Witam w Chabaziewie

Witam w Chabaziewie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pochłaniacze czasu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pochłaniacze czasu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 sierpnia 2018

Elewacja, kołnierzyki...

To był bardzo pracowity tydzień a do tego upalny.

Prace nad zewnętrzną elewacją posunęły się do przodu ale zostały na tą chwilę wstrzymane, bo mąż odmówił chwilowo współpracy. Co prawda mieliśmy fachowca, ale mąż był tzw chłopcem na posyłki; podaj, przynieś, przytnij itd. A temperatura w samo południe w słońcu 40 albo lepiej stopni, no i mi się chłop przegrzał. Teraz dochodzi do siebie po tym szoku termicznym i za niedługo będzie kontynuacja.

Na tą chwilę tak wygląda mój domeczek:  z przodu


z boku:





Najważniejsze w tym wszystkim są te brązowe listy bo do nich będą przykręcane listewki i będzie taki sobie płotek, pomysł mój własny.

Najważniejsza jednak praca skupiła się nad zabezpieczeniem poddasza i wypędzeniem tego co tam buszowało. Zakupiłam dźwiękowy odstraszacz kun tudzież innych gryzoni a fachowiec zabił deskami wszystkie szpary pomiędzy dachem a ścianami. No i wreszcie nic mi nie lata nad głową i jest cisza. I niech tak pozostanie.

A ja cały tydzień maluję te deski na płotek i końca nie widać.

Za to wieczorkami oczywiście szydełkuje a tym razem napadło mnie na kołnierzyki. Super szybko się robi, kolory się zmienia i jest tego już prawie 5 sztuk.


Tak mi się ta robota spodobała, że poszłam w hurt. Firanka chwilowo poszła w odstawkę.
Tak prawdę powiedziawszy myślę trochę już o prezentach świątecznych, aby później nie dostać zadyszki.

Na wakacje został nam podrzucony na przechowanie ;; wnuczek ;; Kudi:


z moim Niuńkiem: 



i w kąpieli:







wtorek, 29 maja 2018

Zmiany, zmiany....

Było bzowo, ale zanim to nastąpiło były, w szczegółach wypracowane podczas zimowych wieczorów zmiany, które zostały wprowadzone w życie. W myśl mojej zasady , nie dać się monotonii.
I tak co roku coś kombinuję, zresztą o tym już niejednokrotnie wspominałam.

Tym razem zmiany głównie dotyczyły kuchni i okien. Zimowe czasopochłaniacze wykonane  podczas długich mroźnych i zimnych wieczorów znalazły swój finał i swoje miejsce.

I tak w wiejskim saloniku na oknie zawisła firanka w której się zakochałam :



cała w moje ulubione róże na oknie pięknie wygląda. Tworzy taki romantyczno sielski klimat.
Tak się rozpędziłam w tym zachwycie, że już zaczęłam kombinować drugą, równie piękną na drugie okno.

Druga firanka zawisła w wiejskiej kuchni razem z nowymi zasłonkami w stylu łowickim. Tak też postanowiłam zmienić kuchnię.


To tak z bliska, robiona pajączkami w na dole wzór filetowy oczywiście w róże.

A tak w całej okazałości:


Nowe zasłonki zwisły również na meblach:

Tutaj pod blatem kuchennym:


ten sam materiał co zasłonki.

I pod zlewozmywakiem:



wykonane ze ściereczek kuchennych.
Właśnie od takiej ściereczki się zaczęło. Pewnego zimowego dnia natrafiłam przypadkowo w pobliskim sklepie takie ściereczki. Nie była bym sobą gdybym nie kupiła, wówczas jeszcze bez przeznaczenia. Pomysł przyszedł z czasem.
Do tego jeszcze zrewitalizowana lodówka, o czym wcześniej i jest super.
Ale się chwalę, ale jeszcze nie przeszedł mi zachwyt.

Jeszcze aby dopełnić całości pozostało mi lekkie odmalowanie, odświeżenie.
Nawet dzisiaj już rozpoczęłąm prace, nie powiem aby to były moje ulubione. Ale przedpokój już ładnie wygląda. Jeszcze kilka kątów i będzie jak nowe .

Jeszcze jedna nowość; podjazd.



Absolutnie nie byłam zwolennikiem tych prac ale niesamowite bagno, które jesienią i wiosną uniemożliwiało dojście do domu nie wspominając już o samochodzie, ugięłam się przed koniecznością i zwyciężył rozsądek. I jest, jeszcze czekam na trawkę ale muszę przyznać, że wygląda to fajnie.

A na koniec azaliowa migawka;




ale to już tylko wspomnienie.

sobota, 21 kwietnia 2018

Jak ten czas szybko leci już wiosna i piękny maj. Jakoś tak zleciało ponad dwa miesiące od ostatnich moich wypocin. Jakiś brak natchnienia ? No nie do końca. Czekając na wiosnę każdą wolną chwilę spędzałam w archiwum, oczywiście szukając informacji o moich antenatach. No i dokonałam kilku ciekawych odkryć. Bo ja nadal z uporem maniaka param się genealogią rodziny. Strasznie to wciągające. Pewnie jak narkotyk, choć tego nigdy nie próbowałam ale z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że ciągnie do tego jak do papierosów, bo to akurat było przedmiotem mojego nałogu.

