Tym razem postanowiłam zabrać się za miętę. A ponieważ jest ci u mnie tego ziela pod dostatkiem więc problemu nie ma a na dodatek jeszcze nie było u mnie aż tak miętowo.
Moje miętowisko jest dość nietypowe:
rośnie sobie na dziko w towarzystwie kwiatów albo też odwrotnie, kwiaty w jej towarzystwie. Widać, że nie wchodzą sobie w drogę bo pięknie kwitną i z roku na rok rozrastają się i jest ich coraz więcej.
W innym miejscu posadziłam jeszcze miętę czekoladową również w towarzystwie kwiatów ( groszek pachnący i macierzanka );
ma smak lekko czekoladowy a ta kombinacja wyjątkowo mnie zachwyca np pastylki miętowe w czekoladzie czy lody miętowe z drobinkami czekolady.
Powszechnie wiadomo, że w medycynie ludowej mięta była stosowana w bólach żołądka, zaburzeniach trawienia a także w kolkach jelitowych. Wiele się nie zmieniło i obecnie ze względu na właściwości rozkurczowe jest również stosowana przy tego typu dolegliwościach.
Co roku suszę miętę i już nie raz udało mi się poratować potrzebujących, a jak wiadomo na wsi wszystko się przydać może i nie wiadomo kiedy, komu i na co.
Tym razem postanowiłam wzbogacić swoją ofertę miętową a mianowicie robię syrop miętowy.
Potrzeba ;
- 1l wody,
- 25 dkg cukru,
to zagotowujemy i do wrzątku wrzucamy
- ok 15 łodyg mięty, u mnie tyle:
więcej na pewno nie zaszkodzi.
Po ok 24 godz.przecedzamy, dodajemy sok z 1 cytryny, zagotowujemy i wrzące wlewamy do butelek. Zakręcamy i nie pasteryzujemy.
Syrop wyśmienicie smakuje dodany do napojów chłodzących, lodów jak kto lubi, herbatki itp.
W podobny sposób wykorzystam miętę do likieru miętowego.
Czyli robię syrop:
tylko wg innych proporcji; 60 dkg cukru i 1/2 l wody dodaję miętę i czekam do dnia następnego. Dodaję sok z 1 cytryny i jeszcze raz podgrzewam. Przecedzam i do jeszcze ciepłego syropu wlewam spirytus i przelewam do butelek.
A to efekt końcowy :
Mała buteleczka to syrop a duże to likiery do których dodała jeszcze po gałązce mięty czekoladowej dla wzmocnienia efektu. Teraz pora na dojrzewanie, ale raczej nie za długie.
I jeszcze z ostatniej chwili. Będąc po mleka na ser miałam okazję skosztować kompotu z dodatkiem mięty. Bardzo fajny, orzeźwiający i na pewno też będę tak robić.
Witam w Chabaziewie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 10 lipca 2017
niedziela, 21 maja 2017
Weekend z kurdybankem w tle
Pracowity to był weekend. Piękna słoneczna pogoda, na termometrze też sporo powyżej 20 st. C, można było troszkę nadgonić to co do tej pory się nie zrobiło.
Zajechałam do Chabaziewa zaopatrzona w kolejną dostawę roślinek kwitnących:
wszystko zakupione na bazarku. A tak swoją drogą, zawrotu głowy można dostać od takiej ilości pięknych kwiatów. Majątek też można stracić, w przypływie zakupowego szaleństwa, tak że muszę się bardzo pilnować. Zdecydowana większość znalazła miejsce w doniczkach i na razie przechowywane są w ustronnym miejscu aby mogły się zaaklimatyzować;.
to kilka z nich.
Co jak co ale trawsko rośnie najprędzej. Tak, że bubuzela poszła ostro w ruch, ale tym razem nie wytrzymała i odmówiła posłuszeństwa. Mąż coś tam majsterkował ale niestety na przyniosło to spodziewanego efektu. Jak ją włączyłam to zaraz się wyłączała i nie dało się kosić. I mąż zastosował swój własny patent, czyli przykręcił taki ścisk do guziczka - pstryczka, który odskakiwał i wyłączał maszynę .Po kilkuminutowym koszeniu poszły z niego dymy. Tak, że czeka mnie wydatek.
Tak wygląda spracowana bubuzela, widać osiągnęła już wiek emerytalny i może służyć jako eksponat muzealny a może wymyślę dla niej nowe życie ?
A co na obiad? myślałam, myślałam i wymyśliłam mój własny przepis na zupę kurdybankową. Zainspirowała mnie moja siostrzenica, znając moją duszę eksperymentatora kulinarnego, podesłała mi przepis. I postanowiłam również czegoś się dowiedzieć o tej roślince. A ponieważ jestem zaopatrzona w dość znaczną ilość książek, o ziołach również, więc nie miałam trudności z dostępem do wiedzy.
Ale po kolei, bluszczyk kurdybanek to roślinka, która chyba rośnie wszędzie a właściwie jest dość uciążliwym można powiedzieć chwastem, zresztą jak sama nazwa wskazuje. Rozpycha się przy pomocy dość długich łodyżek, które korzonkami przyczepiają się do podłoża i w dość krótkim czasie potrafi pokryć znaczną część rabaty czy łąki. Ma drobne niebieskie kwiatuszki w kształcie dzwoneczka:
U mnie rośnie wszędzie; przed wejściem do domu, na rabatkach, w pobliskich rowach, łąkach i jakby jej nie wyrywać to będzie na około kurdybankowo. Tak, że ze zbiorem nie ma żadnego problemu.
Ale okazuje się, że ten uciążliwy chwaścik jest bardzo zdrową i wszechstronną roślinką.
Ze względu na właściwości lecznicze, ale też na korzenny, lekko gorzki smak jest doskonałym dodatkiem do wiosennych kuracji oczyszczających, Jego liście są znakomitym środkiem wzmacniającym, przyspieszającym przemianę materii, regulującym trawienie. Wspomaga wydzielanie żółci. Stosowanie tej rośliny jest wskazane przy skłonnościach do stanów zapalnych błony śluzowej żołądka i częstych infekcji dróg moczowych. ( źródło: Hanna Szymanderska, Z łąki na talerz )
Dlatego i ja postanowiłam wypróbować jego działanie, na żywym organizmie. Na pierwszy rzut poszła właśnie zupa.
Podeszłąm do tego dość ostrożnie, bo sama roślinka jest w smaku dość gorzka. Więc jak to się przełoży na smak zupy? Ugotowałam ją na wszelki wypadek oddzielnie i gorzki smak gdzieś znikł, chyba wyparował.
Do zupy użyłam wszystkiego co miałam pod ręką, a więc: marchewka, pietruszka, cebula / por i kilka ziemniaków.
Udałam się na moją przydomową grządeczkę ziołową i przyniosłam ; gałązkę lubczyku, kopru włoskiego, selera i pietruszki.
Mąż udał się na góreczkę i przyniósł troszkę szczawiu. No i już miałam wsad do zupy.
Na odrobinie oleju zeszkliłam cebulę, dodałam wodę z pokrojonymi warzywami a natki poobrywałam z listków związałam nitką i dodałam do gotowania. Dodałam torebeczkę - piramidki smaku do rosołu ( Lidl ), no i gotowałąm do miękkości warzyw. Kurdybanek i szczaw oddzielnie i przetarłąm przez sito i wlałam do wywaru. Doprawiłam do smaku wegetą i pieprzem i wlałąm śmietanę i wrzuciłam posiekane listki natek. Oddzielnie ugotowałam makaron. I koniec.
Zajechałam do Chabaziewa zaopatrzona w kolejną dostawę roślinek kwitnących:
Co jak co ale trawsko rośnie najprędzej. Tak, że bubuzela poszła ostro w ruch, ale tym razem nie wytrzymała i odmówiła posłuszeństwa. Mąż coś tam majsterkował ale niestety na przyniosło to spodziewanego efektu. Jak ją włączyłam to zaraz się wyłączała i nie dało się kosić. I mąż zastosował swój własny patent, czyli przykręcił taki ścisk do guziczka - pstryczka, który odskakiwał i wyłączał maszynę .Po kilkuminutowym koszeniu poszły z niego dymy. Tak, że czeka mnie wydatek.
Tak wygląda spracowana bubuzela, widać osiągnęła już wiek emerytalny i może służyć jako eksponat muzealny a może wymyślę dla niej nowe życie ?
A co na obiad? myślałam, myślałam i wymyśliłam mój własny przepis na zupę kurdybankową. Zainspirowała mnie moja siostrzenica, znając moją duszę eksperymentatora kulinarnego, podesłała mi przepis. I postanowiłam również czegoś się dowiedzieć o tej roślince. A ponieważ jestem zaopatrzona w dość znaczną ilość książek, o ziołach również, więc nie miałam trudności z dostępem do wiedzy.
Ale po kolei, bluszczyk kurdybanek to roślinka, która chyba rośnie wszędzie a właściwie jest dość uciążliwym można powiedzieć chwastem, zresztą jak sama nazwa wskazuje. Rozpycha się przy pomocy dość długich łodyżek, które korzonkami przyczepiają się do podłoża i w dość krótkim czasie potrafi pokryć znaczną część rabaty czy łąki. Ma drobne niebieskie kwiatuszki w kształcie dzwoneczka:
U mnie rośnie wszędzie; przed wejściem do domu, na rabatkach, w pobliskich rowach, łąkach i jakby jej nie wyrywać to będzie na około kurdybankowo. Tak, że ze zbiorem nie ma żadnego problemu.
Ale okazuje się, że ten uciążliwy chwaścik jest bardzo zdrową i wszechstronną roślinką.
