Ale zrobiłam sobie urlop, aż nieprzyzwoicie. Zawierucha świąteczna przeminęła , Sylwester ledwie zauważyłam i tak znalazłam się w Nowym Roku, który trwa już prawie tydzień,
Jak wyżej napisałam zawierucha i faktycznie tak było. Przygotowania, świętowanie i wisienka na torcie, czyli kochane wnuczki, które tym razem zabawiały u mnie prawie 2 - tygodnie.
Teraz wszystko ucichło, wróciło do normy a my wybraliśmy się nadprogramowo na wieś do Chabaziewa. Pierwotne plany były, że dopiero na ferie czyli w lutym tutaj przyjedziemy, ale brak zimy i zasp spowodował, że postanowiliśmy weekend spędzić w niekoniecznie pięknej scenerii.
Chociaż Chabaziewo jest dla mnie zawsze piękne, ale tej zimy nie takich krajobrazów się spodziewałam. Mokro, błoto. trawa przed domem zamieniła się w jakąś cholerną breje no i w związku z tym czeka nas na wiosnę, jak tylko w miarę obeschnie, robota drogowa. Aby w przyszłości nie brodzić po błocie położymy utwardzenie. Takie płyty z dziurami i mam nadzieję, że skończy się też problem z wyjazdem samochodu. Bo jak do tej pory kilka razy musieliśmy go pozostawić aż podłoże obeschnie albo przymarznie.
I tak upajam się pobytem w Chabaziewie, trochę gotuję m.in bigos, który po Świętach wyśmienicie smakuje a jeszcze lepiej pichcony na kuchni i to kilka dni. Poza tym doglądnęłam włości i z myślą o lecie podsypałam juki popiołem drzewnym. Właśnie na FB pewna pani pochwaliła się pięknie kwitnącymi jukami i podała receptę. Całą zimę podsypuje je właśnie takim popiołem, więc zauroczona pięknymi kwiatami też tak robię. Zobaczymy efekt już niedługo.
Ponieważ okres jest nadal świąteczny więc z przyjemnością słucham pierwowzoru znanej świątecznej piosenki:
w wykonaniu Harold Melvin & The Bluenotes.
Dzisiaj przypada Święto Trzech Króli i tak zgodnie z moją ciągłą potrzebą grzebania w tradycji natknęłam się na wspaniałe wydanie Zwyczaje w Polskim Domu z serii Księga Tradycji i co tam znalazłam...................
Okres od Wigilii do Trzech Króli zwano Szczodrymi Dniami i traktowano jak przedłużenie Świąt Bożego Narodzenia. Przez te kilkanaście dni obowiązywały zwyczaje podobne do wigilijnych; ograniczano do minimum wszelkie prace gospodarskie i domowe. przestrzegano zakazu podejmowania pewnych zajęć; motania, szycia , przędzenia i chętnie wróżono. Przede wszystkim czekano na kolędników. Po wsiach wędrowali poprzebierani kolędnicy. Obchody kolędnicze były męską sprawą dlatego mężczyźni grali także kobiece role. Chodzili całymi grupami składając życzenia. Mieszkańcy chałupy do której zawitali uważali to za zły znak. Życzenia bowiem miały zapewnić urodzaj, pomyślność, obfite plony, zdrowie, płodność zwierząt.
Pamiętam z czasów dzieciństwa jak do dziadków domu przychodzili kolędnicy i to bardzo mocno poprzebierani; anioły, diabły, śmierć z kosą i jakiś turoń czy też koza. My małe ( z siostrą ) dziewczynki wcale nie byłyśmy zachwycone a wręcz przerażone i schowane za dorosłymi.
Później same kolędowałyśmy po rodzinie i wcale niezłą sumkę udawało nam się uzbierać za życzenia.
I do tej pory pamiętam wierszyk, którym wówczas uszczęśliwiłyśmy zachwyconą rodzinę ;
Na szczęście , na zdrowie na ten Nowy Rok
Niech wam się rodzi kapusta i groch.
Ziemniaki jak pniaki, groch jak chodaki
A proso abyście nie chodzili boso.
Teraz również fajnie brzmi....
Obecnie niestety jakoś ten zwyczaj zanikł, pamiętam jeszcze, że syn jako dziecko coś tam kolędował. Teraz każdy zamknięty w swoim domu i raczej nawet gdyby jakiś kolędnik się ośmielił zapukać, pewnie nie został by wpuszczony. Świat zrobił się pełen lęków, fobii, strachu.............a ta tradycja pozostała tylko w pamięci tego starszego pokolenia. Szkoda.
Czy jest coś piękniejszego na świecie, jak przebudzić się rano wyglądnąć na próg i zobaczyć takie cudo:
wschód słońca, cisza, spokój, po prostu wiejska poezja.
Od razu na duszy lżej się robi i dzień zaczyna mieć fantastyczny początek. I tak sobie szło do góry:
aby na koniec gdzieś się zapodziać między chmurami. Ale pięknego poranka nikt już nie odbierze, taki jedyny w swoim rodzaju.
No i w tak pięknie rozpoczęty dzień i to w okresie przedświątecznym dopadły mnie świąteczne piosenki. Ale jak przystało na mój retro wiek one też są retro.
Można powiedzieć, że wykonanie to taka wisienka na torcie. Tego pana mogę słuchać, słuchać..., zresztą w więcej znam takich panów. No ale nie wszystko na raz, powolutku.
A na około też jest pięknie biało, choć już bez słoneczka:
Takiej zimy jak na wsi w żadnym mieście nie uświadczysz.
Zima na wsi a przynajmniej w Chabaziewie ma jeszcze inny aspekt; taką niepewność. Nigdy nie wiesz czy wyjedziesz z domu. Czy cię śnieg nie zasypie. I ta niepewność ma swój urok, zwłaszcza, że mąż jeszcze pracuje i jakoś po sielskim weekendzie wypada mu dotrzeć do pracy. Poprzednio pisałam jak to już tej zimy przyszło nam w popłochu ze wsi uciekać. No ale odrobinka andrenaliny nie przeszkadza a wręcz działa ożywczo. Człowiek się trochę początkowo zdenerwuje, potem dostaje kopa aby na koniec poczuć odprężenie. No i to zadowolenie z pokonania trudności. Jak dla mnie to całkiem nie zła mieszanka odczuć.
No i na koniec tak mi pięknie krzaczka śnieżkiem przykryło :
Siedziałam sobie z Niuńkiem cały tydzień na wsi. Trochę sprzątałam, prasowałam, dekorowałam świątecznie i tak mi zleciał powolutku cały tydzień. W piecach sobie paliłam własnoręcznie, było ciepluteńko i miluteńko. Tak trochę leniuchowałam tzn szydełkowałam firankę, przodków szukałam, czytałam i TV oglądałam. Coś tak mi się zaczęło rymować.
A za oknem czasami lekko poprószyło ;
to znów pokazało się na chwilkę słoneczko.
W pewnym momencie tej sielanki zabrakło mi słodkiego a bez tego ani rusz, dzień zmarnowany, humor zepsuty, jakiś niepokój itd. Więc wymyśliłam naleśniki ale żeby nie były takie normalne to zrobiłam budyniowe;
- 2 budynie waniliowe po 40g,
- 20 dkg mąki,
- 250 ml mleka,
- 250 ml wody,
- 1 łyżka cukru,
- 100 g roztopionego masła.
- do smarowania, na co przyjdzie ochota
wszystko miksujemy i smażymy placki, bez tłuszczu.
No i przyszedł kres tego stanu błogiego, na weekend przyjechał mąż. Ale zanim zabrałam się za gary, wykorzystałam to i pojechałam do pobliskiego miasteczka, Błażowej, aby trochę na ludzi popatrzeć i dokonać zakupów. Uwielbiam te małomiasteczkowe i wiejskie sklepy i sklepiki. Prawie wszyscy się znają, jest jakoś tak inaczej nawet czasami mam wrażenie jakby się czas zatrzymał. Lubię po nich się poszwędać, poszperać i czasmi można coś oryginalnego wypatrzeć. Kiedy tylko jestem na wsi zawsze robię w nich zakupy.
Oddzielnym tematem jest targ. Odbywa się w środy i letnią porą co tydzień się tam wybieram. Tam to dopiero są rozmaitości. Począwszy od kurek, królików, kwiatków, warzyw, owoców skończywszy na starociach i innych klamotach.
No i weekend się skończył i jak zwykle zamierzaliśmy wyjechać w poniedziałek rano, bo mąż do pracy.
A w niedzielę od rana sobie prószy , prószy i prószy.
Najpierw jakoś tak nieśmiało i drobniutko.
Patrzę sobie przez oko a tam coraz piękniej:
i coraz bardziej biało.
Obiad podano, mąż uskutecznił tradycyjną drzemkę i nagle słyszę ; chyba musimy się zbierać. Patrzę za okno a tam opady intensywne zamieniły się w bardzo intensywne.