Tak mi się spodobał ten cytat, że musiałam go zapożyczyć,  to jest najprawdziwsza  prawda:
Zdjęcie użytkownika More Maiorum - periodyk genealogiczny.

No ale wreszcie zawitała wiosna, ja siedzę sobie w Chabaziewie i nie wiem w co ręce włożyć. Tak, że to teraz będzie na jakiś czas moim głównym zajęciem, genealogia pozostanie ubocznym, wieczornym. Trzeba się nacieszyć tym za czym tęskni się od ładnych kilku miesięcy, czyli grzebaniem w ziemi a przy okazji spokojem, słoneczną pogodą i obecnie pięknymi tulipanami w rozkwicie:


Już po pierwszych porządkach ale jest jedno ale . Mam rozbabrane wejście i wjazd do domu bo postanowiłam trochę dojazd ucywilizować i będą położone jumby. Dość mam tych niepewności typu; wyjedziemy czy nie wyjedziemy???? A przy deszczowej pogodzie, jaka miała miejsce jesienią i wczesną wiosną tego roku często było to drugie.

Ale ogólny wygląd wcale nie spowodował uleczenia choroby typowej dla mnie o tej porze roku.
Co rusz do sklepu to targam kwiatki, sadzonki itp.
To dzisiejsza zdobycz:

oj będzie się działo.

I tak za każdym razem; już posadziłam bratki, róże, powojniki, surfinie a z domu przywiozłam przezimowane moje ulubione pelargonie;


I uzupełniłam owocownik czyli sadzik o czereśnie i borówki amerykańskie. Było też szczepienie śliwki ale na razie trudno wyczuć z jakim efektem. Na pierwszy rzut oka dobrze to nie wygląda to dobrze.
Za mną również pierwsze trawo-koszenie.

sobota, 3 lutego 2018

Wreszcie ferie

Właśnie minął tydzień od kiedy przyjechaliśmy do Chabaziewa, A w tym czasie nastąpił kalejdoskop pogodowy. Przyjechaliśmy w zimie potem zagościło przedwiośnie, które całkowicie zmiotło śnieg i teraz ponownie zima i to nie tyle mroźna co śnieżna. Przez jedną noc przybyło

tyle śniegu.

I zastałam taki poranek niespodzianek :


I od razu przypomniała mi się sytuacja, która miała miejsce około 5 lat temu.
Co prawda było to troszkę później, bo w marcu ale też byłam mocno zaskoczona i zdumiona  szybkim przyrostem śniegu. Spodziewaliśmy się już wiosny więc jak wyjeżdżaliśmy z Chabaziewa nie przedsięwzięliśmy, koniecznych zimowym czasem, środków ostrożności. Czyli spuszczenie wody, zabezpieczenie drzwi do piwnic styropianem itd.

Siedzimy sobie, wówczas spokojnie w miejskim domku i podziwiam pięknie podający śnieg. I tak jeden dzień i noc, drugi dzień i noc i chyba na trzeci przyszło otrzeźwienie. Przecież na wsi musi być tego puchu jeszcze więcej no i mroźniej. I oczami wyobraźni zobaczyłam pękniętą spłuczkę i wodę zalewającą moje drewniane podłogi. Zaznaczę, że już raz nam pękła.

Wiele się nie zastanawiając wsiadłam w samochód i jadę. Oczywiście nie ma szansy dojechać pod dom albo chociaż w jego pobliże. Zostawiam samochód możliwie jak najbliżej i przesiadam się na buty. Brnę po zaspach sięgających mi powyżej kolan. Wreszcie jak dochodzę do ogrodzenia okazuje się, że bramki nie otworzę bo całą zasypana jest śniegiem. Jakoś w końcu udało mi się sforsować ogrodzenie , wpadłam do domu i celu mojej podróży czyli kibelka. Co za ulga, że jeszcze w całości.
Zrobiłam to co konieczne i w drogę powrotną.  Tej ekstremalnej wyprawy nic nie jest w stanie przyćmić. No może zeszłoroczna wyprawa na ferie https://kocham-wies.blogspot.com/2017/01/sobota-z-andrenalina.html

Ale teraz póki co jeszcze tydzień przed nami i nie ma co się przejmować wyjazdem tylko upajać się pięknymi widokami, na nerw przyjdzie czas tak około połowy tygodnia;


Wcześniej już pisałam, że zajmuję się genealogią i cały czas szukam i szukam. I właśnie w tym tygodniu udało mi się zdobyć metryki ślubu, które spędzały mi sen z powiek. Najważniejsza to metryka ślubu moich pradziadków z 1894r , która znajdowała się USC. Cieszę się tym bardziej, bo prababcia urodziła się w okolicach Tarnowa, i w zasadzie w ówczesnych czasach ( teraz też tak bywa ) ślub odbywał się raczej w parafii panny. No ale cieszę się, że z jakichś powodów odbył się on w parafii młodego bo po prostu mam ją. No i kolejny problem genealogiczny , dlaczego??