Ze względu na właściwości lecznicze, ale też na korzenny, lekko gorzki smak jest doskonałym dodatkiem do wiosennych kuracji oczyszczających, Jego liście są znakomitym środkiem wzmacniającym, przyspieszającym przemianę materii, regulującym trawienie. Wspomaga wydzielanie żółci. Stosowanie tej rośliny jest wskazane przy skłonnościach do stanów zapalnych błony śluzowej żołądka i częstych infekcji dróg moczowych. ( źródło: Hanna Szymanderska, Z łąki na talerz )
Dlatego i ja postanowiłam wypróbować jego działanie, na żywym organizmie. Na pierwszy rzut poszła właśnie zupa.
Podeszłąm do tego dość ostrożnie, bo sama roślinka jest w smaku dość gorzka. Więc jak to się przełoży na smak zupy? Ugotowałam ją na wszelki wypadek oddzielnie i gorzki smak gdzieś znikł, chyba wyparował.
Do zupy użyłam wszystkiego co miałam pod ręką, a więc: marchewka, pietruszka, cebula / por i kilka ziemniaków.
Udałam się na moją przydomową grządeczkę ziołową i przyniosłam ; gałązkę lubczyku, kopru włoskiego, selera i pietruszki.
Mąż udał się na góreczkę i przyniósł troszkę szczawiu. No i już miałam wsad do zupy.
Na odrobinie oleju zeszkliłam cebulę, dodałam wodę z pokrojonymi warzywami a natki poobrywałam z listków związałam nitką i dodałam do gotowania. Dodałam torebeczkę - piramidki smaku do rosołu ( Lidl ), no i gotowałąm do miękkości warzyw. Kurdybanek i szczaw oddzielnie i przetarłąm przez sito i wlałam do wywaru. Doprawiłam do smaku wegetą i pieprzem i wlałąm śmietanę i wrzuciłam posiekane listki natek. Oddzielnie ugotowałam makaron. I koniec.
niedziela, 19 lutego 2017
Koniec z jo-jo
Wspaniały tydzień, a zwłaszcza dzień 16 luty. W tym dniu minął miesiąc zmiany codziennej mojej diety co akurat natura połączyła ze znacznym spadkiem sadełka. I to dość konkretnym, bo 7,5 kg. A wszystko to stało się właściwie przez przypadek, szczęśliwy przypadek.
Jak już niejednokrotnie pisałam, szczególnie wiosną biorę się ostro za siebie aby być w miarę sprawna i ogarnąć Chabaziewo. W tym roku, jeszcze w grudniu dość zaniepokoiła mnie moja waga. Co roku większa od poprzedniego pomimo wiosennych wysiłków odchudzających. A te wysiłki to stosowanie przeróżnych paskudnych, głodowych, monotonnych diet gdzie spadło jakieś 2 kilo a potem uaktywniał się jo-jo i jakoś wszystko wracało z nawiązką i to w zastraszającym tempie.
I zdarzył się cud. Na FB nagle pokazała mi się ZUPOMANIA. Będąc przekonana, że znajdę tam przepisy na zupy ( które bardzo lubię ) wpisałam się w poczet członków. W miarę czytania postów zorientowałam się, że zupy i przepisy jak najbardziej ale przyświeca temu pewien niesamowity cel. A mianowicie jest to dieta powodująca pobudzenie metabolizmu właśnie zupkami. Czytając dalej widzę, że dziewczyny i chłopaki fantastycznie się ze sobą komunikują, podtrzymują się w całym przedsięwzięciu i co najważniejsze niesamowicie chudną. A więc po dwutygodniowym czytaniu decyzja zapadła. Wchodzę w to, no i tak minął właśnie miesiąc ale na tym nie koniec. Zupkuję nadal. Super się czuję, energia mnie rozpiera, nic mnie nie opina, wszędzie czuję luzy, po prostu jest fantastycznie. Już na dzień dzisiejszy wchodzę w ciuchy dwa rozmiary mniejsze. A co najważniejsze podnoszę się bez problemu, bez żadnych podpórek itp co jest szczególnie ważne a wcześniej nie było takie oczywiste. Bo jak tu sadzić kwiatki jak problem z udźwignięciem zadka 😉
W tym przypływie energii wzięłam się za przesadzanie pelargonii, które rozpoczęły już okres wegetacji. Poprzycinałam, dałam nową ziemię i zrobiłam kilka nowych sadzonek:
Tak, że tym sposobem sezon został rozpoczęty.
A miejsce na pięknie kwitnące i mało wymagające kwiaty już czeka, oczywiście w altanie:
A więcej o pelargoniach i nie tylko tutaj: http://kocham-wies.blogspot.com/2016/03/moje-pelargonie.html
I tak sobie też rozmyślam, jaka będzie wiosna, czy już przyjdzie, czy będzie cieplutko bo już strasznie się stęskniłam za grzebaniem w ziemi. Jakie będzie lato?
I w przypływie tych rozmyślań natknęłam się na kilka przysłów, a nóż coś rozjaśnią???
By nie dokuczał luty, pal w kominie i miej kożuch suty.
Kiedy w lutym tajanie, szykuj chłopie sanie.
W lutym mróz i śnieg stały czynią w lecie upał trwały.
No i nic nie wiem. Tajanie jest, mróz był głównie nocami a opadów raczej niewiele zwłaszcza śniegu w to miejsce padał sobie deszczyk. Więc jak? mi przynajmniej nic się nie rozjaśniło.
Jak już niejednokrotnie pisałam, szczególnie wiosną biorę się ostro za siebie aby być w miarę sprawna i ogarnąć Chabaziewo. W tym roku, jeszcze w grudniu dość zaniepokoiła mnie moja waga. Co roku większa od poprzedniego pomimo wiosennych wysiłków odchudzających. A te wysiłki to stosowanie przeróżnych paskudnych, głodowych, monotonnych diet gdzie spadło jakieś 2 kilo a potem uaktywniał się jo-jo i jakoś wszystko wracało z nawiązką i to w zastraszającym tempie.
I zdarzył się cud. Na FB nagle pokazała mi się ZUPOMANIA. Będąc przekonana, że znajdę tam przepisy na zupy ( które bardzo lubię ) wpisałam się w poczet członków. W miarę czytania postów zorientowałam się, że zupy i przepisy jak najbardziej ale przyświeca temu pewien niesamowity cel. A mianowicie jest to dieta powodująca pobudzenie metabolizmu właśnie zupkami. Czytając dalej widzę, że dziewczyny i chłopaki fantastycznie się ze sobą komunikują, podtrzymują się w całym przedsięwzięciu i co najważniejsze niesamowicie chudną. A więc po dwutygodniowym czytaniu decyzja zapadła. Wchodzę w to, no i tak minął właśnie miesiąc ale na tym nie koniec. Zupkuję nadal. Super się czuję, energia mnie rozpiera, nic mnie nie opina, wszędzie czuję luzy, po prostu jest fantastycznie. Już na dzień dzisiejszy wchodzę w ciuchy dwa rozmiary mniejsze. A co najważniejsze podnoszę się bez problemu, bez żadnych podpórek itp co jest szczególnie ważne a wcześniej nie było takie oczywiste. Bo jak tu sadzić kwiatki jak problem z udźwignięciem zadka 😉
W tym przypływie energii wzięłam się za przesadzanie pelargonii, które rozpoczęły już okres wegetacji. Poprzycinałam, dałam nową ziemię i zrobiłam kilka nowych sadzonek:
Tak, że tym sposobem sezon został rozpoczęty.
A miejsce na pięknie kwitnące i mało wymagające kwiaty już czeka, oczywiście w altanie:
A więcej o pelargoniach i nie tylko tutaj: http://kocham-wies.blogspot.com/2016/03/moje-pelargonie.html
I tak sobie też rozmyślam, jaka będzie wiosna, czy już przyjdzie, czy będzie cieplutko bo już strasznie się stęskniłam za grzebaniem w ziemi. Jakie będzie lato?
I w przypływie tych rozmyślań natknęłam się na kilka przysłów, a nóż coś rozjaśnią???
By nie dokuczał luty, pal w kominie i miej kożuch suty.
Kiedy w lutym tajanie, szykuj chłopie sanie.
W lutym mróz i śnieg stały czynią w lecie upał trwały.
No i nic nie wiem. Tajanie jest, mróz był głównie nocami a opadów raczej niewiele zwłaszcza śniegu w to miejsce padał sobie deszczyk. Więc jak? mi przynajmniej nic się nie rozjaśniło.
piątek, 25 listopada 2016
Ocet jabłkowy
Jestem w Rzeszowie a po 10-dniowej nieobecności mam pełne ręce roboty i tydzień upłynął pod hasłem ;; nie wiem w co ręce włożyć ;; Ale dałam radę.
I aby przerwać tą monotonię prac głównie porządkowych znalazłam czas na coś bardzo zdrowego do czego przymierzałam się już od dłuższego czasu. Zabrałam się za wyprodukowanie domowego octu jabłkowego. W lecie jakoś mi to umknęło więc teraz zakupiłam kilogram jabłek i do roboty. Wszystko to z myślą, przede wszystkim o corocznej wiosennej kuracji zmierzającej do próby zrzucenia zimowego tłuszczyku.
To jest główny powód, ale nie jedyny, mam zamiar wprowadzić to cudo do codziennej diety.
Już dość dawno przeczytałam o super właściwościach octu jabłkowego, nawet już go robiłam, chyba 3 lata temu ale jakoś wówczas nie byłam dość przekonana do dłuższego stosowania. Do wszystkiego trzeba dorosnąć 😉 😉 Teraz nadszedł ten czas i jestem przekonana, że o zdrowie trzeba dbać zanim zacznie szwankować,
Jego zdrowotne właściwości zawarte są w zawartych w nim minerałach i witaminach. A jest tego sporo. Zawiera potas, sód, fluor, żelazo, fosfor, miedź, witaminę A, witaminy z grupy B, C, E, P, bioflawonidy (pełniące funkcje antyoksydacyjne oraz wzmacniające naczynia krwionośne), pektyny oraz kwasy: mlekowy, cytrynowy i octowy. Dużo tego dobrego.