No to pakowanie i do samochodu, a na dworze już tak :
Aby wyjechać musimy ok 500 metrów pospinać się trochę do góry. No i niestety, rozpoczął się taniec ; to w jedną to w drugą stronę a po obydwu są rowy. I nie było nam do śmiechu. Całe szczęście , że męża tknęło i wrzucił do bagażnika łańcuchy. Teraz przydały się jak nigdy. Tak, że udało nam się wyjechać,
a cała nasza droga tak wyglądała.
Było to pierwsze w tym roku zderzenie z żywiołem i jak to zwykle bywa w takich sytuacjach spore zaskoczenie.
Właśnie wróciłam z wędrówki po cmentarzach i grobach bliskich i tak sobie pomyślałam, że pewnie nie zaszkodzi w takim dniu kilka słów o tym skąd się wzięła taka tradycja.
Chrześcijański obrzęd Zaduszek powstał w 988 r. za sprawą opata Odilona z Cluny, który polecił, by w klasztorach odprawiano msze za zmarłych. Była to forma usankcjonowania przez Kościół, praktykowanych od dawna pośród ludu odwiecznych zwyczajów pogańskich i zaduszkowych obrzędów i nadania im chrześcijańskiego charakteru. Wkrótce zwyczaj ten zaczęto naśladować a święto zatwierdził ostatecznie w 999 r. papież Sylwester II.
Święto to wywodzi się z odległych przedchrześcijańskich czasów. Bardzo długo kontynuowano prastare zwyczaje i formy obrzędowości. W Polsce jeszcze w XIX w. zgodnie ze starym zwyczajem, rzucano na mogiły świeżo ułamane z drzew gałązki jako symbol dorzucania drewna podczas palenia zwłok w czasach pogańskich..
Do istoty zaduszkowych obrzędów od wieków należały dwa główne elementy; karmienie dusz i palenie ogni. Ich sensem była głęboka wiara w istnienie duszy i życia pozagrobowego.
Karmienie dusz to obrzęd polegający na składaniu na grobach sutych ofiar z jadła i napoju, oraz Dziady, opisane obrazowo przez Adama Mickiewicza ''.... pospólstwo rozumie, iż potrawami, napojami i śpiewami przynosi ulgę duszom czyscowym ''.
Palenie ogni to głęboka wiara, że dusza w tajemniczy sposób uczestniczy w tym, co się dzieje nad grobem i utrzymuje kontakt ze światem żywych. Dlatego ognie początkowo rozpalano na rozstajach aby służyły wędrującym duszom do ogrzania się i oświetlenia drogi. Około XV - XVI w. zwyczaj rozpalania ognisk przeniesiono w pobliże grobów. Wspomnieniem tego zwyczaju jest dziś palenie zniczy.
W Polsce obchody kościelnych Zaduszek pojawiły się na przestrzeni XIV i XV w. Niezależnie od przemian zachodzących w obrzędach zaduszkowych, sens ich pozostał niezmienny. Jest on świadectwem naszej pamięci, o tych którzy odeszli.
Dla mnie jako genealożki - amatorki ta pamięć ma szczególny charakter i to nie tylko świąteczny. W moich poszukiwaniach często zastanawiam się gdzie spoczywają moi dalsi antenaci? bo właściwe żaden fizyczny ślad po nich nie został oprócz zapisów głównie w starych księgach parafialnych. No i szukam tych śladów i staram się '' wydobyć '' ich z tego zapomnienia, a nie jest to łatwe. Można powiedzieć, że przywracam ich do '' życia " i pamięci. Chociaż nigdy się nie dowiem czegoś więcej o tym jak żyli, jak wyglądali, co czuli, czym się zajmowali i w ogóle jak wyglądał ich dzień powszedni. Tych rzeczy mogę się dowiedzieć w ogólnym wymiarze z zapisów historycznych, ale to jednak nie jest to. Bo historia to pewien zbiór i jak to ze zbiorem bywa jednostka w nim ginie. No chyba, że jest się arystokratą??
To jedno z najstarszych zdjęć jakie mam, a na nim moi pradziadkowie z dziećmi ( m.in dziadkowie ) i wnukami ( m.in. mój tato ) na tle ich domu.
Wg moich wyliczeń zdjęcie zostało zrobione ok 1930 r .
Moja wiedza została zaczerpnięta z ,, Polskie Tradycje Świąteczne ;; Hanna Szymanderska.
Nawiasem mówiąc, fantastyczne wydanie.
Tak sobie myślę, że w tym roku jakoś to lato szybciej się skończyło, szybciej minęło czy to wina szybciej mijającego czasu?? Czasami mam takie wrażenie, tyle do zrobienia a tu nie ma kiedy. Dni szybko mijają a wieczorki to obowiązkowo szydełko i coś fajnego do oglądania a za chwilę już noc. No i kiedy zrobiło się tak późno??? A przecież emerytura to podobno więcej czasu. No u mnie jakoś to inaczej się dzieje. Na wszystko brak mi go. To chyba przez te moje pomysły tzw. pochłaniacze czasu a co rusz coś przybywa.
Teraz np. zakochałam się w chustach a ponieważ idzie nieuchronnie jesień i zima więc na ten czas parasolki, firanki i obrusy poszły na bok i chwilowo zamieniłam szydełko na druty i coś takiego popełniłam wieczorową porą;
jest to olbrzymi chusto - szal o wdzięcznej nazwie Arabella, składający się z 12 trójkątów. Jeszcze brakuje jednego- czerwonego i będzie skończony. Teraz kombinuję jaką tu wykombinować czapkę. Ale na pewno znajdę coś nietuzinkowego, już nawet mam coś na oku. I to jest kolejne wyzwanie a w kolejce czekają następne. To dzierganie to jest jak narkotyk ciągle musisz i ciągle mało.
W międzyczasie pomiędzy trójkątami znalazłam czas na buraczki. Przecież teraz sezon burakowy więc oprócz przepysznych barszczyków na zmianę z zupą dyniową http://kocham-wies.blogspot.com/2016/09/dynia-i-nie-tylko.html zabrałam się za ich marynowanie: http://kocham-wies.blogspot.com/2016/10/i-na-koniec-buraki.html , To te najmniejsze nadają się do tego wyśmienicie. A na dodatek pozostała po buraczkach w słoikach zalewa nadaje się wyśmienicie do barszczyku zamiast kupnego koncentratu. To takie 2 w 1.
Urwis Kudi powrócił na łono bliższej rodziny
czyli do wnuczek a ja wreszcie zabiorę się z porządkowanie ogrodu. Wcześniej niestety nie było to możliwe bo psiaczek odkrył, że może zwiedzać okolicę razem z pieskiem sąsiadki. I tylko czekał na moją nieuwagę. I stało się, udało mu się mi uciec. Jak raz to zrobił tak mu się to spodobało, że nie było szansy aby nad nim zapanować. Turystyka mu się spodobała i kolega również..I właśnie pewnego pięknego dnia wybrał się z kolegą zwiedzać pobliskie pola i knieje. Na moje wrzaski i dziwne ruchy raczył nie zważać. No i wolność się skończyła. Za nic w świecie nie chciałam powtórki i panicznego strachu.... co ja powiem Klarze jak Kudi zginie. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju i nie należy do moich ulubionych.
A na ogródku koszmarnie, chabazie, przekwitłe kwiaty i mnóstwo roboty mnie czeka.
Ale zawsze jest coś miłego, zakwitła wreszcie taka dalia:
pewnie jej żywot nie będzie długi bo straszą przymrozkami, ale dobrze choć na chwilę jeszcze oko pocieszyć.
Od dłuższego już czasu zaobserwowałam, że czas coraz szybciej upływa ( inne, bardziej dosadne określenie przychodzi mi na myśl, takie na za......ale przecież jestem kulturalną osobą 😉 ). Nigdy nie przypuszczałam, że aż takie przyśpieszenie jest możliwe. Łapię się na tym, że na wiele rzeczy po prosty brakuje mi czasu. Albo mam za dużo pomysłów albo coś z moją organizacją czasu jest nie tak. Myślę, że raczej chodzi o to pierwsze, bo faktycznie chciałabym bardzo, bardzo wiele a tu zderzam się z ograniczeniami czasowymi. Ale jak to się teraz mówi; damy radę.
W tym tygodniu najważniejszy dzień to 14 marzec i urodziny mojej starszej wnuczki Klary. No i proszę jak ten czas leci.
Przy tej okazji zawsze przypomina mi się sytuacja sprzed kilku lat, kiedy Klara miała 3 -4 latka.
