeniach śluzówki żołądka.
Zarówno owoce, jak i nasiona pobudzają trawienie oraz wpierają przemianę materii, dlatego często polecane są jako suplement diety odchudzającej. Wzmacniają również wątrobę, dlatego mogą je spożywać osoby zażywające leki.
Z kolei pestki pigwy, które również mają wiele właściwości zdrowotnych (w tradycyjnej medycynie ludowej to lek na poprawę apetytu), można przygotować nalewkę zwaną pestkówką lub wyciąg z nich dodać do herbaty.


http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/pigwa-nie-tylko-na-przeziebienie-wlasciwosci-lecznicze-pigwy_42012.html

Surowcem leczniczym są również nasiona pigwy. Macerat lub napar z nasion pigwy złagodzi niestrawności, a także pomoże pozbyć się zgagi i refluksu. Są zalecane również przy nadmiernej fermentacji jelitowej i stanach zapalnych przewodu pokarmowego, nieżycie żołądka i jelit, uszkodzeniach śluzówki żołądka.
Zarówno owoce, jak i nasiona pobudzają trawienie oraz wpierają przemianę materii, dlatego często polecane są jako suplement diety odchudzającej. Wzmacniają również wątrobę, dlatego mogą je spożywać osoby zażywające leki.
Z kolei pestki pigwy, które również mają wiele właściwości zdrowotnych (w tradycyjnej medycynie ludowej to lek na poprawę apetytu), można przygotować nalewkę zwaną pestkówką lub wyciąg z nich dodać do herbaty.


http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/pigwa-nie-tylko-na-przeziebienie-wlasciwosci-lecznicze-pigwy_42012.html
A wieczorami, oczywiście przemieniałam się w genealożkę, od czego, stwierdzam,  jestem uzależniona. Przeczytałam kolejną książkę pt. Henryk VIII tym razem Georga Bidwella. No a w chwilach oglądania jakiegoś filmu, głównie Ranczo oczywiście dziergałam:

Wymyśliłam sobie nową dekorację w altanie i aby zdążyć na sezon, czyli lato już teraz zaczęłam wprowadzać w czyn mój zamysł. Są to wydziergane, dwustronne poszewki na poduszki do siedzenia. Kolejnym dziełem będzie koc / pled do zarzucenia na olbrzymi fotel. Tak, że zapewniłam sobie pracę w chabaziowe zimowo - wiosenne wieczory.

I na koniec....................
Kończy się karnawał więc warto powiedzieć jeszcze kilka słów w tym temacie.
Wiele jest tłumaczeń pochodzenia słowa karnawał, począwszy od ; połykać mięso albo z mięsa się oczyszczać, albo mięso żegnaj, jak dla mnie to trochę się zaprzeczają. Ale chyba najfajniejsze jest polskie pochodzenie słowa - od; nawału kar ,które przyniesie post jako konieczność odpokutowania grzechów.
W Polsce niezwykle wesoło obchodzono ten czas, o czym świadczy m.in. opinia jaką w XVI wieku przedstawił sułtanowi Sulejmanowi po pobycie w Polsce w tym okresie, jego poseł:
w pewnej porze roku chrześcijanie dostają warjacji i dopiero jakiś proch sypany im w kościele na głowy leczy takową. 
A jestem taka mądra bo zdobyłam fantastyczną książkę Hanny Szymanderskiej pt. Polskie tradycje świąteczne. Uwielbiam, jak już niejednokrotnie pisałam historię ze szczególnym uwzględnieniem polskiej a zwłaszcza wszystkiego co mieści się w słowie TRADYCJA.


sobota, 7 stycznia 2017

Siedzę sobie w Rzeszowie

No i mamy styczeń a skąd jego nazwa? Od stykać - jest na przełomie roku więc stary rok styka się z nowym.
I minął pierwszy tydzień tego nowego roku a ja siedzę sobie w mieście wojewódzkim Rzeszów i rozmyślam jak w kolejny weekend dojedziemy do Chabaziewa i jaką też tam zastaniemy rzeczywistość.

Zastanawiam się jak dojedziemy, ale mam po temu swoje powody. Nieraz już pisałam jak tam pięknie ale wszystko co piękne musi mieć jakąś skazę. Tą skazą jest właśnie dojazd zwłaszcza w okresie zimowym. Jak to jeszcze gdzie nie gdzie bywa z wiejskimi drogami, ta akurat nie jest chlubą gminy. Jej nawierzchnia jest w stanie kiepsko utwardzonym ( asfalt to marzenie ) a na dodatek przez ponad 3 kilometry wznosi się do góry a potem przechodzi w drogę polną. Tak, nie pomyliłam się, koniec gminnej drogi dojazdowej do Chabaziewa to właśnie droga polna. No i właśnie chodzi o te około 3 kilometry. Przez ostatnich kilka lat, zimy były jak nie zimy i większego problemu nie było. Ale wcześniej różnie to wyglądało i pewnie teraz również będzie raczej ekstremalnie ciekawie. Ale nie będę wyprzedzać faktów.
A co do temperatury, to nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni aby sobie zdać sprawę jak może być ciepło zimą w domku nieogrzewanym od około półtora miesiąca ( a obecnie temperatura oscyluje od około -22 st. do - 30 w zależności od pory dnia lub nocy ).