A wiadomo, że;
- potas wpływa na utrzymanie prawidłowego ciśnienia krwi z kolei jego niedobór to bolesne skurcze, problemy z układem krwionośnym i jelitami,
- witamina E odpowiada za prawidłowy wzrok. Chroni przed miażdżycą, zawałem, a także zapobiega powstawaniu komórek rakowych i hamuje ich wzrost,
- pektyny przyspieszają metabolizm i uwalniają organizm z substancji trujących, jednocześnie ułatwiając trawienie. To one odpowiedzialne są za zmniejszenie stopnia przyswajania i odkładania tłuszczu w naszym organizmie. Obniżają poziom cholesterolu, zapobiegają więc miażdżycy i nadciśnieniu. Regulują także gospodarkę kwasów żółciowych, chroniąc przed powstawaniem kamieni żółciowych.
Wyczytałam również na FB, że główną korzyścią regularnego przyjmowania mieszanki octu i wody jest poprawa procesów trawiennych, a przy dłuższym stosowaniu (około 12tyg.) można zauważyć znaczną redukcję tkanki tłuszczowej 😊 (zwłaszcza w okolicach brzucha) i co ważne ocet jabłkowy hamuje wtórne gromadzenie się tkanki tłuszczowej w organiźmie.
No i to powinno już wystarczyć aby przyjrzeć się temu eliksirowi. Ja właśnie zamierzam to zrobić.
To mój przepis;
- 1 kg jabłek,
- 1 litr wody,
- 3 łyżki cukru
Wodę zagotowujemy razem z cukrem. W tym czasie kroimy jabłka łącznie z gniazdami nasiennymi i wrzucamy do słoja. Jak woda przestygnie zalewamy ną jabłka. I tyle pracy.
Słój przykrywamy gazą / ścieraczką aby muszki octowe nie dostały się do słoja i ustawiamy w ciepłym miejscu. Codziennie energicznie mieszamy drewnianą łyżką. Proces fermentacji trwa ok. 4 - tygodnie. w temperaturze około 20st.C.
Należy uważać aby jabłka były pokryte wodą.
To mój ocet w pierwszej fazie produkcji.
Jeżeli przy mieszaniu zauważymy, że piana zniknęła, jest gotowy . Wówczas przecedzamy i przelewamy do butelek.
Wystarczy 1 łyżka octu na szklankę zimnej lub ciepłej wody. Taki domowy specyfik staram się pić 3 razy dziennie przed jedzeniem – rano, w południe i wieczorem ( w okresie zrzucania zbędnych kilogramów ),
przez okres 2 - tygodni.
A profilaktycznie codziennie na czczo jedną porcję tego niektaru.
Czyli od wiosny a konkretnie po Świetach Wielkanocnych będę walczyć solidnie ze zbędnymi kilogramami i pewnie jeszcze nie raz będę produkować ten specyfik. A do tej pory szklaneczka raz dziennie wystarczy.
Do tego celu nie polecam kupnego octu. Kiedyś go spróbowałam i niestety nie była to dobra decyzja.
I aby przerwać tą monotonię prac głównie porządkowych znalazłam czas na coś bardzo zdrowego do czego przymierzałam się już od dłuższego czasu. Zabrałam się za wyprodukowanie domowego octu jabłkowego. W lecie jakoś mi to umknęło więc teraz zakupiłam kilogram jabłek i do roboty. Wszystko to z myślą, przede wszystkim o corocznej wiosennej kuracji zmierzającej do próby zrzucenia zimowego tłuszczyku.
To jest główny powód, ale nie jedyny, mam zamiar wprowadzić to cudo do codziennej diety.
Już dość dawno przeczytałam o super właściwościach octu jabłkowego, nawet już go robiłam, chyba 3 lata temu ale jakoś wówczas nie byłam dość przekonana do dłuższego stosowania. Do wszystkiego trzeba dorosnąć 😉 😉 Teraz nadszedł ten czas i jestem przekonana, że o zdrowie trzeba dbać zanim zacznie szwankować,
Jego zdrowotne właściwości zawarte są w zawartych w nim minerałach i witaminach. A jest tego sporo. Zawiera potas, sód, fluor, żelazo, fosfor, miedź, witaminę A, witaminy z grupy B, C, E, P, bioflawonidy (pełniące funkcje antyoksydacyjne oraz wzmacniające naczynia krwionośne), pektyny oraz kwasy: mlekowy, cytrynowy i octowy. Dużo tego dobrego.
A wiadomo, że;
- potas wpływa na utrzymanie prawidłowego ciśnienia krwi z kolei jego niedobór to bolesne skurcze, problemy z układem krwionośnym i jelitami,
- witamina E odpowiada za prawidłowy wzrok. Chroni przed miażdżycą, zawałem, a także zapobiega powstawaniu komórek rakowych i hamuje ich wzrost,
- pektyny przyspieszają metabolizm i uwalniają organizm z substancji trujących, jednocześnie ułatwiając trawienie. To one odpowiedzialne są za zmniejszenie stopnia przyswajania i odkładania tłuszczu w naszym organizmie. Obniżają poziom cholesterolu, zapobiegają więc miażdżycy i nadciśnieniu. Regulują także gospodarkę kwasów żółciowych, chroniąc przed powstawaniem kamieni żółciowych.
Wyczytałam również na FB, że główną korzyścią regularnego przyjmowania mieszanki octu i wody jest poprawa procesów trawiennych, a przy dłuższym stosowaniu (około 12tyg.) można zauważyć znaczną redukcję tkanki tłuszczowej 😊 (zwłaszcza w okolicach brzucha) i co ważne ocet jabłkowy hamuje wtórne gromadzenie się tkanki tłuszczowej w organiźmie.
No i to powinno już wystarczyć aby przyjrzeć się temu eliksirowi. Ja właśnie zamierzam to zrobić.
To mój przepis;
- 1 kg jabłek,
- 1 litr wody,
- 3 łyżki cukru
Wodę zagotowujemy razem z cukrem. W tym czasie kroimy jabłka łącznie z gniazdami nasiennymi i wrzucamy do słoja. Jak woda przestygnie zalewamy ną jabłka. I tyle pracy.
Słój przykrywamy gazą / ścieraczką aby muszki octowe nie dostały się do słoja i ustawiamy w ciepłym miejscu. Codziennie energicznie mieszamy drewnianą łyżką. Proces fermentacji trwa ok. 4 - tygodnie. w temperaturze około 20st.C.
Należy uważać aby jabłka były pokryte wodą.
To mój ocet w pierwszej fazie produkcji.
Jeżeli przy mieszaniu zauważymy, że piana zniknęła, jest gotowy . Wówczas przecedzamy i przelewamy do butelek.
Wystarczy 1 łyżka octu na szklankę zimnej lub ciepłej wody. Taki domowy specyfik staram się pić 3 razy dziennie przed jedzeniem – rano, w południe i wieczorem ( w okresie zrzucania zbędnych kilogramów ),
przez okres 2 - tygodni.
A profilaktycznie codziennie na czczo jedną porcję tego niektaru.
Czyli od wiosny a konkretnie po Świetach Wielkanocnych będę walczyć solidnie ze zbędnymi kilogramami i pewnie jeszcze nie raz będę produkować ten specyfik. A do tej pory szklaneczka raz dziennie wystarczy.
Do tego celu nie polecam kupnego octu. Kiedyś go spróbowałam i niestety nie była to dobra decyzja.
niedziela, 6 listopada 2016
Topinambur
W ten weekend w Chabaziewie skupiliśmy się, a właściwie mój mąż się skupił na wykopkach ale topinamburu. Na wiosnę eksperymantalnie posadziliśmy kilkanaście bulw tego warzywa??no chyba tak można go określić. Mąż przyniósł je od kolegi działkowca, który już ma w tym pewne doświadczenie.
Końcem lata a właściwe to już była jesień na wyskolich łodygach pojawiły się żółte kwiaty:
Niestety łodygi były tak wysokie, że się powyginały na wszystkie strony, ale zdobyłam cenne doświadczenie i na przyszły rok wykombinuję jakiś płotek.
A co do zbiorów, mogę powiedzieć że w miarę udały się:
tzn. więcej zebrałam niż posadziłam a jeszcze pozostawiłam część bulw w ziemi. Bulwy są mrozoodporne i myślę, że tym sposobem na rok przyszły plony będą obfitsze.
Skusiłam się na topinambur, znany też pod nazwą słonecznik bulwiasty ze względów dekoracyjnych ale głównie z powodu jego prozdrowotnych właściwości.
Poza tym , że zawiera mnóstwo witamin ( m.in. kwas foliowy ) i minerałów ( potas, fostor, wapń.. ) to wpływa na; obniżenie poziomu cukru we krwi, obniża cholesterol i reguluje ciśnienie krwi i pracę układu pokarmowego. Oczyszcza organizm i jest pomocny podczas odchudzania gdyż zawiera dużo błonnika. Wykazuje działanie przeciwnowotworowe i wspomaga pracę układu nerwowego.
Jego soczyste bulwy podobne z wyglądu do imbiru, przypominają mi w smaku ziarenka słonecznika, ale takie świeże bez żadnych obróbek. Są tacy co znajdują w nim smak lekko orzechowy.
Wszystko wskazuje na to, że warto się z nim zaprzyjaźnić zwłaszcza, że można połaczyć przyjemne, dla oka kwiaty, z pożytecznym dla zdrowia.
Można je spożywać na różne sposoby; ugotowane ( jak ziemniaki ), upieczone, usmażone lub dodane do zupy.