Wówczas Święta Wielkanocne również były w marcu, więc postanowiłam przy tej okazji urządzić Jej urodziny. Zamówiłam tort. Po złożeniu sobie życzeń świątecznych i po śniadaniu przyszedł czas na tort oczywiście ze świeczkami i sto lat. Klara dzielnie słuchała naszych dźwięków a po zakończeniu przyszedł czas na dzielenie. I właśnie w tej chwili rozpoczęła się dla dziecka tragedia. Łzy przerażenia w oczkach, usteczka w podkówkę i cichutko padło zdanie ; a co dla mnie zostanie? Było to tak słodkie, tak zaskakujące, że wszyscy zgodnie stwierdziliśmy że nie lubimy tortów i w ogóle nie mamy na niego najmniejszej ochoty. Tym sposobem tort został ocalony, Klara zajadała się nim przez kilka dni pobytu ( u babci można ) a potem dzieła dokończyły ptaszki.
Na kolejne urodziny, zamówiłam dwa torty jeden dla Klary a drugi dla gości. A potem Klara podrosła i skończyły się tortowe perypetie.
A teraz będę się chwalić:
Udało mi się skończyć kolejne i ostatnie w tym sezonie puzzle:
Wiadomo wiejskość - sielskość przebija z niego na kilometr.
Wreszcie po około pół roku skończyłam obrus, średnica 2 metry;
Taki prosto spod szydełka, czyli nieprany, niekrochmalony no ale skończony. Teraz muszę koniecznie wreszcie kupić do kompletu okrągły stół. Od dawna marzy mi się taki, jaki pamiętam z mojego rodzinnego domu. Politurowany, rozkładany takie lata 60-te. To już kolejny okrągły obrus a wiec wypada w końcu przyłożyć się na poważne do zakupu. Ale najpierw muszę go gdzieś znaleźć.......
Teraz dam na trochę spokój obrusom, bo złapałam kolejnego bakcyla, a mianowicie robię okrągłe ( na razie ) dywaniki. To jest pierwszy, wykonany ze sznurka ( do tej chwili nie wiedziałam, że coś takiego jest ):
Kolor wyszedł raczej kiepsko ale jest on stalowo - różowy, przeznaczony do łazienki w Chabaziewie.Tak się rozpędziłam, że drugi już jest na ukończeniu. A ponieważ izb jest kilka więc mam co robić w najbliższym czaso - okresie. A przy okazji zmieni się wystrój co niektórych pomieszczeń. Bo jak już nie raz wspominałam, że uwielbiam zmiany nie tylko te na zewnątrz ale również i wewnątrz.
I tak, jak zaznaczyłam na początku nie wiem w co ręce włożyć.
Bo tu jeszcze trzeba ogarnąć cały kilku - dzięsięcio - metrowy ogród w Chabaziewie. No i pobiegałam sobie po nim trochę w weekend. Posadziłam mirabelkę, agrest czerwony i różę pomarszczoną ( taką na przetwory ) w owocniaku. Wzdłuż drogi dojazdowej kilka krzaczków ozdobnych. Zadymiłam całą okolicę, przynajmniej tuta można to robić bez umiaru. Tak więc zapach trawy, ściętych pędów róży i lawendy unosił się do późnych godzin wieczornych.
W tym pędzie powsadzałam w ziemię ziarenka groszku pachnącego i rozpoczęłam budowę naturalnego wierzbowego płotu. Mam nadzieję, że jeszcze jest na tyle mokro, że zdoła się ukorzenić, bo to pierwszy etap tej mojej nowej budowli.
A na koniec mój własny zwiastun wiosny w pełni słońca:
No może niezupełnie ale to i tak szmat czasu. Mam tutaj na myśli absolutorium, ale 40 - lat temu na pewno byliśmy w połowie wspaniałego okresu czyli studiów. Może wówczas tak nam się nie wydawało, bo nauka, stres, kolokwia, egzaminy, zaliczenia ale z perspektywy czasu był to niezaprzeczalnie beztroski i piękny czas.
Dokładnie po 38 latach w dniu 11 marca ( sobota ) dwie operatywne Basie zorganizowały spotkanie ( i chwała im za to ) naszego rocznika, Ekonomii UMCS, wtedy jeszcze była to Filia w Rzeszowie. Jak by tu nie patrzeć to czas dość odległy, niektóre osoby nie spotkały się od okresu studiów więc trudno było się w pierwszej chwili rozpoznać, ale wystarczyła chwila i wszyscy poczuliśmy się jak starzy dobrzy znajomi.
Tak jak 38 lat temu byliśmy piękni i młodzi tak teraz pozostało tylko to pierwsze.
Nie było nas dużo bo trzynaście osób ale jak na początek ta kameralna ilość okazała się w sam raz.
Zmieściliśmy się przy dwóch złączonych okrągłych stołach, każdy każdego widział, każdy każdego słyszał choć zdarzała się i kakofonia słowna. Ale to dobrze, po prostu mieliśmy dużo do powiedzenia.
Oczywiście nie mogło się obyć bez dyżurnych tematów czyli; dzieci, wnuków, spraw zawodowych i mniej czy bardziej osobistych.
Najbardziej utkwiło mi w pamięci opowiadanie koleżanki; jak to Jej babcia wznosiła modły aby trafił się jej dobry mąż i to możliwie szybko. A na pytanie; ile lat miałaś wychodząc za mąż, padła odpowiedź; dwadzieścia pięć. A my w ryk. Ale tak na poważne, takie były to czasy zwłaszcza w małych miejscowościach, nie było znane określenie singielka tylko stara panna.
Ale najwięcej czasu zajęło nam przypominanie i spisywanie kolejnych osób a było się nad czym wysilać. Na roku było nas ponad 100 '' sztuk '', a nasz wynik zamknął się cyfrą pięćdziesiąt. Czyli skleroza jeszcze nas całkiem nie ogarnęła 😉. To wspaniały wynik, teraz trzeba będzie próbować namierzyć te osoby i zaprosić na kolejne spotkanie. Bo zgodnie ustaliliśmy, że na tym nie koniec integracji. Kolejny termin ustalony jest na czerwiec a potem wrzesień. Jak tak dalej pójdzie to w ogóle nie będziemy się rozstawać w myśl zasady; w miarę jedzenia apetyt rośnie. A totalna feta zapowiada się na rok 2019, czyli okrągłe czterdziestolecie absolutorium.
Ale co to by było za spotkanie bez wspomnień, a było co wspominać.
Począwszy od praktyk, które były obowiązkowe. Już przed rozpoczęciem studiów musieliśmy odbyć miesięczną praktykę i to pracując na trzy zmiany w rzeszowskiej Fabryce Przetwórstwa Owocowo - Warzywnego ALIMA. W moim przypadku akurat tak się złożyło, że Alima można powiedzieć była moim pierwszym miejscem pracy ( praktyka ) i ostatnim, w niej ukończyłam życie zawodowe.
Ale to nie wszystko, jeżeli chodzi o praktyki, bo i w trakcie studiów na wakacjach również błąkaliśmy się po różnych zakładach pracy i patrzyliśmy aby jak najprędzej niezauważenie czmychnąć.
Zajęcia dydaktyczne to kolejny temat morze jeśli chodzi o wspomnienia. A były różne mniej lub bardziej zabawne sytuacje, oczywiście z perspektywy czasu, bo wcale nie było nam wówczas tak wesoło.
Np. był taki przedmiot jak matematyka i prowadzący ustrzelał delikwenta ( czyli studenta ) rzutem kredy. Trafiony - zatopiony i do tablicy.
Inny egzaminator miał słabość do koloru niebieskiego. Więc na korytarzu przed egzaminem w roli głównej był kolor blue. No takie sobie dziwactwa, ale jakby ich nie było o ile smutniejszy byłby świat.
Wróciwszy po imprezie do domu skupiłam się na poszukiwaniu zdjęć z tamtego okresu i niestety nie mam tego za wiele. A szkoda. Widocznie w tamtym okresie nie było to takie istotne więc kto by sobie głowę zawracał zdjęciami. Ale może po kolejnych spotkaniach coś się uda uzbierać???
Mnie się to udało na tyle :
- gwiazdy ( niestety nie wszystkie ) z zespołu tańca nowoczesnego na tzw. warsztatach artystycznych bodajże w Rożnowie:
- jakaś dyskoteka chyba z tych samych warsztatów:
- no i jakaś wesoła imprezka w bliżej niezidentyfikowanym miejscu ( para po lewej to ja z mężem ):
Tak, że oprócz nauki, albo przede wszystkim, też fajnie bawiliśmy się. Zdjęcia zostały wykonane w latach 1977-1978.
PS; Kochani, namawiam do pisania komentarzy, uwag , wspomnień. Nie mam pojęcia ale może da się wkleić zdjęcia ? A może by tak utworzyć grupę na FB?????
No nie mogłam się powstrzymać aby tego kawałka nie dołączyć i to jeszcze w takim dniu.
Warto posłuchać popatrzeć i przenieść się w lata 70 wieku ubiegłego.
Oczywiście nie wszyscy mieli przyjemność uczestniczyć w tych wydarzeniach ale dla starszego pokolenia czyli również dla mnie jest to wspaniały look w przeszłość. A dla młodzieży look w świat rodziców czy dziadków.