No i tak powoli brnę do przodu, osób w moim drzewie mam już ok. 300, ale cały czas nie mam jeszcze pomysłu jak zabrać się za prezentację. Ale myślę, że jakieś natchnienie na mnie spadnie.

niedziela, 21 stycznia 2018

Przygotowania

Zbliżają się ferie dużymi krokami, jeszcze tydzień i już. Dziwić może, że ja emerytka tak czekam na tą upragnioną przez dzieci przerwę w nauce. A to ze względu na mojego męża i oczekiwany wyjazd do Chabaziewa. O tej porze, można powiedzieć, że mąż jest prawie niezbędny i  najlepiej się sprawdza jako palacz. Zresztą bardzo to lubi a temperatura po przyjeździe do wyziębniętego domku  o tej porze roku jest powalająca no i trzeba napalić we wszystkich piecach, kozach, stojakach. I to ostro na początku. Nie żebym tego nie potrafiła, ale palenie w piecu to męska rzecz, a na pewno wtedy gdy ktoś taki jest pod ręką.

A tymczasem na zewnątrz pięknie śnieży,



 ale to nie znaczy, że będziemy mieć na wsi zimę bo już straszą ociepleniem od połowy tygodnia. A i teraz jest to śnieg dość mokry, tak, że robi trochę zamieszania ale raczej długo nie pobędzie .

Dla mnie w zasadzie nie ma znaczenia czy będzie śnieg czy nie bo ja i tak z niecierpliwością wyglądam wiosny. I zresztą już ją czuję i czynię do niej przygotowania.

Właśnie ukończyłam firankę w której się zakochałam w jesieni :


to jest połowa, druga też ukończona. Już nie mogę się doczekań jak pięknie będzie wyglądać zawieszona na oknie w Chabaziewie. Róże to ulubiony mój motyw. Uwielbiam je zarówno w ogrodzie jak i w każdej innej postaci. Oczywiście jak zawiśnie również nie omieszkam się pochwalić.

Teraz aby mieć szydełkowe zajęcie ( bo to uzależnienie ) rozpoczęłam robić olbrzymi obrus z myślą o Świętach Bożego Narodzenia. Mój stół świąteczny to 1m x 2,1m a obrus musi być większy. To fantastyczny pomysł mojej córki Beatki, aż dziw że wcześniej na to nie wpadłam. Zawsze kombinuję ze stołem

 

bo kombinowanie to moja specjalność i co roku coś zmieniam.  Wygląda na to, że na tegoroczne zimowe Święta będę chwalić się nowym, własnoręcznie udzierganym obrusem.

Przygotowując się do wiosny zaplanowałam wiele nowych zmian, zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz, bo zmiany to przecież kolejna moja specjalność i ulubione zajęcie. Tak, że wiosna i lato przyjdą w nowej  odsłonie. I właśnie na feriach w związku z tym mam pełne ręce roboty. Ale o tym w swoim czasie w miarę przybywania efektów.




niedziela, 1 października 2017

Koniec lata

Tak sobie myślę, że w tym roku jakoś to lato szybciej się skończyło, szybciej minęło czy to wina szybciej mijającego czasu?? Czasami mam takie wrażenie, tyle do zrobienia a tu nie ma kiedy. Dni szybko mijają a wieczorki to obowiązkowo szydełko i coś fajnego do oglądania a za chwilę już noc. No i kiedy zrobiło się tak późno??? A przecież emerytura to podobno więcej czasu. No u mnie jakoś to inaczej się dzieje. Na wszystko brak mi go. To chyba przez te moje pomysły tzw. pochłaniacze czasu a co rusz coś przybywa.

Teraz np. zakochałam się w chustach a ponieważ idzie nieuchronnie jesień i zima więc na ten czas parasolki, firanki i obrusy poszły na bok i chwilowo zamieniłam szydełko na druty i coś takiego popełniłam wieczorową porą;

jest to olbrzymi chusto - szal o wdzięcznej nazwie Arabella, składający się z 12 trójkątów. Jeszcze brakuje jednego- czerwonego i będzie skończony. Teraz kombinuję jaką tu wykombinować czapkę. Ale na pewno znajdę coś nietuzinkowego, już nawet mam coś na oku. I to jest kolejne wyzwanie a w kolejce czekają następne. To dzierganie to jest jak narkotyk ciągle musisz i ciągle mało.

W międzyczasie pomiędzy trójkątami znalazłam czas na buraczki. Przecież teraz sezon burakowy więc oprócz przepysznych barszczyków na zmianę z zupą dyniową http://kocham-wies.blogspot.com/2016/09/dynia-i-nie-tylko.html  zabrałam się za ich marynowanie: http://kocham-wies.blogspot.com/2016/10/i-na-koniec-buraki.html , To te najmniejsze nadają się do tego wyśmienicie. A na dodatek pozostała po buraczkach w słoikach zalewa nadaje się wyśmienicie do barszczyku zamiast kupnego koncentratu. To takie 2 w 1.