Tak, że teraz grzeję się i zbieram siły na weekendową wyprawę.  Na zewnątrz, albo jak to mówimy na Podkarpaciu, na polu zaśnieżyło i zamroziło.

Od dawna nurtowało mnie to dlaczego na Podkarpaciu mówimy, że idziemy na pole a w centralnej części Polski mówią, że idziemy na dwór. I właśnie nie tak dawno natrafiłam na wyjaśnienie.
Okazuje się, że i tutaj kłania się wszędobylska historia. A mianowicie, południe Polski było dość bogate w dwory szlacheckie i ziemiańskie więc jeżeli wychodziło się na zewnątrz to przecież nie na dwór tylko na pole i to przeważnie do pracy. Z kolei w centralnej części najczęściej wybierano się na któryś z dworów w południowej części kraju . I tak już w mowie potocznej pozostało.


I właśnie na polu śniegiem sypało dość intensywnie co widać gołym okiem jak wszystko na około bieleje, dawno nie było takiej zimy:



Tam po środku gdzie najwięcej bieli jeszcze nie tak dawno było oczko wodne, teraz zostało przykryte świeżuteńkim, czyściuteńkim śniegiem.

Mróz też tęgi bo w dzień dochodzi do -13 st, a w nocy pod -20, ale to nic w porównaniu z temperaturą w Chabaziewie. Dobrze, że od poniedziałku ma być cieplej.

A co udało mi się osiągnąć w tym tygodniu? 

W tym tygodniu dość niespodziewanie udało mi się zakończyć układankę puzzlową:

trochę to trwało, bo trzy miesiące z przerwą świąteczną ale się udało. Były chwile zwątpienia zwłaszcza przy słonecznikach, myślałam że tego nie ogarnę, dosłownie miałam żółto przed oczami. Ale upór, cierpliwość doprowadziły do szczęśliwego finiszu. Duma mnie rozpiera.😌

Po raz pierwszy porwałam się na dwa tysiące puzzli, do tej pory maksymalnie było ich 1500.
No ale jest koniec i nawet miejsce w Chabaziewie już czeka. A będzie to słoneczna weranda.
No i oczywiście rozpoczęłam już kolejną układankę. A mam jeszcze w zapasie dwie.
Od czasu do czasu wchodzę do sklepu internetowego i jak natrafię na coś fajnego, koniecznie sielskiego to zamawiam.Tak, że zapas zawsze mam, bo nie wyobrażam sobie sytuacji gdyby mi ich zabrakło. I to właśnie w sezonie zimowym, bo jest to o tej porze roku jeden z moich żelaznych pochłaniaczy czasu.


sobota, 17 grudnia 2016

Och ta genealogia....nawet przed Wigilią


Ciekawe czy zastanawialiście się jak wyglądały Święta Bożego Narodzenia np.100 lat temu?
Jak już nieraz wspominałam, historia jest obecnie w moim kręgu zainteresowań. Ta nie tak odległa ( 100 - 200 lat w tył ) pozwala mi jako genealożce odkrywać świat moich przodków. Jak żyli, czym się zajmowali, na co chorowali, ich zwyczaje i codzienne życie. Jest to niesamowicie fascynujące. Ponieważ zakorzeniona jestem w Galicji więc na tą chwilę moje wysiłki zostały skierowane włąśnie w tym kierunku.
Chociaż przypuszczam, że w innych częściach kraju było podobnie, przynajmniej w tych najistotniejszych sprawach.

Teraz zbliża się czas Bożego Narodzenia więc zdwoiłam wysiłki aby dowiedzieć się czym były Święta i jak wyglądały u naszych przodków. Jak dekorowano domy, co stawiano na stole, jak wyglądała wigilia w dworze, a jak w biednej wiejskiej chałupie.
I co się dowiedziałam?  Aby dawkować wiedzę i nie zanudzić niepragnących jej, parę zdań o Wigilii ( Świętami zajmę się kolejnym razem )

Najbardziej uroczystym dniem w roku była Wigilia Bożego Narodzenia. Wierzono, że ma on wpływ na to, jaki będzie cały przyszły rok. Dzień wigilijny upływał na przygotowaniu wieczornej wieczerzy i odpowiednim przybraniu izby.
Najstarszym, tradycyjnym przybraniem była "jutka" - ścięty wierzchołek sosenki lub jodełki, zawieszony u sufitu. Przybierano ją zrobionymi z opłatków pieczonych w domu tzw. "światami" lub pieczywem w formie roślin lub zwierząt. W niektórych rejonach ozdobą był ozdobiony snopek siana ustawiony w kącie izby. Choinka pojawiła się dopiero przed I wojną światową i to początkowo na arystokratycznych dworach.