Ta moda, fryzury.........jakbym siebie widziała w tamtych, mimo wszystko wspaniałych czasach.
W sklepach pustki, a tu człowiek młody, pełen energii i optymizmu ( zresztą to akurat do dzisiaj we mnie zostało ) chce być piękny a to czy nam się podoba czy nie wiąże się z fajnym ciuchem, zapachem i fryzurą. Przynajmniej tak się myśli mając lat naście.
Dwa salony mody czyli Moda Polska i Telimena, były przedmiotem westchnień i ówczesnego luksusu. Głównie Moda Polska była moim ulubionym sklepem. Raz w miesiącu odwiedzałam ją i zawsze z czymś wychodziłam. Czasem z ciuchem, czasem a perfumką czy ulubionym dezodorantem.
Do tej pory pamiętam zapach mojej ulubionej wody / perfumki o nazwie Evasion. Nie mam pojęcia czy to dobra pisownia ale jakoś tak brzmiała jej nazwa. Oprócz zakupów z tych przybytków luksusu wynosiłam również pomysły na kreacje.
Przypuszczam, żę w tym czasie każda dziewczyna chcąca fajnie, niestandardowo i oryginalnie wyglądać musiała posiąść technikę szycia na maszynie. Ja taką opanowałam. Dużo wówczas się działo, jak w każdej beztroskiej młodości; imprezy, dyskoteki, bale, spotkania itp itd, I jak tu iść w tej samej kreacji??? Więc szyło się, później przeszywało a na koniec jeszcze raz kombinowało się co by tu jeszcze z tego '' wycisnąć ''.
W czasach obecnych jest to raczej nieznana przypadłość, wszystko jest w sklepach a ostatecznie nawet w ciucholandach czy w internecie. Tak, że dla bardziej zapracowanych wystarczy tylko iść i kupić a kto i na to nie ma czasu to od czego jest internet?
No i te fryzury. Ja osobiście zawszy miałam długie włosy, może tylko z jednym krótkim epizodem. Wówczas właśnie przy długich włosach mile widziane było ścięcie na tzw. małpę, czyli wycieniowane włosy na górze a reszta pozostawiona długa. Drugim hitem była tzw. mokra włoszka czyli wszystkie włosy zrobione trwałą a po myciu nie można było ich czesać, bo efekt miał być właśnie takich włosów jakby były mokre i mocno spiralne. Ta fryzura źle dla mnie a właściwie dla moich włosów się skończyła bo po kilku myciach i nie czesaniach, niestety musiałam się pożegnać z długimi włosami bo już nie dało się ich rozczesać. I to był ten jeden epizod.
No ale czego się nie robiło dla urody? To akurat nie zmieniło się na przestrzeni lat i pewnie tak już pozostanie.
No a miałąm tylko załączyć piosenkę................och ta młodość i wspomnienia.
Rozpoczęłam, można powiedzieć sezon wiosenny również w Chabaziewie. W tygodniu poprzednim zajęłam się przyszłymi kwiatami czyli przechowanymi bulwami begonii w Rzeszowie. Przesadziłam i poszczepiłam pelargonie. A w ten weekend poszalałam na wsi.
Wreszcie po prawie miesięcznej przerwie zawitaliśmy w Chabaziewie. Ja oczywiście stęskniona zabrałam się ochoczo do pracy. Z piwnicy wydarłam bulwy przechowywanych kwiatów. Po wstępnej segregacji czekają aż przywiozę ziemię, jakby na wsi było jej mało 😅
Mąż w tym czasie szalał po stodole, a dokładniej, trochę ją porządkował i
ciął drewno na opał.
Co roku pilnuję aby na jesień zaopatrzyć się w ziemię ogrodniczą a w roku ubiegłym nawaliłam, zaskoczyła mnie po prostu zima, tak że dalie które podpędzam w domu muszą chwileczkę poczekać. Mieczyki z kolei będą sadzone do ziemi na przełomie kwietnia - maja w zależności od pogody.
W poczuciu zbliżającej się wiosny, przy okazji robienia standardowych zakupów, oczywiście targam do domu nasiona i bulwy. A ponieważ są one właściwie w każdym sklepie, tak że rośnie sobie dość spory zapasik, którym obdzielam również sąsiadkę. A za to mam świeże, ekologiczne warzywka w lecie. Super spółka.
Mam już 3 kolory floksów, bo jak bez tego wiejski ogródek. Co prawda kilka już rośnie w ogródku, ale od przybytku głowa nie boli. Jest i nowy tojad niebieski. Teraz główkuję gdzie je posadzić. A to dopiero początek szaleństwa.
Muszę przyznać, że jednak koniec zimy ( mam nadzieję ) do pięknych raczej nie należy. Szaro, buro i nieciekawie. Na pewno nie jest to moja ulubiona pora. Pocieszenie, że idzie na lepsze i to co dzień to bliżej.
Tym też sposobem zbliżyliśmy się do końca karnawału - zapustów a tłusty czwartek, który przypadł w minionym tygodniu, był tego początkiem. Dlaczego tłusty? od tłustych biesiad niezwykle hucznie i wesoło obchodzonych. Co prawda w moim przypadku bez biesiad i zabaw hucznych ale za to z innych powodów przyjemnie.
Jak pisał Zygmunt Gloger ( historyk, archeolog, etnograf ) : Tłusty czwartek jest dniem uprzywilejowanym u Polaków do biesiad zapustnych, na których muszą być u możniejszych pączki i chrust czyli faworki, a u ludu reczuchy, pampuchy.....
Przysmakami tłustoczwartkowymi były też bałabuchy czyli pszenne bułeczki polane roztopioną słoniną ze skwarkami, hreczuszki, oładki, raczuchy - placki wypiekane z gryczanej mąki, plińce i słodkie racuchy.
Powiedział nam Bartek, że dziś tłusty czwartek; myśmy uwierzyli, pączków nasmażyli
Ja uwierzyłam ale nie nasmażyłam i nie grzeszyłam pączkowo - chrustowo ze względu na dietę o której wcześniej pisałam. Ale, żeby nie było mi przykro obiecałam sobie, że w przyszłym roku sama ( po raz pierwszy ) upiekę pączki, a może i chrust i od razu lepiej się poczułam.
Wspaniały tydzień, a zwłaszcza dzień 16 luty. W tym dniu minął miesiąc zmiany codziennej mojej diety co akurat natura połączyła ze znacznym spadkiem sadełka. I to dość konkretnym, bo 7,5 kg. A wszystko to stało się właściwie przez przypadek, szczęśliwy przypadek.
Jak już niejednokrotnie pisałam, szczególnie wiosną biorę się ostro za siebie aby być w miarę sprawna i ogarnąć Chabaziewo. W tym roku, jeszcze w grudniu dość zaniepokoiła mnie moja waga. Co roku większa od poprzedniego pomimo wiosennych wysiłków odchudzających. A te wysiłki to stosowanie przeróżnych paskudnych, głodowych, monotonnych diet gdzie spadło jakieś 2 kilo a potem uaktywniał się jo-jo i jakoś wszystko wracało z nawiązką i to w zastraszającym tempie.
I zdarzył się cud. Na FB nagle pokazała mi się ZUPOMANIA. Będąc przekonana, że znajdę tam przepisy na zupy ( które bardzo lubię ) wpisałam się w poczet członków. W miarę czytania postów zorientowałam się, że zupy i przepisy jak najbardziej ale przyświeca temu pewien niesamowity cel. A mianowicie jest to dieta powodująca pobudzenie metabolizmu właśnie zupkami. Czytając dalej widzę, że dziewczyny i chłopaki fantastycznie się ze sobą komunikują, podtrzymują się w całym przedsięwzięciu i co najważniejsze niesamowicie chudną. A więc po dwutygodniowym czytaniu decyzja zapadła. Wchodzę w to, no i tak minął właśnie miesiąc ale na tym nie koniec. Zupkuję nadal. Super się czuję, energia mnie rozpiera, nic mnie nie opina, wszędzie czuję luzy, po prostu jest fantastycznie. Już na dzień dzisiejszy wchodzę w ciuchy dwa rozmiary mniejsze. A co najważniejsze podnoszę się bez problemu, bez żadnych podpórek itp co jest szczególnie ważne a wcześniej nie było takie oczywiste. Bo jak tu sadzić kwiatki jak problem z udźwignięciem zadka 😉
W tym przypływie energii wzięłam się za przesadzanie pelargonii, które rozpoczęły już okres wegetacji. Poprzycinałam, dałam nową ziemię i zrobiłam kilka nowych sadzonek:
Tak, że tym sposobem sezon został rozpoczęty.
A miejsce na pięknie kwitnące i mało wymagające kwiaty już czeka, oczywiście w altanie:
I tak sobie też rozmyślam, jaka będzie wiosna, czy już przyjdzie, czy będzie cieplutko bo już strasznie się stęskniłam za grzebaniem w ziemi. Jakie będzie lato?