Urwis Kudi powrócił na łono bliższej rodziny


 czyli do wnuczek a ja wreszcie zabiorę się z porządkowanie ogrodu. Wcześniej niestety nie było to możliwe bo psiaczek odkrył, że może zwiedzać okolicę razem z pieskiem sąsiadki. I tylko czekał na moją nieuwagę. I stało się, udało mu się mi uciec. Jak raz to zrobił tak mu się to spodobało, że nie było szansy aby nad nim zapanować. Turystyka mu się spodobała i kolega również..I właśnie pewnego pięknego dnia wybrał się z kolegą zwiedzać pobliskie pola i knieje. Na moje wrzaski i dziwne ruchy raczył nie zważać. No i wolność się skończyła. Za nic w świecie nie chciałam powtórki i panicznego strachu.... co ja powiem Klarze jak Kudi zginie. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju i nie należy do moich ulubionych.

A na ogródku koszmarnie, chabazie, przekwitłe kwiaty i mnóstwo roboty mnie czeka.
Ale zawsze jest coś miłego, zakwitła wreszcie taka dalia:

pewnie jej żywot nie będzie długi bo straszą przymrozkami, ale dobrze choć na chwilę jeszcze oko pocieszyć.


niedziela, 17 września 2017

Dzierganie i rydzowanie

Oj jak pada, oj jaki jaki brzydki ten niedzielny poranek i nie zanosi się, parząc na niebo o jakąś radykalną zmianę. Powiedziała bym nawet, że na żadną. Ale trudno, w domu też mam co robić i to wcale nie z konieczności ale z miłości a mówię tutaj o szydełkowaniu. Deszcz obija się o dach a ja w ciepełku sobie szydełkuję, kończę kolejną parasolkę. A międzyczasie udało mi się zakończyć firankę:


to taki świeżaczek, jeszcze nie prany i nie blokowany. Pozuje tylko do zdjęcia.

No i wreszcie udało mi się odkryć tajniki robienia baniek na choinkę, bo już Święta tuż, tuż i należy pomyśleć o dekoracjach;

do tej pory miałam problem z ogarnięciem tego tematu, ale na tą chwilę wydaje się, że jestem, jak to się mówi w domu.
Oprócz tego pomysłów mam mnóstwo na jesienne i zimowe wieczory a wszystko to dzięki grupom na FB do których należę. W życiu bym nie przypuszczała, że takie piękne rzeczy można robić , np parasolki



 chociaż dziergam właściwie od urodzenia 😊😋. Ale o tym w swoim czasie.

Ale żeby nie było, że tylko dzierganie i dzierganie to mimo tak brzydkiego weekendu przyszły do nas rydze i od razu skojarzyła mi się piosenka Heleny Majdaniec ;

i w rytmie tej piosenki zabraliśmy się do roboty; czyli mycia, segregowania i kiszenia.

A było tego dość sporo, to tylko drobna część:


Z rydzami to akurat jak tylko jest wysyp nie ma problemu, bo tutejsi ludziska traktują go jako jakąś podkategorię i po prostu nie zbierają
Ja przyznam się, że również za nimi nie przepadam ale za to mój mąż pochłania je pod każdą postacią.
Mają one taki dziwny smak,który nie każdemu pasuje. Ale jak się je zamarynuje to jest OK i nawet ja nie mam nic przeciwko.
Teraz jest ich tak dużo, że będą kiszone. Chyba 3 lata temu po raz pierwszy ukisiłam i wyszły super, jeszcze na Święta Wielkanocne były jedzone. Od tej pory, czyli przez 2 lata nie było wysypu no i teraz obrodziło.

A mój przepis na kiszone rydze jest taki: Przygotowuję gliniany garnek ; myję i wyparzam.
Rydze po oczyszczeniu wrzucam na lekko osolony wrzątek i zagotowuję przez 2 -3 min . Wyjmuję, studzę i układam, a raczej mąż układa - bo to Jego przysmak, w gliniaku blaszkami do góry. Każdą warstwę należy posolić. Można dodawać pokrojoną cebulę.
Na koniec ugnieść i obciążyć jakimś ciężarkiem. Po ok 2 dniach powinien wydzielić się sok a jeżeli nie to wlewamy trochę osolonej wody. Rydze muszą być pokryte wodą. I na tym koniec. Po ok 3 tygodniach są już ukiszone. Ja je wynoszę do chłodnej piwnicy i tam sobie stoją aż całkiem znikną.

Powoli powstają warstwy i pokiszą się w kuchni a potem wylądują w piwnicy.

sobota, 29 kwietnia 2017

Wreszcie

Sama nie mogłam uwierzyć jak to jest fantastycznie wreszcie poczuć ten wspaniały zapach wsi. Taki świeży, pachnący a na dodatek coś w pobliżu było koszone i ten zapach skoszonej lekko przeschniętej trawki, poezja. Co prawda pogoda nie do końca jest taka jaką by się chciało ale już wygląda słoneczko i ma być coraz lepiej, czyli cieplej.
Pierwszy rzut oka na Chabaziewo po 3 - tygodniowej przerwie , nienajgorszy:

pod altaną kwitną pięknie kolorowe tulipany, właśnie dzięki chłodnej pogodzie dłużej można nimi cieszyć oczy i obserwować jak otwierają się do słoneczka i zamykają gdy się ochłodzi.