Ja w tym roku ze względu na ograniczony zbiór nie będę eksperymentować zostawię to sobie na rok przyszły. Teraz będzie spożywany bez żadnej obróbki, po prostu surowy do chrupania i jako dodatek do surówek. Niemniej jednak eksperymentalnie część będę suszyć.
Jeszcze troszkę z innej beczki, takiej pogodowej.
Przyjechaliśmy późnym wieczorem w czwartek do Chabaziewa. I po drodze natknęliśmy się na niespodziankę. A mnianowicie podczas wznoszenia się w górę drogi zaczął padać śnieg. Były to co prawda bardzo niewielkie opady, można powiedzieć, że pojedyncze śnieżynki fruwały przy świetle samochodu ale w naszym przypadku było to po raz pierwszy w tym roku. W związku z tym gdzie niegdzie leżała niewielka warstewka tego śnieżnego puchu. Rano udało mi się kilka takich białawych widoków sfotografować:
a potem przyszłedł podobno ostatni w tym roku piękny słoneczny jesienny dzień i wszystko znikło. A teraz z beczki muzyczno - twistowej. Plądrując po FB natrafiłam na retro kawałek ; Let's twist Again. Aż się oczywiście rozczuliłam słuchając go. Kiedyś uwielbiałam tańczyć a tego typu kawałki zaliczały się do moich ulubionych. To były czasy..........................Ale i teraz na poprawę nastroju przy pochmurnej, deszczowej jesiennej aurze można sobie poprawić samopoczucie słuchając pogodnego kawałka.
Końcem lata a właściwe to już była jesień na wyskolich łodygach pojawiły się żółte kwiaty:
Niestety łodygi były tak wysokie, że się powyginały na wszystkie strony, ale zdobyłam cenne doświadczenie i na przyszły rok wykombinuję jakiś płotek.
A co do zbiorów, mogę powiedzieć że w miarę udały się:
tzn. więcej zebrałam niż posadziłam a jeszcze pozostawiłam część bulw w ziemi. Bulwy są mrozoodporne i myślę, że tym sposobem na rok przyszły plony będą obfitsze.
Skusiłam się na topinambur, znany też pod nazwą słonecznik bulwiasty ze względów dekoracyjnych ale głównie z powodu jego prozdrowotnych właściwości.
Poza tym , że zawiera mnóstwo witamin ( m.in. kwas foliowy ) i minerałów ( potas, fostor, wapń.. ) to wpływa na; obniżenie poziomu cukru we krwi, obniża cholesterol i reguluje ciśnienie krwi i pracę układu pokarmowego. Oczyszcza organizm i jest pomocny podczas odchudzania gdyż zawiera dużo błonnika. Wykazuje działanie przeciwnowotworowe i wspomaga pracę układu nerwowego.
Jego soczyste bulwy podobne z wyglądu do imbiru, przypominają mi w smaku ziarenka słonecznika, ale takie świeże bez żadnych obróbek. Są tacy co znajdują w nim smak lekko orzechowy.
Wszystko wskazuje na to, że warto się z nim zaprzyjaźnić zwłaszcza, że można połaczyć przyjemne, dla oka kwiaty, z pożytecznym dla zdrowia.
Można je spożywać na różne sposoby; ugotowane ( jak ziemniaki ), upieczone, usmażone lub dodane do zupy.
Ja w tym roku ze względu na ograniczony zbiór nie będę eksperymentować zostawię to sobie na rok przyszły. Teraz będzie spożywany bez żadnej obróbki, po prostu surowy do chrupania i jako dodatek do surówek. Niemniej jednak eksperymentalnie część będę suszyć.
Jeszcze troszkę z innej beczki, takiej pogodowej.
Przyjechaliśmy późnym wieczorem w czwartek do Chabaziewa. I po drodze natknęliśmy się na niespodziankę. A mnianowicie podczas wznoszenia się w górę drogi zaczął padać śnieg. Były to co prawda bardzo niewielkie opady, można powiedzieć, że pojedyncze śnieżynki fruwały przy świetle samochodu ale w naszym przypadku było to po raz pierwszy w tym roku. W związku z tym gdzie niegdzie leżała niewielka warstewka tego śnieżnego puchu. Rano udało mi się kilka takich białawych widoków sfotografować:
a potem przyszłedł podobno ostatni w tym roku piękny słoneczny jesienny dzień i wszystko znikło. A teraz z beczki muzyczno - twistowej. Plądrując po FB natrafiłam na retro kawałek ; Let's twist Again. Aż się oczywiście rozczuliłam słuchając go. Kiedyś uwielbiałam tańczyć a tego typu kawałki zaliczały się do moich ulubionych. To były czasy..........................Ale i teraz na poprawę nastroju przy pochmurnej, deszczowej jesiennej aurze można sobie poprawić samopoczucie słuchając pogodnego kawałka.
niedziela, 21 sierpnia 2016
Keczup, kozi ser i kurkuma
Pomiędzy pracami ogrodowymi, które sprowadzają się głównie do koszenia i obrywania przekwitłych kwiatów zajmuję się słoikowaniem czyli różnego rodzaju przetworami.
Ponieważ cukini mam olbrzymie ilości cały czas nadal kombinuję co jeszcze i właśnie natknęłam się na przepis:
Keczup z cukini
- 11/2 kg cukini,
- 3 duże czerwone papryki,
- 0,5 kg cebuli,
- 2 -3 słoiczki koncentratu pomidorowego,
- 1 szklanka cukru,
- 3/4 szklanki octu,
- 2 łyżeczki soli,
- po łyżeczce; curry, ostrej papryki, pieprzu, kurkumy.
Warzywa oczyszczamy i kroimy w drobnę kostkę, Zasypujemy solą i pozostawiamy na 2 godziny.
Przesypujemy do wysokiego garnka i gotujemy ok 40 min. Po tym czasie blendujemy i doprawiamy pozostałymi składnikami.
I gotujemy ponownie 20 minut, od czasu do czasu mieszając.
Gorące przekładamy do wyparzonych słoiczków i gotowe.
Przepis jest już smakowany i jest fantastyczny, tak że wkrótce zabieram się za powtórkę.
Myślę również o kolejnych sałatkach z cukini ale dopiero zacznę poszukiwania kolejnych przepisów.
Na pewno będzie jeszcze nie raz gotowane leczo.
Ponieważ miesiąc sierpień w tym roku stoi pod znakiem imprez w Chabaziewie z dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu więc biorę się również za niespodzianki.
Jedną z nich jest ser kozi, który właśnie dzisiaj postanowiłam zrobić. Mleczko oczywiście jest od tutejszych kóz.
Przepis podstawowy znajduje się tutaj ; Mój ser koryciński i nie tylko.
Tym razem podzieliłam powstały serek na dwa. Jeden włożyłam bez żadnych dodatków do solanki:
a drugi, słodki obsypałam ziołami, w ramach eksperymentu.
Mam w swoich '' zbiorach '' przyprawę - 18 ziół Ojca Mateusz - i właśnie tą przyprawą użyłam do tego celu. I teraz sobie leżakuje na kratce a jutro to samo zrobię z drugą stroną.
Oprócz mleka kupuję jeszcze gotowy kozi ser twarogowy, który wzbogacam różnymi dodatkami.
Pierwszy serek , który skosztowałam i który bardzo mi posmakował był z dodatkim jajka, cebuli i ogórka.
Od tej pory zaczęłam zaopatrywać się w kozi serek i mieszać go z różnymi dodatkami. I tak kolejne wersje to: cebula, jajko ( na tawardo ) i makrela w pomidorach albo cebulka i czosnek.
Oczywiście wszystkie wersje są doprawione śmietaną i solą, pieprzem, papryką i kurkumą.
Kurkuma powtarza się praktycznie we wszystkich moich przepisach od kiedy poznałam jej super zdrowotne właściwości. A to część z nich:
Ma właściwości przeciwzapalne, antyoksydacyjne, przeciwnowotworowe, przeciwwirusowe, przeciwbakteryjne, przeciwgrzybiczne i oczyszczające. Działa przeciwutleniająco, poprawia krążenie i chroni wątrobę. I to przekonało mnie, że nie zawadzi ją używać. A ponieważ lepiej się wchłania w towarzystwie oleju, pieprzu i papryki więc są one również moimi ulubionymi przyprawami.
Ponieważ cukini mam olbrzymie ilości cały czas nadal kombinuję co jeszcze i właśnie natknęłam się na przepis:
Keczup z cukini
- 11/2 kg cukini,
- 3 duże czerwone papryki,
- 0,5 kg cebuli,
- 2 -3 słoiczki koncentratu pomidorowego,
- 1 szklanka cukru,
- 3/4 szklanki octu,
- 2 łyżeczki soli,
- po łyżeczce; curry, ostrej papryki, pieprzu, kurkumy.
Warzywa oczyszczamy i kroimy w drobnę kostkę, Zasypujemy solą i pozostawiamy na 2 godziny.
Przesypujemy do wysokiego garnka i gotujemy ok 40 min. Po tym czasie blendujemy i doprawiamy pozostałymi składnikami.
I gotujemy ponownie 20 minut, od czasu do czasu mieszając.
Gorące przekładamy do wyparzonych słoiczków i gotowe.
Przepis jest już smakowany i jest fantastyczny, tak że wkrótce zabieram się za powtórkę.
Myślę również o kolejnych sałatkach z cukini ale dopiero zacznę poszukiwania kolejnych przepisów.
Na pewno będzie jeszcze nie raz gotowane leczo.
Ponieważ miesiąc sierpień w tym roku stoi pod znakiem imprez w Chabaziewie z dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu więc biorę się również za niespodzianki.
Jedną z nich jest ser kozi, który właśnie dzisiaj postanowiłam zrobić. Mleczko oczywiście jest od tutejszych kóz.