I w przypływie tych rozmyślań natknęłam się na kilka przysłów, a nóż coś rozjaśnią???
By nie dokuczał luty, pal w kominie i miej kożuch suty.
Kiedy w lutym tajanie, szykuj chłopie sanie.
W lutym mróz i śnieg stały czynią w lecie upał trwały.
No i nic nie wiem. Tajanie jest, mróz był głównie nocami a opadów raczej niewiele zwłaszcza śniegu w to miejsce padał sobie deszczyk. Więc jak? mi przynajmniej nic się nie rozjaśniło.
No i mamy styczeń a skąd jego nazwa? Od stykać - jest na przełomie roku więc stary rok styka się z nowym.
I minął pierwszy tydzień tego nowego roku a ja siedzę sobie w mieście wojewódzkim Rzeszów i rozmyślam jak w kolejny weekend dojedziemy do Chabaziewa i jaką też tam zastaniemy rzeczywistość.
Zastanawiam się jak dojedziemy, ale mam po temu swoje powody. Nieraz już pisałam jak tam pięknie ale wszystko co piękne musi mieć jakąś skazę. Tą skazą jest właśnie dojazd zwłaszcza w okresie zimowym. Jak to jeszcze gdzie nie gdzie bywa z wiejskimi drogami, ta akurat nie jest chlubą gminy. Jej nawierzchnia jest w stanie kiepsko utwardzonym ( asfalt to marzenie ) a na dodatek przez ponad 3 kilometry wznosi się do góry a potem przechodzi w drogę polną. Tak, nie pomyliłam się, koniec gminnej drogi dojazdowej do Chabaziewa to właśnie droga polna. No i właśnie chodzi o te około 3 kilometry. Przez ostatnich kilka lat, zimy były jak nie zimy i większego problemu nie było. Ale wcześniej różnie to wyglądało i pewnie teraz również będzie raczej ekstremalnie ciekawie. Ale nie będę wyprzedzać faktów.
A co do temperatury, to nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni aby sobie zdać sprawę jak może być ciepło zimą w domku nieogrzewanym od około półtora miesiąca ( a obecnie temperatura oscyluje od około -22 st. do - 30 w zależności od pory dnia lub nocy ).
Tak, że teraz grzeję się i zbieram siły na weekendową wyprawę. Na zewnątrz, albo jak to mówimy na Podkarpaciu, na polu zaśnieżyło i zamroziło.
Od dawna nurtowało mnie to dlaczego
na Podkarpaciu mówimy, że idziemy na pole a w centralnej części Polski
mówią, że idziemy na dwór. I właśnie nie tak dawno natrafiłam na wyjaśnienie.
Okazuje się, że i tutaj kłania się
wszędobylska historia. A mianowicie, południe Polski było dość bogate w
dwory szlacheckie i ziemiańskie więc jeżeli wychodziło się na zewnątrz to
przecież nie na dwór tylko na pole i to przeważnie do pracy. Z kolei w centralnej części
najczęściej wybierano się na któryś z dworów w południowej części kraju .
I tak już w mowie potocznej pozostało.
I właśnie na polu śniegiem sypało dość intensywnie co widać gołym okiem jak wszystko na około bieleje, dawno nie było takiej zimy:
Tam po środku gdzie najwięcej bieli jeszcze nie tak dawno było oczko wodne, teraz zostało przykryte świeżuteńkim, czyściuteńkim śniegiem.
Mróz też tęgi bo w dzień dochodzi do -13 st, a w nocy pod -20, ale to nic w porównaniu z temperaturą w Chabaziewie. Dobrze, że od poniedziałku ma być cieplej.
A co udało mi się osiągnąć w tym tygodniu?
W tym tygodniu dość niespodziewanie udało mi się zakończyć układankę puzzlową:
trochę to trwało, bo trzy miesiące z przerwą świąteczną ale się udało. Były chwile zwątpienia zwłaszcza przy słonecznikach, myślałam że tego nie ogarnę, dosłownie miałam żółto przed oczami. Ale upór, cierpliwość doprowadziły do szczęśliwego finiszu. Duma mnie rozpiera.😌
Po raz pierwszy porwałam się na dwa tysiące puzzli, do tej pory maksymalnie było ich 1500.
No ale jest koniec i nawet miejsce w Chabaziewie już czeka. A będzie to słoneczna weranda.
No i oczywiście rozpoczęłam już kolejną układankę. A mam jeszcze w zapasie dwie.
Od czasu do czasu wchodzę do sklepu internetowego i jak natrafię na coś fajnego, koniecznie sielskiego to zamawiam.Tak, że zapas zawsze mam, bo nie wyobrażam sobie sytuacji gdyby mi ich zabrakło. I to właśnie w sezonie zimowym, bo jest to o tej porze roku jeden z moich żelaznych pochłaniaczy czasu.
Jest Sylwester a ja tak sobie siedzę i myślę; Jak ten czas szybko leci, dopiero podsumowywałam rok poprzedni i ani się spostrzegłam znów to robię. Tylko, że w roku ubiegłym siedziałam sobie w Chabaziewie. Teraz zdecydowaliśmy się nie jechać. Głównie ze względu na Niuńka:
Mam tutaj na myśli głównie mało zachęcającą temperaturę panującą w domu. My to jakoś dajemy radę, grzaniec, herbatka z prądem i jest OK,a na dodatek pod choinką znalazłam koc elektryczny. Na pewno się przyda. A biedny pies co? Telepie nim przeokrutnie aż serce się ściska. I trwa to dotąd aż zapanujemy nad temperaturą.
Podejrzewam, że jest nam za to wdzięczny, chociaż uwielbia Chabaziewo tak jak my.
A poza tym na te 3 dni jechać ? Jak za dwa tygodnie są ferie i wtedy pobędziemy już bite dwa tygodnie.
Tak, żę tegoroczne moje przemyślenia odbywają się w Rzeszowie w białej sali ( czytaj sypialni ) i z pilotem w ręce. Ale nie tylko, trochę dziergam, szukam rodziny, układam puzzle no i piszę. A poza tym z niecierpliwością czekam wieczorowej pory bo kupiłam dzisiaj książkę Hatszepsut i marzę aby zanurzyć się w świecie faraonów.
Jaki ten rok był ? Tak sobie myślę,że dobry, nie powiem że bardzo bo zawsze może być lepiej, ale do narzekania nie mam powodu. Zresztą i tak staram się tego nie robić. Raczej był spokojny i w zasadzie upłynął w takim tempie jakie mu wyznaczyliśmy.
Ktoś może powiedzieć, że był nudny ale dla nas w sam raz.
Wiosna, lato i jesień upłynęła pod hasłem Chabaziewo. I po raz kolejny muszę powiedzieć, że jestem przeszczęśliwa, że go mam, że spędzam tu wspaniale czas na emeryturze. Piszę głównie o sobie ale mój mąż też zrobił się zdecydowanym fanem Chabaziewa, co nie było takie oczywiste na początku. Tylko, że On dzieli tę przyjemność z pracą zawodową, ale dobrze że są wakacje i wówczas może faktycznie nacieszyć się wsią i od czasu do czasu sobie popracować fizycznie.
Uwielbiam w zimie oglądać zdjęcia, które zrobiłam latem i wspominać te upały, codzienne ganianie z konewką i podlewania kwiatów ( a było ich w różnych pojemnikach 64 ) i kombinować co by tu zmienić:
i liczyć dni i tygodnie do kolejnego chabaziowego szaleństwa.
W tym roku można powiedzieć najbardziej zafascynowała mnie genealogia. I praktycznie każdą wolną chwilę tej nowej pasji poświęcałam. A jest to coś niesamowitego, to coś takiego jak układanie fantastycznych puzzli. Szukasz, szukasz i znajdujesz prędzej czy później brakujący element układanki.
Pamiętam jak znalazłam pierwszą metrykę a był to akt urodzenia mojego dziadka. Czułam się tak jakbym faktycznie uczestniczyła w tym ważnym momencie, czyli podczas chrztu, który odbył się w 1908 roku. Ciśnienie mi się podniosło i patrzyłam z niedowierzaniem. Tym większe były emocje, bo początkowo wydawało mi się, żę sprawa jest nie do przeskoczenia. Przecież ta gałąź mojej rodziny pochodzi z Kresów. Więc jakim cudem mam cokolwiek znaleźć? Wówczas byłam całkowicie zieloną genealożką, chociaż i do tej pory mam mnóstwo braków. Ale dzięki wspaniałym stronom internetowym i osobom które je prowadzą oraz innym genealogom pasjonatom, powoli brnę w ten fascynujący świat. A najciekawsze jest to, że jak się już raz w to wdepnie to nie można przestać.