I malutki ogródek przydomowy też prezentuje się całkiem fajnie :

Kwitną głównie narcyze ; białe i żółte. Niezadługo będą i czosnki i lilie a potem róża, malwy no i na kratce będą piąć się wiciokrzewy.

Trawsko też zdążyło już urosnąć czyli w przyszłym tygodniu czeka mnie koszenie. Mówię mnie, bo to ja koszę ogród, mam swoją bubuzelę ( miejscowe określenie na kosiarkę ) i nie pozwalam mężowi zbliżyć się do tego wynalazku cywilizacji, co wcale nie powoduje u Niego protestów. Wcześniej nieopatrzne takie zbliżenie kosztowało mnie sukcesywnym zmniejszaniem areału roślin kwitnących, niby nie było widać.....
Tak, że sprawiedliwy podział pracy nastąpił; ja ogród koszę a mąż wszystko co poza nim.


Nawiozłam oczywiście zapas kwiatków, powojników  i krzaczków do sadzenia. Cały ostatni tydzień spędziłam na uzupełnianiu braków. Teraz to już tak będzie, zaczęła się u mnie kwiatomania.

Oto moje pierwsze zdobycze:

petunie, aksamitki, żeniszki i begonie, wszystkiego po 10 sztuk.
Ale na tym nie koniec,

tutaj wszystkiego po trochu i kwiatki z ryneczku i mój przychówek ( pelargonie ) i zakupy w ogrodniczych.
To wszystko czeka na słoneczko i ciepełko, bo wówczas lepiej mi się biega po ogrodzie. Lada dzień już to nastąpi  przynajmniej takie są prognozy. Tak, że mam trochę polowej roboty w tym nadchodzącym tygodniu.

Ale w międzyczasie w oczekiwaniu na piękną pogodę też biegam, tylko że po domu za wiosennymi porządkami. Zmieniam dom z jesienno - zimowego na wiosenno - letni. Firanki, zasłony, zasłonki, serwety, serwetki, chodniczki, dywaniki itd. Wszystko to idzie w ruch i ląduje w swoich nowych miejscach przeznaczenia.

A tak np. wygląda po liftingu moje centrum dowodzenia:

Dywanik na podłodze to oczywiście własna szydełkowa robota, czym zresztą zdążyłam się już wcześniej pochwalić a na ścianie ten obraz z  rowerem to też efekt mojej zimowej pracy, taki sezonowy czasopochłaniacz czyli puzzle w ilości 1500 sztuk. No i takie sobie przytulne miejsce na poddaszu wyszło.

Siedzę tam sobie wieczorami po robocie, wszystko mam pod ręką i w zależności od nastroju coś porabiam; grzebię w poszukiwaniu przodków ( to jest jak narkotyk ), szydełko ( drugi narkotyk ), pisanie bloga ( kolejny ), książka, TV itd albo wszystko na raz. Na nudy nie ma czasu.

A najfajniejsze jest to, że właśnie rozpoczął się najwspanialszy okres w roku. Moje przebywanie w Chabaziewie będzie zdecydowanie dłuższe a ja powoli przemienię się w chłoporolnika albo jak kto woli w wieśniaka. A czasami w gospodynię domu przyjmującą z radością odwiedzających nas gości. A czasami w babcię z utęsknieniem czekająca na przyjazd wnuczek. 
I niech tak będzie jak najdłużej.

A tu jeszcze tacy fantastyczni goście:


para dzikich kaczek szuka miejsca na gniazdo.


niedziela, 19 marca 2017

Rozpędzam się wiosennie

Od dłuższego już czasu zaobserwowałam, że czas coraz szybciej upływa ( inne, bardziej dosadne określenie przychodzi mi na myśl, takie na za......ale przecież jestem kulturalną osobą 😉 ). Nigdy nie przypuszczałam, że aż takie przyśpieszenie jest możliwe. Łapię się na tym, że na wiele rzeczy po prosty brakuje mi czasu. Albo mam za dużo pomysłów albo coś z moją organizacją czasu jest nie tak. Myślę, że raczej chodzi o to pierwsze, bo faktycznie chciałabym bardzo, bardzo wiele a tu zderzam się z ograniczeniami czasowymi. Ale jak to się teraz mówi; damy radę.

W tym tygodniu najważniejszy dzień to 14 marzec i urodziny mojej starszej wnuczki Klary. No i proszę jak ten czas leci.
Przy tej okazji zawsze przypomina mi się sytuacja sprzed kilku lat, kiedy Klara miała 3 -4 latka.
Wówczas Święta Wielkanocne również były w marcu, więc postanowiłam przy tej okazji urządzić Jej urodziny. Zamówiłam tort. Po złożeniu sobie życzeń świątecznych i po śniadaniu przyszedł czas na tort oczywiście ze świeczkami i sto lat. Klara dzielnie słuchała naszych dźwięków a po zakończeniu przyszedł czas na dzielenie. I właśnie w tej chwili rozpoczęła się dla dziecka tragedia. Łzy przerażenia w oczkach, usteczka w podkówkę i cichutko padło zdanie ; a co dla mnie zostanie? Było to tak słodkie, tak zaskakujące, że wszyscy zgodnie stwierdziliśmy że nie lubimy tortów i w ogóle nie mamy na niego najmniejszej ochoty. Tym sposobem tort został ocalony, Klara zajadała się nim  przez kilka dni pobytu ( u babci można ) a potem dzieła dokończyły ptaszki.
Na kolejne urodziny, zamówiłam dwa torty jeden dla Klary a drugi dla gości. A potem Klara podrosła i skończyły się tortowe perypetie.