Przepis podstawowy znajduje się tutaj ; Mój ser koryciński i nie tylko.
Tym razem podzieliłam powstały serek na dwa. Jeden włożyłam bez żadnych dodatków do solanki:
a drugi, słodki obsypałam ziołami, w ramach eksperymentu.
Mam w swoich '' zbiorach '' przyprawę - 18 ziół Ojca Mateusz - i właśnie tą przyprawą użyłam do tego celu. I teraz sobie leżakuje na kratce a jutro to samo zrobię z drugą stroną.
Oprócz mleka kupuję jeszcze gotowy kozi ser twarogowy, który wzbogacam różnymi dodatkami.
Pierwszy serek , który skosztowałam i który bardzo mi posmakował był z dodatkim jajka, cebuli i ogórka.
Od tej pory zaczęłam zaopatrywać się w kozi serek i mieszać go z różnymi dodatkami. I tak kolejne wersje to: cebula, jajko ( na tawardo ) i makrela w pomidorach albo cebulka i czosnek.
Oczywiście wszystkie wersje są doprawione śmietaną i solą, pieprzem, papryką i kurkumą.
Kurkuma powtarza się praktycznie we wszystkich moich przepisach od kiedy poznałam jej super zdrowotne właściwości. A to część z nich:
Ma właściwości przeciwzapalne, antyoksydacyjne, przeciwnowotworowe, przeciwwirusowe, przeciwbakteryjne, przeciwgrzybiczne i oczyszczające. Działa przeciwutleniająco, poprawia krążenie i chroni wątrobę. I to przekonało mnie, że nie zawadzi ją używać. A ponieważ lepiej się wchłania w towarzystwie oleju, pieprzu i papryki więc są one również moimi ulubionymi przyprawami.
niedziela, 5 czerwca 2016
Dziki bez - kwiaty i tornado bis
I tak jak przypuszczałam, w ten weekend było w Chabaziewie tornado bis. Jak ono wygląda o tym szerzej w poprzednim poście. Większej różnicy nie zauważyłam. Tym razem było to w wykonaniu wnuczek mojej siostry, Nikoli i Roksany. Co prawda są one młodsze od moich ale nie mniej zdolne i zaradne. I tym sposobem znów do Chabaziewa zawitała młodość, krzyki i zabawa.
Również były miłe pogawędki, degustacje i wspomnienia w towarzystwie mojej siostry, z którą niestety nie często się widuję. Od kilku lat mieszka w Anglii. Ale za to spotkania są bardziej wzruszające, intensywne i ogólnie mówiąc super.
I w tym pięknym czasie właśnie pięknie kwitnie bez . A ponieważ jest piękna słoneczna pogoda więc jest bogaty w pyłek, który jest niezbędny do wrobów. A są to głównie wyroby procentowe.
Wiadomo, że jest on dobry na nerwice, stany zapalne żoładka, biegunkę, nerwobóle i jeszcze pewnie długo by wyliczać. Wspomnę jeszcze, że wspomaga leczenie astmy, kataru, gorączki, reumatyzmu, zapalenia oskrzeli. I chociażby już to jest powodem by nie przegapić jego kwitnienia i zabrać się do roboty.
A ta robota jest przyjemna nie wspominając o degustacji.
1. Przepyszne, delikatne wino, lekko musujące. Specjalistą w produkcji win jest mój mąż. Odbywa się to tak, że ja znajduję jakiś ciekawy przepis, najlepiej co roku inny - nowy i mój mąż przystępuje do pracy.
- zbieramy 90 baldachów ( kwiatów ) koniecznie w słoneczny, suchy dzień,
- 12 cytryn,
- drożdże winne, pożywka
- cukier,
- 40 litrowa butla
Baldachy wkładamy do garnka, myjemy cytryny, kroimy w talarki i dokładamy do kwiatów. Zalewamy gorącym syropem ( w 3 litrach wody rozpuszczamy 1 kg. cukru ), mieszamy. I tak maceruje się 3 dni. Uwaga na muszki - my sobie radzimy okrywając macerat gazą. Kilka razy dziennie należy mieszać. Po tym czasie odciskamy sok , który wlewamy do butli. Równocześnie dodajemy drożdże ( przygotowujemy wg instrukcji ) i dodajemy wodę z rozpuszczonym cukrem. Woda zawsze musi być przegotowana i wystudzona a cukier zawsze rozpuszczony w wodzie przed dodaniem do butli. Cukier mąż dodaje partiami a jego ilość zależy od tego jak mocne i jak słodkie ma być wino. Przeważnie jest to około 10 kg. cukru.
Jak fermentacja się uspokoi, ściągamy wino do drugiej butli, garnków, pojemników itp. Po zlaniu wylewamy osad, myjemy butlę i z powrotem wino do niej wlewamy. I możemy tak przechowywać lub zlać po około pół roku do butelek. Ja staram się zawsze zdążyć z tą czynnością przed pojawieniem się nowych owoców w roku następnym.
Natomiast moja specjalność to nalewki. Co roku z czymś ekseprymentuję i podobnie jak z winami, staram się zrobić coś nowego i intrygującego zgodnie z kalendarzem dojrzewania owoców.
2. Przepis na nalewkę z dzikiego bzu jest zbliżony do w/w.
I tak potrzebne jest;
- 50 baldachów kwiatów czarnego bzu, zasady jak powyżej,
- 2 cytryny,
- 3 limonki,
- 70 dkg cukru, litr wody,
- łyżeczka korzenia arcydzięgla,
- 1 litr spirytusu.
Gotujemy syrop, studzimy.Cytryny myjemy, kroimy w plasterki, wyciągamy pestki. Do słoja wkładamy kwiaty, przekładamy je plasterkami cytryny, zalewamy syropem i przykrywamy płótnem. Pozostawiamy w słonecznym miejscu na 10 dni. Co jakiś czas mieszamy drewnianą łyżką. Przecadzamy przez gęste sito ( gazę ) i sok łączymy ze spirytusem i dodajemy sok z limonek i arcydzięgiel. Odstawiamy na 4 tygodnie i co kilka dni wstrząsamy słojem ( szczelnie zamkniętym ). Po tym czasie pozostawiamy nalewkę do sklarowania, po czym zlewamy znad osadu i odstawiamy aby trunek dojrzał.
3. W tym roku po raz pierwszy zabrałam się za syrop.
- 40 baladachów kwiatów dzikiego bzu,
- 4 duże cytryny,
- 2 kg cukru,
- 1,5 litra wody
Gotujemy syrop. W tym czasie obcinamy nożycami kwiaty ( jak najmniej zielonego ), myjemy cytryny, wyciskamy sok a skórki kroimy. Goracy syropem zalewamy kwiaty, skórki i sok. Pozostawiamy na 2 dni, od czasu do czasu mieszamy. Po tym czasie przecedzamy , zlewamy do butelek i pasteryzujemy.
I korzystamy z dobroczynnych właściwości.
a to efekty końcowe; nalewka i sok a wino bulgocze w butli i raczej nie wygląda na tym etape ciekawie:
Również były miłe pogawędki, degustacje i wspomnienia w towarzystwie mojej siostry, z którą niestety nie często się widuję. Od kilku lat mieszka w Anglii. Ale za to spotkania są bardziej wzruszające, intensywne i ogólnie mówiąc super.
I w tym pięknym czasie właśnie pięknie kwitnie bez . A ponieważ jest piękna słoneczna pogoda więc jest bogaty w pyłek, który jest niezbędny do wrobów. A są to głównie wyroby procentowe.
Wiadomo, że jest on dobry na nerwice, stany zapalne żoładka, biegunkę, nerwobóle i jeszcze pewnie długo by wyliczać. Wspomnę jeszcze, że wspomaga leczenie astmy, kataru, gorączki, reumatyzmu, zapalenia oskrzeli. I chociażby już to jest powodem by nie przegapić jego kwitnienia i zabrać się do roboty.
A ta robota jest przyjemna nie wspominając o degustacji.
1. Przepyszne, delikatne wino, lekko musujące. Specjalistą w produkcji win jest mój mąż. Odbywa się to tak, że ja znajduję jakiś ciekawy przepis, najlepiej co roku inny - nowy i mój mąż przystępuje do pracy.
- zbieramy 90 baldachów ( kwiatów ) koniecznie w słoneczny, suchy dzień,
- 12 cytryn,
- drożdże winne, pożywka
- cukier,
- 40 litrowa butla
Baldachy wkładamy do garnka, myjemy cytryny, kroimy w talarki i dokładamy do kwiatów. Zalewamy gorącym syropem ( w 3 litrach wody rozpuszczamy 1 kg. cukru ), mieszamy. I tak maceruje się 3 dni. Uwaga na muszki - my sobie radzimy okrywając macerat gazą. Kilka razy dziennie należy mieszać. Po tym czasie odciskamy sok , który wlewamy do butli. Równocześnie dodajemy drożdże ( przygotowujemy wg instrukcji ) i dodajemy wodę z rozpuszczonym cukrem. Woda zawsze musi być przegotowana i wystudzona a cukier zawsze rozpuszczony w wodzie przed dodaniem do butli. Cukier mąż dodaje partiami a jego ilość zależy od tego jak mocne i jak słodkie ma być wino. Przeważnie jest to około 10 kg. cukru.
Jak fermentacja się uspokoi, ściągamy wino do drugiej butli, garnków, pojemników itp. Po zlaniu wylewamy osad, myjemy butlę i z powrotem wino do niej wlewamy. I możemy tak przechowywać lub zlać po około pół roku do butelek. Ja staram się zawsze zdążyć z tą czynnością przed pojawieniem się nowych owoców w roku następnym.
Natomiast moja specjalność to nalewki. Co roku z czymś ekseprymentuję i podobnie jak z winami, staram się zrobić coś nowego i intrygującego zgodnie z kalendarzem dojrzewania owoców.