Drugim najważniejszym momentem moich poszukiwań było znalezienie mojej pra-pra-pra babki. Stało się to w przedświątecznym tygodniu (a pisałam, że nie można przestać? ). To jest jak prezent świąteczny. Po ponad półrocznych poszukiwaniach znalazłam ją. Wcześniej już ustaliłam jak nazywała się z domu, ale niestety nie mogłam natrafić na jej ślad. Aż tu wreszcie zaskoczyły trybiki ,znalazł się brakujący element. Tym elementem było to, że babcia wyszła za mąż za mojego 3 x pra dziadka jako wdowa, w związku z czym miała inne nazwisko. I mój puzzel wreszcie trafił na swoje miejsce.
No i nie mówiłam, że nie można przestać? Nie tylko poszukiwać ale o tym mówić, pisać, myśleć itd.
Powiem jeszcze tylko, że w tych poszukiwaniach znalazłam się w XVIII w. czyli zahaczam o końcowe lata 1700 roku. Przodków przybywa w postępie geometrycznym , dochodzę do 150 osób. A to właściwie tylko jedna gałąz rodziny, no oczywiście z odgałęzieniami ale tylko do poziomu rodzeństwa.
Poza tym w między czasie bawię się w biografkę, bo staram się to wszystko co znajdę + posiadane zdjęcia + moją pamięć z dzieciństwa ( dopóki mnie skleroza nie dopadnie 😉 ) + rozmowy z członkami rodziny + napotkane dokumenty + rys historyczny nanieść na papier, a właściwie na razie na komputer. Ma to być autorska czyli moja historia rodziny.
Nawet pisząc tego bloga widzę jego przydatność dla genealogii. Zawarta jest tutaj wiedza o mnie o tym co robię, jak żyję, o moich pasjach, o pogodzie i o Chabaziewie o kwiatkach o wariacjach kulinarnych czyli o tym wszystkim co ja teraz usiłuję się dowiedzieć o moich antenatach. Czyli przyszłe pokolenia, moi wnukowie, pra, pra-pra....... mają i będą mieć podane to wszystko na talerzu.
A może to już moje genealogiczne skrzywienie???
I tak sobie myślę, jak można nudzić się na emeryturze? Mnie czasami czasu brakuje. Nie znajduję go wystarczająco dużo np na szydełkowanie, na czytanie..... Właściwie w tym roku nie udało mi się nawet skończyć obrusa ale co dziennie coś tam udziergałam. Mam kolejne pomysły ale coś muszę zrobić z tym czasem. A może to ten czas jest jakiś inny niż w młodości, mam wrażenie jakbym się przesiadła do jakiegoś ekspresu.
Koniecznie muszę wspomnieć po raz drugi o moim Chabaziewie. To jest moja kolejna pasja. Uwielbiam wiosnę, jak zaczynam prace polowe, te zakupy kwiatów, ganianie na chalę targową, to sadzenie, zastanawianie się gdzie lepiej posadzić, co przestawić, co zmienić. Co roku to samo, a jednak coś innego, to jest po prostu fascynujące. Lato z kolei to podziwianie wiosennych efektów i zastanawianie się co jeszcze przestawić i dosadzić. I tak sobie biegam z tymi doniczkami aż stwierdzę, że może być. A w samym środku lata wpadają wnuczki , znajomi i rodzina. Wszystko wówczas pięknie kwitnie, pachnie i w ogóle jest pięknie.
Ten zapach i smak grilowanek,
palonych ognisk, sjesty na leżaczku z sudoku w ręce. Czego chcieć więcej, tak wyobrażam sobie raj. I w takim raju przebywam do pónej jesieni.
W tym roku chyba po raz pierwszy udał mi się groszek pachnący i do tej pory czuję jego przepiękny aromat roznoszący się po Chabaziewie:
Co jeszcze fajnego udało mi się zrobić? No oczywiście kontynuowanie tego bloga. To również stało się moją pasją. W pewnym momencie miałam nawet chwile zwątpienia i myślałam, że zabraknie mi tematów, pomysłów i chętnych do czytania. Jedno muszę stwierdzić, że tematów nie brakuje, pisanie sprawia mi przyjemność ( o co bym się nigdy wcześniej nie podejrzewała ) a i osób, czyli Was kochani, którzy znajdujecie czas i chęć aby zajrzeć do mojego bloga jest ci pod dostatkiem, amen.
To blogowanie spowodowało, że bawię się w fotografa, ganiam z aparatem fotograficznym i wszystko fotografuję aby mieć co pokazać i nie zanudzać tylko tekstem pisanym.
No i jak tu się nudzić ? Uważam, że emerytura to najlepszy czas na realizację swoich marzeń i pomysłów. I w zasadzie to właśnie na emeryturze odkryłam część moich obecnych pasji, o których wcześniej nawet nie wiedziałam. A najfajniejsze jest to, że na emeryturze nic się już nie musi.
Wpadłam na pomysł aby ułatwić, sobie również, poruszanie się po blogu i sporządzić taki specyficzny spis treści. Ten spis, a właściwie dwa spisy dotyczą moich rewelacji kuchennych, czyli umieszczonych i przeeksperymentowanych przepisów ( kulinarny misz masz ) i zdrowotnych właściwości roślin, warzyw itp. ( samo zdrowie ). Spisy treści umieszczam pod etykietą o tej nazwie.
I na koniec tych wynurzeń życzę wszystkim i sobie wszystkiego dobrego a raczej najlepszego w Nowym Roku a przede wszystkim aby nie był gorszy od obecnego.
I pamiętajmy o porzekadle: Jaki Nowy Rok taki cały rok. Ja na wszelki wypadek będę uważała na to co robię i czynię. Tylko same przyjemności
I taki sobie klimacik sylwestrowo - noworoczny z sentymentalną podróżą do lat 70 ubiegłego wieku:
Ciekawe czy zastanawialiście się jak wyglądały Święta Bożego Narodzenia np.100 lat temu?
Jak już nieraz wspominałam, historia jest obecnie w moim kręgu zainteresowań. Ta nie tak odległa ( 100 - 200 lat w tył ) pozwala mi jako genealożce odkrywać świat moich przodków. Jak żyli, czym się zajmowali, na co chorowali, ich zwyczaje i codzienne życie. Jest to niesamowicie fascynujące. Ponieważ zakorzeniona jestem w Galicji więc na tą chwilę moje wysiłki zostały skierowane włąśnie w tym kierunku.
Chociaż przypuszczam, że w innych częściach kraju było podobnie, przynajmniej w tych najistotniejszych sprawach.
Teraz zbliża się czas Bożego Narodzenia więc zdwoiłam wysiłki aby dowiedzieć się czym były Święta i jak wyglądały u naszych przodków. Jak
dekorowano domy, co stawiano na stole, jak wyglądała wigilia w dworze, a
jak w biednej wiejskiej chałupie.
I co się dowiedziałam? Aby dawkować wiedzę i nie zanudzić niepragnących jej, parę zdań o Wigilii ( Świętami zajmę się kolejnym razem )
Najbardziej uroczystym dniem w roku była Wigilia Bożego Narodzenia.
Wierzono, że ma on wpływ na to, jaki będzie cały przyszły rok. Dzień
wigilijny upływał na przygotowaniu wieczornej wieczerzy i odpowiednim
przybraniu izby.
Najstarszym, tradycyjnym przybraniem była "jutka" -
ścięty wierzchołek sosenki lub jodełki, zawieszony u sufitu. Przybierano
ją zrobionymi z opłatków pieczonych w domu tzw. "światami" lub
pieczywem w formie roślin lub zwierząt. W niektórych rejonach ozdobą był ozdobiony snopek siana ustawiony w kącie izby. Choinka pojawiła się dopiero
przed I wojną światową i to początkowo na arystokratycznych dworach.
Wieczerza wigilijna, zwana pośnikiem, składała
się z siedmiu, dziewięciu lub dwunastu potraw, które jedzono wspólnie z
dużej misy. Rozpoczynano ją wraz z pierwszą gwiazdą i uważano, aby przy
stole była parzysta liczba osób, bo to oznaczało, że nikt w najbliższym
czasie nie umrze. Odbywała się w skupieniu i powadze, wszyscy składali
sobie życzenia.
Liczba wigilijnych dań różniła się w zależności od regionu,
stanu czy pochodzenia. „Na jednych stołach smakołyków wiele, na innych
kasza, śledzie i korpiele” – to powiedzenie podkreślało różnice w
świętowaniu Wigilii przez różne warstwy społeczne. Pięć lub siedem dań
podawano u włościan, dziewięć u szlachty, a 11 lub 13 u arystokracji.
Zwyczaj przyrządzania 12 potraw wigilijnych ukształtował się
prawdopodobnie na przełomie XIX i XX wieku. „Dwunastka” symbolizowała 12
miesięcy w roku, bogactwo, czy 12 Apostołów.
Wigilijna wieczerza proponowana np przez autorkę książki kucharskiej z XIX
wieku: Lucynę Ćwierciakiewiczową nie mogła się odbyć bez barszczu z uszkami z farszem
grzybowym.