A teraz będę się chwalić:

Udało mi się skończyć kolejne i ostatnie w tym sezonie puzzle:

Wiadomo wiejskość - sielskość przebija z niego na kilometr.

Wreszcie po około pół roku skończyłam obrus, średnica 2 metry;
 

Taki prosto spod szydełka, czyli nieprany, niekrochmalony no ale skończony. Teraz muszę koniecznie wreszcie kupić do kompletu okrągły stół. Od dawna marzy mi się taki, jaki pamiętam z mojego rodzinnego domu. Politurowany, rozkładany takie lata 60-te. To już kolejny okrągły obrus a wiec wypada w końcu przyłożyć się na poważne do zakupu.  Ale najpierw muszę go gdzieś znaleźć.......

Teraz dam na trochę spokój obrusom, bo złapałam kolejnego bakcyla, a mianowicie robię okrągłe ( na razie ) dywaniki. To jest pierwszy, wykonany ze sznurka ( do tej chwili nie wiedziałam, że coś takiego jest ):


Kolor wyszedł raczej kiepsko ale jest on stalowo - różowy, przeznaczony do łazienki w Chabaziewie.Tak się rozpędziłam, że drugi już jest na ukończeniu. A ponieważ izb jest kilka więc mam co robić w najbliższym czaso - okresie. A przy okazji zmieni się wystrój co niektórych pomieszczeń. Bo jak już nie raz wspominałam, że uwielbiam zmiany nie tylko te na zewnątrz ale również i wewnątrz.

I tak, jak zaznaczyłam na początku nie wiem w co ręce włożyć.
Bo tu jeszcze trzeba ogarnąć cały kilku - dzięsięcio - metrowy ogród w Chabaziewie. No i  pobiegałam sobie po nim trochę w weekend. Posadziłam mirabelkę, agrest czerwony i różę pomarszczoną ( taką na przetwory ) w owocniaku. Wzdłuż drogi dojazdowej kilka krzaczków ozdobnych. Zadymiłam całą okolicę, przynajmniej tuta można to robić bez umiaru. Tak więc zapach trawy, ściętych pędów róży i lawendy unosił się do późnych godzin wieczornych.
W tym pędzie powsadzałam w ziemię ziarenka groszku pachnącego i rozpoczęłam budowę naturalnego wierzbowego płotu. Mam nadzieję, że jeszcze jest na tyle mokro, że zdoła się ukorzenić, bo to pierwszy etap tej mojej nowej budowli.

A na koniec mój własny zwiastun wiosny w pełni słońca:


sobota, 28 stycznia 2017

Chabaziowe czasopochłaniacze

Minęły dwutygodniowe wspaniałe wczasy na wsi w moim Chabaziewie.( Jakie były cyrki z dotarciem pisałam poprzednio.) Jaki tam był spokój, cisza, od czasu do czasu coś przebiegło za płotem albo przyszły na kolację kociaki sąsiadki. Oczywiście po kryjomu aby Niuniek się nie zoriętował. Nie potrzeba Alp, Tatr tudzież innych pięknych widoków bo u nas jest najpiękniej. I to o każdej porze roku.
To ostatni spacer z Niuńkiem:


piękne błękitne niebo, słoneczko ładuje pozytywną energię, bielutki niczym nie zanieczyszczony śnieg.
Piękna panorama ale na horyzoncie w stronę Rzeszowa jakieś dziwne to niebo, takie jakby przydymione, po raz pierwszy na własne oczy ukazał mi się smog w całej okazałości. Nie powiem aby to był przyjemny widok a na dodatek mamy się tam udać. No ale cóż zrobić?

A co ja oprócz upajania się bytnością w Chabaziewie porabiałam?
Aby się zbytnio nie nudzić, no co ja piszę, przecież ja nigdy się nie nudzę i nie cierpię bezczynności. W związku z tym i tutaj cały czas coś kombinowałam. O gotowaniu nie będę pisać, bo wiadomo, że trzeba męża wyżywić zwłaszcza, że wszystkie potrawy gotowane na kuchni kaflowej są jakby pyszniejsze. Zwłaszcza bigos kilka dni gotowany. Palce lizać!!!


Zresztą nie tylko gotowanie na wsi jest szczególne ale udają mi się również wspaniałe nalewki. Późną jesienią oberwałam pigwę i z niej nastawiłam pigwówkę.
Jeszcze w grudniu zasypałam kilogramem cukru kilogram pokrojonej pigwy. Stała sobie miesiąc, czyli do naszego przyjazdu. Odcedziłam sok a owoce zalałam 1 litrem spirytusu akurat na czas naszego pobytu.