2. Przepis na nalewkę z dzikiego bzu jest zbliżony do w/w.
I tak potrzebne jest;
- 50 baldachów kwiatów czarnego bzu, zasady jak powyżej,
- 2 cytryny,
- 3 limonki,
- 70 dkg cukru, litr wody,
- łyżeczka korzenia arcydzięgla,
- 1 litr spirytusu.
Gotujemy syrop, studzimy.Cytryny myjemy, kroimy w plasterki, wyciągamy pestki. Do słoja wkładamy kwiaty, przekładamy je plasterkami cytryny, zalewamy syropem i przykrywamy płótnem. Pozostawiamy w słonecznym miejscu na 10 dni. Co jakiś czas mieszamy drewnianą łyżką. Przecadzamy przez gęste sito ( gazę ) i sok łączymy ze spirytusem i dodajemy sok z limonek i arcydzięgiel. Odstawiamy na 4 tygodnie i co kilka dni wstrząsamy słojem ( szczelnie zamkniętym ). Po tym czasie pozostawiamy nalewkę do sklarowania, po czym zlewamy znad osadu i odstawiamy aby trunek dojrzał.
3. W tym roku po raz pierwszy zabrałam się za syrop.
- 40 baladachów kwiatów dzikiego bzu,
- 4 duże cytryny,
- 2 kg cukru,
- 1,5 litra wody
Gotujemy syrop. W tym czasie obcinamy nożycami kwiaty ( jak najmniej zielonego ), myjemy cytryny, wyciskamy sok a skórki kroimy. Goracy syropem zalewamy kwiaty, skórki i sok. Pozostawiamy na 2 dni, od czasu do czasu mieszamy. Po tym czasie przecedzamy , zlewamy do butelek i pasteryzujemy.
I korzystamy z dobroczynnych właściwości.
a to efekty końcowe; nalewka i sok a wino bulgocze w butli i raczej nie wygląda na tym etape ciekawie:
niedziela, 15 maja 2016
Pokrzywa
Zgodnie z tym co wcześniej pisałam, że jemy to co aktualnie urośnie, przyszedł czas na pokrzywę.
Rośnie ona w okolicach Chabaziewa w bardzo dużych ilościach, tak że jest ona wykorzystywana praktycznie przez całe lato. Chociaż na wiosnę jest najbardziej smaczna a ważne aby nie zdążyła zakwitnąć.
Na pierwszym planie mój Niuniek a dalej bukiet pokrzyw:
Pokrzywa - powszechnie znany chwast o parzących liściach jest niezwykle bogata w składniki mineralne, witaminy i cieszy się sławą rośliny leczniczej. Należy ona do najważniejszych chwastów tak zwanej kuracji majowej oczyszczającej krew. Działa wzmacniajaco, obniża poziom cukru, wspaniale wpływa na proces przemiany materii, zwiększa poziom hemoglobiny, obniża ciśnienie krwi i jeszcze można by było długo wymieniać jej wspaniałe właściwości. Ale to już wystarczy aby się na nią skusić.
Podsumowując ; cytatat Apicjusza w Sztuce kulinarnej:
Kiedy słońce będzie w znaku Barana, spożyj jeśli chcesz zapobiec chorobie pokrzywę zwyczajną.
Te mądrości są powszechnie znane niemniej jednak uwielbiam zaglądnąć do wspaniałego wydania ,
pani Hanny Szymanderskiej - Z łąki na talerz. Jest w niej mnóstwo przepisów i opisów praktycznie wszystkich tzw. chwastów jadalnych.
U mnie w kuchni zagościła na stałe od kilku lat o tej właśnie porze roku.
Używam jej gdzie się tylko da, czyli po uprzednim przelaniu wrzątkiem ( wówczas nie parzy ) do różnego rodzaju surówek, sałat, zup i dań z sera .
Oczywiście również suszę łodygi na jesienno - zimowe herbatki lub sproszkowane dodaję jako przyprawa do różnych potraw.
Największym powodzeniem cieszy się zupa z pokrzywy, są różne przepisy a ja mam kilka swoich sprawdzonych.
1. Zbieram dwa duże bukiety pokrzyw ( w sumie około 50 łodyg ) oczywiście z dala od drogi i koniecznie w rękawicach. Po przepłukaniu wkładam do garnka zalewam wodą i gotuję ok 30 min. W tym czasie drobno kroję dwie duże cebule, które szklę na odrobinie oleju. Pod koniec wciskam 4 -5 ząbki czosnku i chwilkę razem podgrzewam. Wlewam wodę i wrzucam 4 ziemiaki pokrojone w kostkę, gałązkę lubczyku i łodyżki pietruszki. Ostatnio dodałam również pierś z kurczaka. I gotuję. W między czasie przecieram przez sito ugotowaną pokrzywę i dodaję do wywaru. W sumie wody mam 3 litry. Na koniec doprawiam solą, pieprzem i zmieloną gałką muszkatołową , wlewam śmietanę i wrzucam pokrojoną natkę piertuszki.
W mojej wersji jest jeszcze makaron nitki, który gotuję oddzielnie.
Oto ona:
2. Kolejna odmiana zupy; robimy jak powyżej ale dodajemy 2 -3 serki topione i dodajemy w miejsce gałki - łyżeczkę curry.
3. Bardzo fajna jest zupa zielona do której użwam porócz pokrzywy jeszcze innych zielonych roślin;
duży por, 2 główki kruchej sałaty, 40 dkg. liści pokrzywy, 20 dkg. liści szpinaku i pęczek natki pietruszki, oczywiście nie bawię się w dokładne ważenie, ale tak orientacyjnie.
W garnku topię 2 łyżki masła i smażę pokrojonego pora. Po chwili pozostałe pokrojone zielone warzywa wrzucam i razem chwilkę smażę. Przy tej wersji pokrzywa musi być młoda w przeciwnym wypadku przecieram ją jak w powyższym przepisie. Zalewam wodą , dodaję sok z 1/2 cytryny i gotuję ok 10 min. Miksuję, tak nie do końca dokładnie. Doprawiam solą, pieprzem, szczyptą cukru i ewentualnie sokiem z cytryny. I zabielam śmietaną. Osobno gotuję ziemiaki, które dodaję do talerza z zupą.
Przelane wrzątkiem młode liście pokrzywy dodaję do twarożku razem z rzodkiewką, szczypiorkiem i ogórkiem a czasami z dodatkiem jajka, albo do każdej surówki obiadowej pokrojone w paseczki.
Np. sałata, ogórek, szalotka, mniszek, pokrzywa i rzodkiewka doprawione solą i śmietaną wymieszaną z pesto z czosnku niedźwiedziego:
A to moje pokrzywisko:
Rośnie ona w okolicach Chabaziewa w bardzo dużych ilościach, tak że jest ona wykorzystywana praktycznie przez całe lato. Chociaż na wiosnę jest najbardziej smaczna a ważne aby nie zdążyła zakwitnąć.
Na pierwszym planie mój Niuniek a dalej bukiet pokrzyw:
Pokrzywa - powszechnie znany chwast o parzących liściach jest niezwykle bogata w składniki mineralne, witaminy i cieszy się sławą rośliny leczniczej. Należy ona do najważniejszych chwastów tak zwanej kuracji majowej oczyszczającej krew. Działa wzmacniajaco, obniża poziom cukru, wspaniale wpływa na proces przemiany materii, zwiększa poziom hemoglobiny, obniża ciśnienie krwi i jeszcze można by było długo wymieniać jej wspaniałe właściwości. Ale to już wystarczy aby się na nią skusić.
Podsumowując ; cytatat Apicjusza w Sztuce kulinarnej:
Kiedy słońce będzie w znaku Barana, spożyj jeśli chcesz zapobiec chorobie pokrzywę zwyczajną.
Te mądrości są powszechnie znane niemniej jednak uwielbiam zaglądnąć do wspaniałego wydania ,
pani Hanny Szymanderskiej - Z łąki na talerz. Jest w niej mnóstwo przepisów i opisów praktycznie wszystkich tzw. chwastów jadalnych.
U mnie w kuchni zagościła na stałe od kilku lat o tej właśnie porze roku.
Używam jej gdzie się tylko da, czyli po uprzednim przelaniu wrzątkiem ( wówczas nie parzy ) do różnego rodzaju surówek, sałat, zup i dań z sera .
Oczywiście również suszę łodygi na jesienno - zimowe herbatki lub sproszkowane dodaję jako przyprawa do różnych potraw.
Największym powodzeniem cieszy się zupa z pokrzywy, są różne przepisy a ja mam kilka swoich sprawdzonych.
1. Zbieram dwa duże bukiety pokrzyw ( w sumie około 50 łodyg ) oczywiście z dala od drogi i koniecznie w rękawicach. Po przepłukaniu wkładam do garnka zalewam wodą i gotuję ok 30 min. W tym czasie drobno kroję dwie duże cebule, które szklę na odrobinie oleju. Pod koniec wciskam 4 -5 ząbki czosnku i chwilkę razem podgrzewam. Wlewam wodę i wrzucam 4 ziemiaki pokrojone w kostkę, gałązkę lubczyku i łodyżki pietruszki. Ostatnio dodałam również pierś z kurczaka. I gotuję. W między czasie przecieram przez sito ugotowaną pokrzywę i dodaję do wywaru. W sumie wody mam 3 litry. Na koniec doprawiam solą, pieprzem i zmieloną gałką muszkatołową , wlewam śmietanę i wrzucam pokrojoną natkę piertuszki.
W mojej wersji jest jeszcze makaron nitki, który gotuję oddzielnie.