W wielu domach obok lub zamiast barszczu podawało się aromatyczną zupę
grzybową z polskich suszonych leśnych grzybów, najlepiej z cienkimi,
domowymi łazankami. Na stołach, głównie na Podkarpaciu nie mogło zabraknąć żuru z uszkami.
A jeśli chodzi o ryby to na stole królowały śledzie - w oleju lub zupa śledziowa, a w zamożniejszych domach i inne ryby.
Ciekawostką jest, że tak popularny obecnie karp został spopularyzowany dopiero po II Wojnie Światowej, a to ze względu na stosunkowo niską cenę, łatwość hodowli i rozmnażania. I od tego czasu jest można rzec główną rybą wigilijną.
Nie mogło być Wigilii bez maku (jego ziarna symbolizowały szczęście). W
rodzinach o korzeniach kresowych czy galicyjskich na deser przyrządzano
kutię z pszenicy z dodatkiem mielonego maku, miodu, migdałów, orzechów
włoskich oraz suszonych czy kandyzowanych owoców, czasami nasączonych
porto czy innym alkoholem. W przeszłości kutia – deser i arystokracji, i
włościan - miała przede wszystkim znaczenie magiczne (przyrządzano ją z
jęczmienia, uważanego za ziarno boskie). Mak to także nieodłączny
składnik innego ważnego wigilijnego deseru, czyli makowca z ciasta
drożdżowego lub krucho-drożdżowego. Pod koniec XIX w. na stołach
królowała nie tylko kutia czy łamańce z makiem: w Galicji królową
deserów była strucla z makiem.
Dzień wigilijny upływał pod znakiem postu, aż do uroczystej kolacji.
Często też „suszono”, czyli powstrzymywano się od spożywania napojów.
Wigilijny
stół nakrywano białym obrusem, pod który wkładano trochę siana.
Zachowała się tradycja zostawiania dodatkowego nakrycia. I powszechne jest przekonanie, że przeznaczone jest ono dla zbłąkanego
wędrowca.
Nasi przodkowie głęboko wierzyli, że dusze ich
bliskich przybywają podczas wieczerzy wigilijnej. Nie wolno było
zachowywać się głośno i nieostrożnie Zakazane było też szycie i
przędzenie, ponieważ groziło to zranieniem przebywającej w domu duszy.Wierzono również, że w ty dniu zwierzęta przemówią ludzkim głosem.
Zakończenie wieczerzy było hasłem dla młodzieży do
rozpoczęcia figlów i psot, które kończyły się o północy. Wówczas wszyscy
udawali się na Pasterkę.
Takie urocze zdjęcie znalazłam w sieci. Jest ono dla mnie kwintesencją wszystkiego co było, minęło o czym warto pamiętać. Jakbym widziała oczami wyobraźni pra-pra-pra... czekających aby zasiąść do wigilijnego stołu. Tak właśnie kiedyś wyglądały izby naszych antenatów. Piszę naszych bo czy nam się to podoba czy nie zdecydowana większość nie ma nic wspólnego z arystokracją.
Choinka przypomina mi dzieciństwo, ale o tym pisałam rok temu; http://kocham-wies.blogspot.com/2015/12/swiateczny-czas-wspomnienia.html
Jak wiele przetrwało do dzisiejszych czasów? pewnie jest z tym różnie. Ja w każdy bądź razie uważam, że w tradycji ukryta jest nasza tożsamość. Warto ją kultywować i przekazywać kolejnym pokoleniom.
U mnie np.
- jest 12 potraw, każdy wszystkie musi skosztować aby zapewnić sobie dostatek na cały rok,
- jest rybia łuska, którą mąż obdarowuje wszystkich, to z kolei zapewnia pieniądz w portfelu,
- cały dzień się pości a dzięki temu mniej się zje i więcej dla nas zostaje 😉,
- jest dodatkowy talerz dla samotnego gościa,
- jest sianko pod obrusem,
- jest i pierwsza gwiazdka, no chyba że pochmurnie,
- no i pilnuję aby się nie kłucić, bo rok będzie kłutliwy.
A czego nie ma ? śniegu. No może nie do końca, bo przeważnie w drugi dzień Świąt wyjeżdżamy do Chabaziewa a tam nie ma MPC-u, świateł na skrzyżowanich, suszarek, mikrofalówek i innych wynalazków cywilizacji a za to możemy się cieszyć do woli śniegiem.
I tak sobie siedziałm cały tydzień w Chabaziewie w myśl wcześniej wspomnianej prawidłowości, że u mnie wakacje trwają cały rok. Jest to coś niesamowitego, po 30 latach pracy zawodowej nic nie musieć. Przede wszystkim nie musieć się śpieszyć i robić co się chce, kiedy się chce i jak się chce. Coś wspaniałego!!!!
I w myśl tej zasady tak właśnie spędziłam ten tydzień.
Moim towarzyszem był najcudowniejszy na świecie, ciągle zamyślony, dostojny, wspaniały pies Niuniek - Argo. Ale mu naczadziłam, jakby to wiedział to chyba by się zawstydził.
Jak jesteśmy sami wówczas szczególnie staje się uważny, pilnuje mnie, sprawdza co chwilę co też porabiam i można powiedzieć, że prawie nie spuszcza mnie z oka.
Trochę się nachodzi, bo ja to raczej mam latane zwłaszcza w godzinach do wczesnego popołudnia.
Mój dzień można podzielić na dwie części; pierwsza pracowita - do godzin wczesnego popołudnia i właśnie wtedy mam ganiane po całym terytorium i druga - same przyjemności, czyli: trochę zwalniam i zajmuję się w zależności od nastroju; szydełkowaniem, puzlami ( bo już wyciągnęłam kolejny zestaw, tym razem 2 tys. sztuk ), szukaniem przodków czyli genealogią, robieniem zdjęć, rozwiązywaniem sudoku czy też czytaniem, oczywiście jestem wierna historii.
I tak w tym sielskim otoczeniu poza upajaniem się pięknem,
spokojem i naturą troszkę popracowałam.
1. Powolutku zabrałam się za zaplanowane odgruzowywanie '' placu budowy '' i bardzo powolutku efekty zaczynają być widoczne. Ale nie będę się nimi na razie chwalić bo wygladają dość nieciekawie. Po prostu goła ziemia. Ponieważ jest to dość ciężka praca więc się trochę oszczędzałam, przecież nigdzie się nie spieszę i mam dużo czasu a robota nie zając i nie ucieknie. I tak sobie przenosiłam ten gruz w bardziej odpowiednie miejsce przez cały tydzień a w ostatni jego dzień popracowałm trochę z grabkami.
2. Nie obeszło się również od drobnego słoikowania. Sąsiadka zadbała o to abym się zbytnio nie nudziła i codziennie podrzucała mi jakieś plony. Teraz owocują maliny jesienne w związku z tym babcinym sposobem zasypałam je cukrem w słojach. Będzie z tego na przyszły weekend pyszny sok.
Nadmiar pomidorów wylądował w słoikach jako półprodukt do zupy pomidorowej oraz druga opcja , podduszone z cebulką jako dodatek do jajecznicy.
3. Aby nie umrzeć z głodu ugotowałam na cały tydzień gar żuru, który uwielbiam. Zresztą co na wsi lepiej smakuje niż żur zrobiony na własnym zakwasie z dodatkiem prawdziwego jajka czyli od kurek sąsiadki i prawdziwej wiejskiej śmietanki ( uboczny półprodukt wyrobu sera )?
Jeżeli chodzi o żurek to poza tym, że go lubię mam do niego podejście sentymentalne.
A mianowicie dawno, dawno temu jako małe dziewczynki, spędzałyśmy wakacje ( z siostrą ) u dziadków niedaleko od Chabaziewa czyli w Błażowej. Były to wspaniałe czasy, które wraz z upływem czasu stają się jeszcze piękniejsze i wspanialsze. I właśnie na śniadanie babcia codziennie gotowała nam żur. I nigdy nam się nie znudził. Tamten żur to niedościgniony ideał. Pewnie nigdy nie uda mi się uzyskać takiego smaku i coraz bardziej utwierdzam się w tym, że jest to po prostu smak dzieciństwa, który nigdy już niestety nie zostanie zaspokojony.
Podobne doznania odczuwam przy zupie pomidorowej w przyrządzaniu której specjalistką była z kolei druga babcia.
4. Tak, że głód został zaspokojony ale jeszcze coś słodkiego. Do sklepu daleko więc trzeba było coś wymyśleć. To jest właśnie fajne, że człowiek staje się bardzo kreatywny. I padło na ryż ale dość niezwykły. Znalazłam przepis w internecie na ryż z jabłkami.
Ugotowałam ryż ( torebka - 10 dkg ) w wodzie z dodatkiem mleka. Po ugotowaniu ryż wymieszałam z budyniem wanilowym i łyżeczką oleju kokosowego. Masę przełożyłam do naczynia żaroodpornego, na wierzch wyłożyłam drobno pokrojone jabłka ( owoce dowolne, ja miałam akurat tylko jabłka ). I to włożyłam do piekarnika na 30 min. , temperatura 180 st.C .