Przed wyjazdem odcedziłam i połączyłam oba płyny i teraz będzie sobie dojrzewać co najmniej rok.
Taka nalewka oprócz walorów smakowych jest wspaniała na jakiekolwiek przejawy przeziębienia.
Pigwa, często zwana polską cytryną zawiera dużo witaminy C i innych witamin i minerałów więc sama w sobie w tym okresie powinna być stałym składnikiem diety. Obojętne pod jaką postacią.😉

W lecie uprawiałam stewię, którą ścięłam jesienią, niestety w naszych warunkach nie zimuje. Co roku kupuję krzaczek lub dwa i hoduję przez całe lato. W międzyczasie w miarę potrzeb obrywam listki do słodzenia. Bo stewię stosuje się zamiast cukru. Nie jest kaloryczna ale za to jest kilkadziesiąt razy słodsza od cukru. Po ścięciu wysuszyłam całe gałązki i teraz po raz pierwszy spróbowałam zrobić z nich syrop.
No i jest syrop ze stewii ;




A jak zrobiłam? Prościuteńko; oberwałam listki ,wrzuciłam do garnka i zalałam litrem wody. Gotowanie około 10-15 min i gotowe po przecedzeniu przez sitko. Chyba jeszcze profilaktycznie dwie buteleczki na wszelki wypadek zapasteryzuję.
Wypróbowałam do słodzenia i jest fantastyczny. Kolor może nie jest powalający ale świadomość, że zero kalorii niweluje wszystkie ewentualne niedoskonałości. W tym roku zrobię taki syrop ale z zielonych, świeżych listków, kolor powinien być jaśniejszy. Choć mi on nie przeszkadza.

Od dawna miałam ochotę zrobić mydło, no i teraz mając wystarczająco dużo czasu ciepłą kuchnię aż grzech było by nie wykorzystać tego.
Nie jest to mydło całkowicie mojej produkcji, bo kupiłam w internecie masę wazelinową i to ona jest podstawą mojego mydła. Kiedyś na pewno zajmę się produkcją od A do Z ale pomysł musi dojrzeć.
Do moich mydełek użyłam olejku lawendowego i zebranej w lecie lawendy, której zapach uwielbiam. To jest jedna odsłona mydełka, a druga to mydełko różane, czyli dodany olejek różany i barwnik spożywczy:

to są właśnie przepięknie, latem pachnące moje mydełka.
Surowcem leczniczym są również nasiona pigwy. Macerat lub napar z nasion pigwy złagodzi niestrawności, a także pomoże pozbyć się zgagi i refluksu. Są zalecane również przy nadmiernej fermentacji jelitowej i stanach zapalnych przewodu pokarmowego, nieżycie żołądka i jelit, uszkodzeniach śluzówki żołądka.
Zarówno owoce, jak i nasiona pobudzają trawienie oraz wpierają przemianę materii, dlatego często polecane są jako suplement diety odchudzającej. Wzmacniają również wątrobę, dlatego mogą je spożywać osoby zażywające leki.
Z kolei pestki pigwy, które również mają wiele właściwości zdrowotnych (w tradycyjnej medycynie ludowej to lek na poprawę apetytu), można przygotować nalewkę zwaną pestkówką lub wyciąg z nich dodać do herbaty.


http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/pigwa-nie-tylko-na-przeziebienie-wlasciwosci-lecznicze-pigwy_42012.html

Surowcem leczniczym są również nasiona pigwy. Macerat lub napar z nasion pigwy złagodzi niestrawności, a także pomoże pozbyć się zgagi i refluksu. Są zalecane również przy nadmiernej fermentacji jelitowej i stanach zapalnych przewodu pokarmowego, nieżycie żołądka i jelit, uszkodzeniach śluzówki żołądka.
Zarówno owoce, jak i nasiona pobudzają trawienie oraz wpierają przemianę materii, dlatego często polecane są jako suplement diety odchudzającej. Wzmacniają również wątrobę, dlatego mogą je spożywać osoby zażywające leki.
Z kolei pestki pigwy, które również mają wiele właściwości zdrowotnych (w tradycyjnej medycynie ludowej to lek na poprawę apetytu), można przygotować nalewkę zwaną pestkówką lub wyciąg z nich dodać do herbaty.


http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/pigwa-nie-tylko-na-przeziebienie-wlasciwosci-lecznicze-pigwy_42012.html
A wieczorami, oczywiście przemieniałam się w genealożkę, od czego, stwierdzam,  jestem uzależniona. Przeczytałam kolejną książkę pt. Henryk VIII tym razem Georga Bidwella. No a w chwilach oglądania jakiegoś filmu, głównie Ranczo oczywiście dziergałam:

Wymyśliłam sobie nową dekorację w altanie i aby zdążyć na sezon, czyli lato już teraz zaczęłam wprowadzać w czyn mój zamysł. Są to wydziergane, dwustronne poszewki na poduszki do siedzenia. Kolejnym dziełem będzie koc / pled do zarzucenia na olbrzymi fotel. Tak, że zapewniłam sobie pracę w chabaziowe zimowo - wiosenne wieczory.