Oto ona:
2. Kolejna odmiana zupy; robimy jak powyżej ale dodajemy 2 -3 serki topione i dodajemy w miejsce gałki - łyżeczkę curry.
3. Bardzo fajna jest zupa zielona do której użwam porócz pokrzywy jeszcze innych zielonych roślin;
duży por, 2 główki kruchej sałaty, 40 dkg. liści pokrzywy, 20 dkg. liści szpinaku i pęczek natki pietruszki, oczywiście nie bawię się w dokładne ważenie, ale tak orientacyjnie.
W garnku topię 2 łyżki masła i smażę pokrojonego pora. Po chwili pozostałe pokrojone zielone warzywa wrzucam i razem chwilkę smażę. Przy tej wersji pokrzywa musi być młoda w przeciwnym wypadku przecieram ją jak w powyższym przepisie. Zalewam wodą , dodaję sok z 1/2 cytryny i gotuję ok 10 min. Miksuję, tak nie do końca dokładnie. Doprawiam solą, pieprzem, szczyptą cukru i ewentualnie sokiem z cytryny. I zabielam śmietaną. Osobno gotuję ziemiaki, które dodaję do talerza z zupą.
Przelane wrzątkiem młode liście pokrzywy dodaję do twarożku razem z rzodkiewką, szczypiorkiem i ogórkiem a czasami z dodatkiem jajka, albo do każdej surówki obiadowej pokrojone w paseczki.
Np. sałata, ogórek, szalotka, mniszek, pokrzywa i rzodkiewka doprawione solą i śmietaną wymieszaną z pesto z czosnku niedźwiedziego:
A to moje pokrzywisko:
wtorek, 26 kwietnia 2016
Maje
To regionalna nazwa na mniszek / mlecz. A nazwa wzięła się stąd, że kwitnie w maju, chociaż w tym roku zdarzyło się to troszkę wcześniej bo już w kwietniu.
Właściwie popełniłam błąd bo z literatury fachowej dowiedziałm się, że mniszek nie jest mleczem i odwrotnie. Widać do tej pory byłam dyletantką bo byłam przekonana, że są to nazwy zamienne.
Co prawda oba zielska można wykorzystywać w kuchni ale ja zajmę się mniszkiem, a konkretnie mniszkiem lekarskim, który właśnie bujnie zakwitł w Chabaziewie.
Mniszek działa oczyszczająco, wzmacniająco i odtruwająco, normalizuje proces trawienia. Pozytywnie działa na wątrobę i drogi żółciowe. Pobudza wydzielanie soków trawiennych a także oczyszcza żołądek. Pomaga w przypadku dny moczanowej, przy reumatyzmie, pomaga zmniejszć poziom cukru we krwi.
W zasadzie wszystkie młode części rośliny są jadalne ale najpopularniejsze są liście i kwiaty.
Liście mają gorzki smak, ale można się go pozbyć. Aby to zrobić, należy namoczyć je w ciepłej wodzie lub przez pół godziny w zimnej lekko osolonej. Oba sposoby są przeze mnie wypróbowane i sprawdzają się. I już gotowy do wykorzystania do wiosennych sałatek.
Pyszne sałatki wiosenne:
- zielona sałata, liście mniszka, sos winegret z czosnkiem,
- inna odmiana to sałata, liście mniszka, ogórek lub pomidor , oliwa i ocet balsamiczny albo
- rzodkiewki, dymka, zielona sałata i mniszek z jogurtem.
- I jeszcze będąc przy surówkach, właśnie wymyśliłam taką; poszatkowana młoda kapusta, liście mniszka i ogórek a do tego jogurt z pesto z czosnku niedźwiedziego ( przepis: http://kocham-wies.blogspot.com/2016/04/czosnek-niedzwiedzi.html ) doprawiony solą.
I tak można kombinować i eksperymentować. Ważne aby skorzystać z tego wiosennego dobrodziejstwa.
Jedyna trudność to należy znaleźć miejsca w miarę ekeologiczne.
Co roku o tej porze zbieram koszyczki kwiatów mniszka i gotuję z nich tzw miodzik z Maji. Przepisów jest mnóstwo, zarówno w czasopismach jak i w internecie i każdy czymś tam się różni.
Ja robię go tak:
zbieram koszyczki ( kwiaty ) w słoneczny dzień w godzinach południowych. Wówczas mają najwięcej żółtego pyłku a chodzi o to aby było go dużo. Na jedną porcję miodziku zbieram 300 koszyczków. Dobrze jest wysypać je na chwilę np. na ściereczkę aby ewentyalne mrówki pouciekały,bo oczywiście mycie jest niedozwolone. Po tym czasie zalewam kwiatki 1 litrem wody i gotuję - 15 min. i pozostawiam na noc. Odcedzam, dodaję sok z jednej dużej cytryny i 1 kg. cukru i gotuję na małym ogniu 1,5 - 2 godziny.
Po tym czasie miodzik fajnie zgęstnieje. Przelewam gorący do wyparzonych słoiczków i zakręcam.
Znakomicie poprawia trawienie i jest doskonałym syropem do słodzenia herbatki w jesienne i zimowe nie tylko wieczory i nie tylko przy przeziębieniu.
Takie cztery słoiczki wychodzą z jednej porcji:
I na koniec chińskie przysłowie do przemyślenia i zapamiętania:
Jeśli chcesz być szczęśliwy jeden dzień, to się upij,
Jeśli chcesz być szczęśliwym przez rok, ożeń się,
A jeśli całe życie, to pokochaj rośliny.
Właściwie popełniłam błąd bo z literatury fachowej dowiedziałm się, że mniszek nie jest mleczem i odwrotnie. Widać do tej pory byłam dyletantką bo byłam przekonana, że są to nazwy zamienne.
Co prawda oba zielska można wykorzystywać w kuchni ale ja zajmę się mniszkiem, a konkretnie mniszkiem lekarskim, który właśnie bujnie zakwitł w Chabaziewie.
Mniszek działa oczyszczająco, wzmacniająco i odtruwająco, normalizuje proces trawienia. Pozytywnie działa na wątrobę i drogi żółciowe. Pobudza wydzielanie soków trawiennych a także oczyszcza żołądek. Pomaga w przypadku dny moczanowej, przy reumatyzmie, pomaga zmniejszć poziom cukru we krwi.
W zasadzie wszystkie młode części rośliny są jadalne ale najpopularniejsze są liście i kwiaty.
Liście mają gorzki smak, ale można się go pozbyć. Aby to zrobić, należy namoczyć je w ciepłej wodzie lub przez pół godziny w zimnej lekko osolonej. Oba sposoby są przeze mnie wypróbowane i sprawdzają się. I już gotowy do wykorzystania do wiosennych sałatek.
Pyszne sałatki wiosenne:
- zielona sałata, liście mniszka, sos winegret z czosnkiem,
- inna odmiana to sałata, liście mniszka, ogórek lub pomidor , oliwa i ocet balsamiczny albo
- rzodkiewki, dymka, zielona sałata i mniszek z jogurtem.
- I jeszcze będąc przy surówkach, właśnie wymyśliłam taką; poszatkowana młoda kapusta, liście mniszka i ogórek a do tego jogurt z pesto z czosnku niedźwiedziego ( przepis: http://kocham-wies.blogspot.com/2016/04/czosnek-niedzwiedzi.html ) doprawiony solą.
I tak można kombinować i eksperymentować. Ważne aby skorzystać z tego wiosennego dobrodziejstwa.
Jedyna trudność to należy znaleźć miejsca w miarę ekeologiczne.
Co roku o tej porze zbieram koszyczki kwiatów mniszka i gotuję z nich tzw miodzik z Maji. Przepisów jest mnóstwo, zarówno w czasopismach jak i w internecie i każdy czymś tam się różni.
Ja robię go tak:
zbieram koszyczki ( kwiaty ) w słoneczny dzień w godzinach południowych. Wówczas mają najwięcej żółtego pyłku a chodzi o to aby było go dużo. Na jedną porcję miodziku zbieram 300 koszyczków. Dobrze jest wysypać je na chwilę np. na ściereczkę aby ewentyalne mrówki pouciekały,bo oczywiście mycie jest niedozwolone. Po tym czasie zalewam kwiatki 1 litrem wody i gotuję - 15 min. i pozostawiam na noc. Odcedzam, dodaję sok z jednej dużej cytryny i 1 kg. cukru i gotuję na małym ogniu 1,5 - 2 godziny.
Po tym czasie miodzik fajnie zgęstnieje. Przelewam gorący do wyparzonych słoiczków i zakręcam.
Znakomicie poprawia trawienie i jest doskonałym syropem do słodzenia herbatki w jesienne i zimowe nie tylko wieczory i nie tylko przy przeziębieniu.
Takie cztery słoiczki wychodzą z jednej porcji:
I na koniec chińskie przysłowie do przemyślenia i zapamiętania:
Jeśli chcesz być szczęśliwy jeden dzień, to się upij,
Jeśli chcesz być szczęśliwym przez rok, ożeń się,
A jeśli całe życie, to pokochaj rośliny.
sobota, 9 kwietnia 2016
Czosnek niedźwiedzi
Od kilku lat stosuję zasadę kulinarną taką, że gotuję z tego co aktualnie rośnie. Dzięki temu na wiosnę i w lecie są to dania lekkie i tylko w zasadzie właściwe w większości tylko dla tych okresów.
Teraz przyszła pora na czosnek niedźwiedzi.
W tym roku wyjatkowo wcześnie można się nim zajadać. Ja to już robię co najmniej od 5 lat i o tej porze roku na dobre wszedł do jadłospisu. A warto się nim zaznajomić a nawet zaprzyjaźnić i zajadać ile się da.
Teraz nie ma z nim problemu bo stał się dość modny. Będąc na hali targowej widziałam olbrzymie ilości czosnku niedźwiedziego więc podejrzewam, że jest dostępny również w innych miejscach poza Rzeszowem. I bardzo dobrze, że jest na fali bo naprawdę ma mnóstwo dobroczynnych właściwości a to niektóre z nich.