Wieczerza wigilijna, zwana pośnikiem, składała się z siedmiu, dziewięciu lub dwunastu potraw, które jedzono wspólnie z dużej misy. Rozpoczynano ją wraz z pierwszą gwiazdą i uważano, aby przy stole była parzysta liczba osób, bo to oznaczało, że nikt w najbliższym czasie nie umrze. Odbywała się w skupieniu i powadze, wszyscy składali sobie życzenia.

Liczba wigilijnych dań różniła się w zależności od regionu, stanu czy pochodzenia. „Na jednych stołach smakołyków wiele, na innych kasza, śledzie i korpiele” – to powiedzenie podkreślało różnice w świętowaniu Wigilii przez różne warstwy społeczne. Pięć lub siedem dań podawano u włościan, dziewięć u szlachty, a 11 lub 13 u arystokracji. Zwyczaj przyrządzania 12 potraw wigilijnych ukształtował się prawdopodobnie na przełomie XIX i XX wieku. „Dwunastka” symbolizowała 12 miesięcy w roku, bogactwo, czy 12 Apostołów.

Wigilijna wieczerza proponowana np przez autorkę książki kucharskiej z XIX wieku: Lucynę Ćwierciakiewiczową nie mogła się odbyć bez barszczu z uszkami z farszem grzybowym.
W wielu domach obok lub zamiast barszczu podawało się aromatyczną zupę grzybową z polskich suszonych leśnych grzybów, najlepiej z cienkimi, domowymi łazankami. Na stołach, głównie na Podkarpaciu nie mogło zabraknąć żuru z uszkami.
A jeśli chodzi o ryby to na stole królowały śledzie - w oleju lub zupa śledziowa, a w zamożniejszych domach i inne ryby.
Ciekawostką jest, że tak popularny obecnie karp został spopularyzowany dopiero po II Wojnie Światowej, a to ze względu na stosunkowo niską cenę, łatwość hodowli i rozmnażania. I od tego czasu jest można rzec główną rybą wigilijną.

Nie mogło być Wigilii bez maku (jego ziarna symbolizowały szczęście). W rodzinach o korzeniach kresowych czy galicyjskich na deser przyrządzano kutię z pszenicy z dodatkiem mielonego maku, miodu, migdałów, orzechów włoskich oraz suszonych czy kandyzowanych owoców, czasami nasączonych porto czy innym alkoholem. W przeszłości kutia – deser i arystokracji, i włościan - miała przede wszystkim znaczenie magiczne (przyrządzano ją z jęczmienia, uważanego za ziarno boskie). Mak to także nieodłączny składnik innego ważnego wigilijnego deseru, czyli makowca z ciasta drożdżowego lub krucho-drożdżowego. Pod koniec XIX w. na stołach królowała nie tylko kutia czy łamańce z makiem: w Galicji królową deserów była strucla z makiem. 

Dzień wigilijny upływał pod znakiem postu, aż do uroczystej kolacji. Często też „suszono”, czyli powstrzymywano się od spożywania napojów.

Wigilijny stół nakrywano białym obrusem, pod który wkładano trochę siana. Zachowała się tradycja zostawiania dodatkowego nakrycia. I powszechne jest przekonanie, że przeznaczone jest ono dla zbłąkanego wędrowca.
Nasi przodkowie głęboko wierzyli, że dusze ich bliskich przybywają podczas wieczerzy wigilijnej. Nie wolno było zachowywać się głośno i nieostrożnie Zakazane było też szycie i przędzenie, ponieważ groziło to zranieniem przebywającej w domu duszy.Wierzono również, że w ty dniu zwierzęta przemówią ludzkim głosem.

Zakończenie wieczerzy było hasłem dla młodzieży do rozpoczęcia figlów i psot, które kończyły się o północy. Wówczas wszyscy udawali się na Pasterkę.