I na koniec....................
Kończy się karnawał więc warto powiedzieć jeszcze kilka słów w tym temacie.
Wiele jest tłumaczeń pochodzenia słowa karnawał, począwszy od ; połykać mięso albo z mięsa się oczyszczać, albo mięso żegnaj, jak dla mnie to trochę się zaprzeczają. Ale chyba najfajniejsze jest polskie pochodzenie słowa - od; nawału kar ,które przyniesie post jako konieczność odpokutowania grzechów.
W Polsce niezwykle wesoło obchodzono ten czas, o czym świadczy m.in. opinia jaką w XVI wieku przedstawił sułtanowi Sulejmanowi po pobycie w Polsce w tym okresie, jego poseł:
w pewnej porze roku chrześcijanie dostają warjacji i dopiero jakiś proch sypany im w kościele na głowy leczy takową. 
A jestem taka mądra bo zdobyłam fantastyczną książkę Hanny Szymanderskiej pt. Polskie tradycje świąteczne. Uwielbiam, jak już niejednokrotnie pisałam historię ze szczególnym uwzględnieniem polskiej a zwłaszcza wszystkiego co mieści się w słowie TRADYCJA.


sobota, 7 stycznia 2017

Siedzę sobie w Rzeszowie

No i mamy styczeń a skąd jego nazwa? Od stykać - jest na przełomie roku więc stary rok styka się z nowym.
I minął pierwszy tydzień tego nowego roku a ja siedzę sobie w mieście wojewódzkim Rzeszów i rozmyślam jak w kolejny weekend dojedziemy do Chabaziewa i jaką też tam zastaniemy rzeczywistość.

Zastanawiam się jak dojedziemy, ale mam po temu swoje powody. Nieraz już pisałam jak tam pięknie ale wszystko co piękne musi mieć jakąś skazę. Tą skazą jest właśnie dojazd zwłaszcza w okresie zimowym. Jak to jeszcze gdzie nie gdzie bywa z wiejskimi drogami, ta akurat nie jest chlubą gminy. Jej nawierzchnia jest w stanie kiepsko utwardzonym ( asfalt to marzenie ) a na dodatek przez ponad 3 kilometry wznosi się do góry a potem przechodzi w drogę polną. Tak, nie pomyliłam się, koniec gminnej drogi dojazdowej do Chabaziewa to właśnie droga polna. No i właśnie chodzi o te około 3 kilometry. Przez ostatnich kilka lat, zimy były jak nie zimy i większego problemu nie było. Ale wcześniej różnie to wyglądało i pewnie teraz również będzie raczej ekstremalnie ciekawie. Ale nie będę wyprzedzać faktów.
A co do temperatury, to nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni aby sobie zdać sprawę jak może być ciepło zimą w domku nieogrzewanym od około półtora miesiąca ( a obecnie temperatura oscyluje od około -22 st. do - 30 w zależności od pory dnia lub nocy ).

Tak, że teraz grzeję się i zbieram siły na weekendową wyprawę.  Na zewnątrz, albo jak to mówimy na Podkarpaciu, na polu zaśnieżyło i zamroziło.

Od dawna nurtowało mnie to dlaczego na Podkarpaciu mówimy, że idziemy na pole a w centralnej części Polski mówią, że idziemy na dwór. I właśnie nie tak dawno natrafiłam na wyjaśnienie.
Okazuje się, że i tutaj kłania się wszędobylska historia. A mianowicie, południe Polski było dość bogate w dwory szlacheckie i ziemiańskie więc jeżeli wychodziło się na zewnątrz to przecież nie na dwór tylko na pole i to przeważnie do pracy. Z kolei w centralnej części najczęściej wybierano się na któryś z dworów w południowej części kraju . I tak już w mowie potocznej pozostało.


I właśnie na polu śniegiem sypało dość intensywnie co widać gołym okiem jak wszystko na około bieleje, dawno nie było takiej zimy:



Tam po środku gdzie najwięcej bieli jeszcze nie tak dawno było oczko wodne, teraz zostało przykryte świeżuteńkim, czyściuteńkim śniegiem.

Mróz też tęgi bo w dzień dochodzi do -13 st, a w nocy pod -20, ale to nic w porównaniu z temperaturą w Chabaziewie. Dobrze, że od poniedziałku ma być cieplej.

A co udało mi się osiągnąć w tym tygodniu? 

W tym tygodniu dość niespodziewanie udało mi się zakończyć układankę puzzlową:

trochę to trwało, bo trzy miesiące z przerwą świąteczną ale się udało. Były chwile zwątpienia zwłaszcza przy słonecznikach, myślałam że tego nie ogarnę, dosłownie miałam żółto przed oczami. Ale upór, cierpliwość doprowadziły do szczęśliwego finiszu. Duma mnie rozpiera.😌

Po raz pierwszy porwałam się na dwa tysiące puzzli, do tej pory maksymalnie było ich 1500.
No ale jest koniec i nawet miejsce w Chabaziewie już czeka. A będzie to słoneczna weranda.
No i oczywiście rozpoczęłam już kolejną układankę. A mam jeszcze w zapasie dwie.
Od czasu do czasu wchodzę do sklepu internetowego i jak natrafię na coś fajnego, koniecznie sielskiego to zamawiam.Tak, że zapas zawsze mam, bo nie wyobrażam sobie sytuacji gdyby mi ich zabrakło. I to właśnie w sezonie zimowym, bo jest to o tej porze roku jeden z moich żelaznych pochłaniaczy czasu.