Czosnek niedźwiedzi to panaceum na wszystkie choroby. Zawiera on bardzo duże ilości siarki, która jest ważnym czynnikiem zwalczającym wolne rodniki. Zawiera znaczne ilości składników mineralnych w tym żelazo, magnez i mangan. Ten ostatni bierze udział m.in. w tworzeniu kości i chrząstek. Olejki gorczyczne w nim zawarte działają korzystnie na pracę układu pokarmowego.
Czosnek niedźwiedzi działa na organizm ogólnie wzmacniająco , regenerująco i odtruwająco. Działa zapobiegawczo, a także leczniczo w przypadku chorób serca i układu krążenia. W przypadku miażdżycy zapobiega odkładaniu utlenionego choresterolu na ściankach naczyń krwionośnych i obniża ciśnienie krwi. ( wyd. Czosnek niedźwiedzi, Claudia Boss-Teichmann )
Podstawową potrawą, która zagościła na stole z jego udziałem jest przepyszna zupa. Jest tak dobra, że gotuję ją w każdy weekend w Chabaziewie tak długo jak długo czosnek jest dostępny.
A mój przepis jest bardzo prosty:
ok 2 pełne garście czosnku niedźwiedziego ( liści ),
duża cebula,
5-6 ząbków czosnku,
3-4 ziemiaki'
do doprawienia; śmietana, sól, pieprz , kostka rosołowa , wegeta ( wg uznania )?
odrobina oleju.
Na oleju szklę pokrojoną w kostkę cebulę po czym dodaję przeciśnięty przez praskę czosnek i chwileczkę razem smażę, należy uważać aby nie przypalić czosnku bo zgorzknieje.
Dolewam wodę ( u mnie 3 litry - wystarcza na kilka dni i się nie nudzi), dodaję pokrojone w kostkę ziemiaki, kostkę rosołową ( czasami dodaję skrzydełka z kurczaka ) i chwilę gotuję. Dodaję pokrojony czosnek, gotuję do miekkości ziemiaków i czosnku. Doprawiam. i gotowa Ja gotuję jeszcze do tego oddzielnie makaron nitki. Mąż wyciska do talerza jeszcze ząbek czosnku.
Kolejne przysmaki to twaróg i różnego rodzaju surówki. Są to przystawki z możliwą dużą dozą fantazji.
np. ser wymieszany ze śmietaną z dodatkiem liści czosnku, cebulki, jajka i przyprawiony do smaku;
np. surówka obiadowa ; liście czosnku, sałata, ogórek, rzodkiewka, śmietana i przyprawy, co tylko jest pod ręką.
To tylko dwa przykłady z wielu możliwych wariacji, można eksperymentować z wszystkimi nowalijkami i warzywami. Zawsze będzie to wspaniały dodatek do chleba, ziemiaków czy kasz.
Aby dłużej móc się cieszyć tą wspaniałą roślinką przygotowuję również jej wersję jesienno - zimową.
Obecnie stosuję dwie: jedna to wrzucam liście czosnku na wrzątek , wyjmuję , odcedzam, dzielę na porcje i zamrażam., a druga to wersja słoikowa. Upycham liscie czosnku do słoika i zalewam osoloną wodę. Pasteryzuję 10 min.
W ten sposób przygotowane słoiko - mrożonki wykorzystuję do zup w ciągu roku np. na Wielkanoc roku następnego.
W tym roku pokusiłam się na sporządzenie bardzo prostego pesto, jest to można powiedzieć pełnowartościowa baza do innych potaw.
Liście czosnku zmieliłam w termomiksie ( można ten sam efekt uzyskać przy pomocy miksera albo blendera ). Przełożyłam masę do miski , dodałam sól , i skropiłam oliwą. Wszystko dokładnie wymieszałam. Masę przełożyłam do słoiczków, dobrze ją ugniotłam i zalałam niewielką warstwą oliwy.
Tak przygotowane pesto w lodówce lub w chłodnej spożarni może stać kilka miesięcy.
Już zdążyłam poeksperymentować z pesto; pyszne masło czosnkowe, dip do grilowanek , dodatek do sera i pesto ze standardowymi dodatkami. To są dopiero początki, jak się rozkręcę to będą makarony, sosy, mięsa, sałatki, naleśniki i na co fantazja pozwoli.
No właśnie zdążyłam już zastosować czosnek do pizzerinek ( przepis; Ładowanie akumulatorów - 2015 )
zrobiłam je w wersji wiosennej. Czyli, do masy dodałam garść szpinaku i czosnku i dodałam serek feta.
Teraz przyszła pora na czosnek niedźwiedzi.
W tym roku wyjatkowo wcześnie można się nim zajadać. Ja to już robię co najmniej od 5 lat i o tej porze roku na dobre wszedł do jadłospisu. A warto się nim zaznajomić a nawet zaprzyjaźnić i zajadać ile się da.
Teraz nie ma z nim problemu bo stał się dość modny. Będąc na hali targowej widziałam olbrzymie ilości czosnku niedźwiedziego więc podejrzewam, że jest dostępny również w innych miejscach poza Rzeszowem. I bardzo dobrze, że jest na fali bo naprawdę ma mnóstwo dobroczynnych właściwości a to niektóre z nich.
Czosnek niedźwiedzi to panaceum na wszystkie choroby. Zawiera on bardzo duże ilości siarki, która jest ważnym czynnikiem zwalczającym wolne rodniki. Zawiera znaczne ilości składników mineralnych w tym żelazo, magnez i mangan. Ten ostatni bierze udział m.in. w tworzeniu kości i chrząstek. Olejki gorczyczne w nim zawarte działają korzystnie na pracę układu pokarmowego.
Czosnek niedźwiedzi działa na organizm ogólnie wzmacniająco , regenerująco i odtruwająco. Działa zapobiegawczo, a także leczniczo w przypadku chorób serca i układu krążenia. W przypadku miażdżycy zapobiega odkładaniu utlenionego choresterolu na ściankach naczyń krwionośnych i obniża ciśnienie krwi. ( wyd. Czosnek niedźwiedzi, Claudia Boss-Teichmann )
Podstawową potrawą, która zagościła na stole z jego udziałem jest przepyszna zupa. Jest tak dobra, że gotuję ją w każdy weekend w Chabaziewie tak długo jak długo czosnek jest dostępny.
A mój przepis jest bardzo prosty:
ok 2 pełne garście czosnku niedźwiedziego ( liści ),
duża cebula,
5-6 ząbków czosnku,
3-4 ziemiaki'
do doprawienia; śmietana, sól, pieprz , kostka rosołowa , wegeta ( wg uznania )?
odrobina oleju.
Na oleju szklę pokrojoną w kostkę cebulę po czym dodaję przeciśnięty przez praskę czosnek i chwileczkę razem smażę, należy uważać aby nie przypalić czosnku bo zgorzknieje.
Dolewam wodę ( u mnie 3 litry - wystarcza na kilka dni i się nie nudzi), dodaję pokrojone w kostkę ziemiaki, kostkę rosołową ( czasami dodaję skrzydełka z kurczaka ) i chwilę gotuję. Dodaję pokrojony czosnek, gotuję do miekkości ziemiaków i czosnku. Doprawiam. i gotowa Ja gotuję jeszcze do tego oddzielnie makaron nitki. Mąż wyciska do talerza jeszcze ząbek czosnku.
Kolejne przysmaki to twaróg i różnego rodzaju surówki. Są to przystawki z możliwą dużą dozą fantazji.
np. ser wymieszany ze śmietaną z dodatkiem liści czosnku, cebulki, jajka i przyprawiony do smaku;
np. surówka obiadowa ; liście czosnku, sałata, ogórek, rzodkiewka, śmietana i przyprawy, co tylko jest pod ręką.
To tylko dwa przykłady z wielu możliwych wariacji, można eksperymentować z wszystkimi nowalijkami i warzywami. Zawsze będzie to wspaniały dodatek do chleba, ziemiaków czy kasz.
Aby dłużej móc się cieszyć tą wspaniałą roślinką przygotowuję również jej wersję jesienno - zimową.
Obecnie stosuję dwie: jedna to wrzucam liście czosnku na wrzątek , wyjmuję , odcedzam, dzielę na porcje i zamrażam., a druga to wersja słoikowa. Upycham liscie czosnku do słoika i zalewam osoloną wodę. Pasteryzuję 10 min.
W ten sposób przygotowane słoiko - mrożonki wykorzystuję do zup w ciągu roku np. na Wielkanoc roku następnego.
W tym roku pokusiłam się na sporządzenie bardzo prostego pesto, jest to można powiedzieć pełnowartościowa baza do innych potaw.
Liście czosnku zmieliłam w termomiksie ( można ten sam efekt uzyskać przy pomocy miksera albo blendera ). Przełożyłam masę do miski , dodałam sól , i skropiłam oliwą. Wszystko dokładnie wymieszałam. Masę przełożyłam do słoiczków, dobrze ją ugniotłam i zalałam niewielką warstwą oliwy.
Tak przygotowane pesto w lodówce lub w chłodnej spożarni może stać kilka miesięcy.
Już zdążyłam poeksperymentować z pesto; pyszne masło czosnkowe, dip do grilowanek , dodatek do sera i pesto ze standardowymi dodatkami. To są dopiero początki, jak się rozkręcę to będą makarony, sosy, mięsa, sałatki, naleśniki i na co fantazja pozwoli.
No właśnie zdążyłam już zastosować czosnek do pizzerinek ( przepis; Ładowanie akumulatorów - 2015 )
zrobiłam je w wersji wiosennej. Czyli, do masy dodałam garść szpinaku i czosnku i dodałam serek feta.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