Takie urocze zdjęcie znalazłam w sieci. Jest ono dla mnie kwintesencją wszystkiego co było, minęło o czym warto pamiętać. Jakbym widziała oczami wyobraźni pra-pra-pra... czekających aby zasiąść do wigilijnego stołu. Tak właśnie kiedyś wyglądały izby naszych antenatów. Piszę naszych bo czy nam się to podoba czy nie zdecydowana większość nie ma nic wspólnego z arystokracją.
Choinka przypomina mi dzieciństwo, ale o tym pisałam rok temu; http://kocham-wies.blogspot.com/2015/12/swiateczny-czas-wspomnienia.html



Jak wiele przetrwało do dzisiejszych czasów? pewnie jest z tym różnie. Ja w każdy bądź razie uważam, że w tradycji ukryta jest nasza tożsamość. Warto ją kultywować i przekazywać kolejnym pokoleniom.
U mnie np.
- jest 12 potraw, każdy wszystkie musi skosztować aby zapewnić sobie dostatek na cały rok,
- jest rybia łuska, którą mąż obdarowuje wszystkich, to z kolei zapewnia pieniądz w portfelu,
- cały dzień się pości a dzięki temu mniej się zje i więcej dla nas zostaje 😉,
- jest dodatkowy talerz dla samotnego gościa,
- jest sianko pod obrusem,
- jest i pierwsza gwiazdka, no chyba że pochmurnie,
- no i pilnuję aby się nie kłucić, bo rok będzie kłutliwy.

A czego nie ma ?  śniegu. No może nie do końca, bo przeważnie w drugi dzień Świąt wyjeżdżamy do Chabaziewa a tam nie ma MPC-u, świateł na skrzyżowanich, suszarek, mikrofalówek  i innych wynalazków cywilizacji a za to możemy się cieszyć do woli śniegiem.



niedziela, 11 grudnia 2016

A Święta tuż tuż

Właśnie dotarło do mnie, że to już Święta za progiem. Jak ten czas leci jeszcze pamiętam przygotowania do Świąt poprzednich a tu już pora intensywnie zacząć myśleć o zbliżających się.

Zresztą zima też jakoś niespodziewanie 😉 zaśnieżyła się.


Ciekawe na jak długo?

Aż trudno uwierzyć. Właśnie wróciliśmy z Chabaziewa i tam tak:

z jednej strony domu zaspy, Niuniek nawet nie ma ochoty na wystawienie ogona :


z drugiej strony zaspy, tutaj lepiej widać, wejście do domu zostało całkowicie zablokowane:


i rzut okiem na zaśnieżony ogród:


A w Rzeszowie nie ma śladu po zimie.

A jeżeli mowa o zimie i o jej pierwszym miesiącu, czyli grudniu, ciekawe czy wszystkim wiadomo skąd wzięła się nazwa grudzień. Być może Ameryki nie odkryję ale ja np. nie wiedziałam.

A więc trochę się powymądrzam: W grudniu ziemia zamienia się w grudy, jest ściśnięta mrozem, stąd nazwa grudzień. A ponieważ jestem domorosłą genealożką i interesuje mnie wszystko co było i jak było kiedyś więc doszukałam się również : że dawniej mówiono też na ten miesiąc prosinec. Określenie to miało związek z czasownikiem sijać, czyli jaśnieć, były też w obiegu nazwy jadwent albo jadwient od słowa adwent lub gódnik od słowa Gody czyli Boże Narodzenie.

Stąd polskie przysłowie : W grudniu rzeki kryją lody, a lud cieszy się na Gody.

A te wszystkie mądrości znalazłam na FB - Kultura i obyczaje w XIX wieku. Jak dla mnie jest to fantastyczna strona.

Ale wracając do sedna czyli okresu przedświątecznego.
Zauważyłam, że dużą popularnością w przestrzeni wirtualnej cieszą się przepisy na domowy zakwas buraczany. A ponieważ należy się tym odpowiednio wcześniej zająć więc tutaj również zaproponuję mój a właściwie mojego męża sprawdzony przepis. Robi to już od  kilkunastu lat i nie zdarzyło się aby nie wyszedł. Wręcz mąż uchodzi w rodzinie za guru w tym zakresie.

Moja pomoc ogranicza się tylko do zakupu ok 5 kg buraków.
I dalej; buraki obiera, myje i kroi na mniejsze części. Gotuje wodę i studzi. Do kamionki wkłada buraki i zalewa wodą ( buraki nie mogą wystawać ). Na wierzch kładzie kromkę czerstwego razowego chleba.
Przykrywa ściereczką i tak sobie stoi ok 5 dni. U nas odbywa się to w temp. ok 18 st. C (  jeżeli jest cieplej okres jest krótszy ). W każdym bądz razie jeżeli wokół chleba zaczną się pojawiać małe bąbelki jest to sygnał, że należy wyjąć chleb. I teraz dobrze wszystko zamieszać drewnianą łyżką i zostawić aż uznamy, że kwaskowatość jest dobra. Jeszcze jedna uwaga; w międzyczasie może się pojawić na powierzchni białawy nalot, należy go delikatnie ściągnąć. Mąż robi to watą / gazą. 

No to do roboty, od jutra zabieramy się za kwas buraczany.

A to coś do słuchania i wprawienia się w przed świąteczny nastrój. Mnie przynajmniej : Mariah Carey - All I Want For Christmans Is You
 


w taki  nastrój wprawia już od dobrych kilku lat.