Minął kolejny tydzień i to jak szybko. Niecierpiliwe czekałam jego końca bo................
Tym razem na weekend przyjechała moja córka. Uwielbiam takie chwile kiedy mam wszystkie moje dzieci u siebie. Że mogę się nimi zaopiekować ( choć tego nie potrzebują ) i chociaż kulinarnie mogę je porozpieszczać. Syn Michał jest co prawda na codzień, jednak w takich momentach jest częstszym gościem w rodzinnym domu i te pobyty są zdecydowanie dłuższe. Ma to również zastosowanie do przyjazdu wnuczek, które uwielbia zresztą z wzajemnoscią. Natomiast przyjazd Beatki to święto. Zdarza się ono zaledwie kilka razy do roku i zawsze z radością czekam na kolejny raz.
Czasami przychodzą mi refleksje, jakie te moje dzieci są już dorosłe i samodzielne kiedy to się stało? Jak ten czas szybko przeleciał. Duma mnie rozpiera jak na nie patrzę, jak coś szepczą, śmieją się, są takie młode, piękne, wspaniałe i kochane.
Jak zawsze przed przyjazdem Beatki biorę się za gotowanie Jej ulubionych dań. A są to takie właściwie stałe dyżurne potrawy, które są jakby trzonem moich poczynań kulinarnych ; barszcz ukraiński, fasolka po bretońsku i koniecznie kotlety z piersi kurczaka a do tego ziemiaczki i buraczki w śmietanie.
Przy okazji zostałam, można powiedzieć obsypana kwiatami. Nic nie sprawia mi takiej przyjemności ( oprócz w/w ) jak otrzymywanie kwiatów a co ważne doniczkowych a zwłaszcza jak sobie sama wybiorę, choć niespodzianki też są super. Tym razem są to kwiaty ogrodowe, oczywiście do Chabaziewa. Doniczkowe przy odpowiedniej pielęgnacji cieszą oko i wywołują wspomienia przez długie lata.
A są to trzy piękne hortensje ( dwie niebieskie, jedna czerwona ) i trzy róże ( dwie rabatowe; czerwona i herbaciana ) i jedna prawdziwa piękność prześlicznie pachnąca z odmiany Poulsena w kolorze czerwonym ).
Zapakowane czekają na wycieczkę do miejsca przeznaczenia czyli do Chabaziewa.
No i czeka mnie znów kombinowanie gdzie je posadzić. Zgodnie z zasadą, o której wcześniej wspominałam, że najpierw kupuję ( tym razem dostaję ) a później kombinuję. Ale lubię ten stan, mogę tak nawet codziennie.
I przyszedł koniec weekendu, czyli niedziela i czas pożegnań. Co dobre szybko się kończy.
Beatka pojechała i właśnie dojeżdrza do swojego domu.
Pożegnałam również moją siostrę, która także siedzi już na walizkach.
Po naszych spotkaniach otrzymałam dużo materiału, który będzie wykorzystany do moich poszukiwań genealogicznych. Jest to stary album ze zdjęciami, który był kiedyś w posiadaniu naszych dziadków.
Niesamowite wrażenie, bo właśnie dzisiaj poznałam moich pradziadków. Jest tam również dużo innych osób, które będę starała się zidentyfikować i wykorzystać ich podobizny do mojego finalnego opracowania. Coś wspaniałego i eksytującego.
Majówka to wspaniałe określenie, kojarzące się z dniami wolnymi od pracy, zazwyczaj jest ich nieco więcej niż tradycyjny weekend. Jest to również taki tradycyjny początek sezonu głównie grilowego i dobrze by było aby było słonecznie, pięknie i miło. Ale przede wszystkim majówka w takim wydaniu jest szczególnie atrakcyjna dla osób aktywnych zawodowo.
Pamiętam jak jeszcze pracowałam, czekało się na ten wyjątkowy czas, liczyło się dni wolne i kombinowało aby je możliwie wydłużyć. Planowało się również różne atrakcje aby był to czas odmienny od typowego weekendu.
W moim przypadku były to wypady w Bieszczady, które uważam za najpiękniejsze na świecie.
Przede wszystkim niedalekie a jakże urocze. Jest tam wszystko co potrzeba do udanego wypoczynku i dla ducha i dla ciała czyli woda, las, góry i piękna w większości dzika przyroda. Nie wspomnając już o pięknych krajobrazach.
Ja oprócz podziwiania piękna przyrody uwielbiam odwiedzać, zwiedzać i zagłębiać się w historię dawnych budowli i nie tylko. Dlatego każdy wyjazd miał swój cel. Tym celem podróży były zamki, dwory, klasztory zarówno te odnowione i te popadłe ruinę. Każdy z nich jest inny i ma niemniej fascynującą historię. W Bieszczadach i przyległych okolicach jest ich wystarczająco dużo aby mieć za każdym razem coś innego do podziwiania.
W Zagórzu są przepiękne, zachowane ruiny klasztoru, w Odrzykoniu zamek Aleksandra Fredry z historią po części opisaną w Zemście i cudowny widok na San z ruin zamku w Sobieniu. To tylko niektóre a jest tego mnóstwo.
Czasami ze znajomymi wynajmowaliśmy domek w Hrewcie, czasami były to wypady jednodniowe nad Solinę czy do Myczkowiec połączone z podziwianiem pięknych okolic. Czasami wyjazd na pysznego pstrąga do Terki. No i oczywiście był czas na grilowanie . Byliśmy i jesteśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że gril był rozpalany właściwie w każdy weekend i nie musiała to być koniecznie majówka.
Od kiedy mam Chabaziewo właściwie wszystko się zmieniło, bo ząstąpił mi to wszystko co wcześniej musiałam szukać. I każdą wolną chwilę spędzam właśnie tutaj .
A od kiedy zakończyłam aktywność zawodową, magiczne słowo majówka straciło swoją moc.
Dla mnie wszystkie weekendy są jedną wielką majówką, każdy jest inny, każdy jest wspaniały i nigdy się nie nudzę.
Dzisiaj np. rankiem wstałam, o godz.szóstej, co było nie do pomyślenia w minionych latach, wyszłam za próg i zobaczyłam piękne słoneczko , bezchmurne niebo i śpiew ptaków. Czego więcej do szczęścia potrzeba????
Dzisiaj jest rocznica bardzo ważnego wydarzenia. 14 marca moja wnuczka Klara obchodzi jedenaste urodziny. Oj jak ten czas leci. Wydaje mi się jakby to
było wczoraj, a było to w godzinach przedpołudniowych również 14 marca tylko że 2005 roku. W tym dniu pojawiła się na świecie drobinka, która ma na imię Klara. Wówczas oczywiście jeszcze pracowałam zawodowo i
nastawiałam się do wyjazdu jak córka wyjdzie ze szpitala aby po prostu
pomóc jej. Aż tu w pewnym momencie dzwoni telefon i słyszę głos
zapłakanej córki , która prosi mnie abym przyjechała zaraz do szpitala. Wyznała mi, że boi
się zasnąć aby córeczce czyli Klarze w tym czasie coś złego się nie przytrafiło. Ja
oczywiście niewiele się zastanawiając pojechałam do domu spakować się i
w drogę, do Warszawy czyli 300 km. Noc spędziłam razem z moimi
dziewczynkami w szpitalu, sama spać z wrażenia nie mogłam ale młoda mama
trochę się uspokoiła i zdołała usnąć. W tym czasie dumny tata przyswajał tajniki opieki nad niemowlęciem pod
czujnym okiem pielęgniarki. Czyli uczył się jak zajmować się dzieckiem, a głównie przewijaniem i
kąpaniem.
I od tej pory również moje życie wygląda inaczej. Do tego czasu nie wiedziałam ile radości, szczęścia i miłości może dać taka drobna istotka. Najpierw jedna a potem pojawiła się druga wnuczka Zara. I wszystko było do kwadratu. Jest powiedzenie, że wnuki kocha się bardziej niż własne dzieci. Ja tego sloganu nie potwierdzam, natomiast prawdą jest, że kocha się Je inaczej. Powiedziała bym, że tak spokojniej; można je bez karnie rozpieszczać i pozwalać sobie i im na drobne ''tajemnice''. Niesamowite jest również to, że wzajemnie uczymy się od siebie, chociażby ja tajników związanych z blogiem a z kolei Klara wspólnego pieczenia, praktycznie przy każdym spotkaniu. Dodam jeszcze, że pieczenie nie jest a zwłaszcza nie było moją najmocniejszą stroną . W zasadzie nie piekłam do czasu aż właśnie Klara poprosiła mnie o upieczenie jakiegoś ciasta. To było jak kubeł zimnej wody, ale musiałam stanąć na wysokości zadania, przecież babcia nie mogła zawieść oczekiwań wnuczki. I tak z przepisu zakupionego w najbilższym kiosku powstała pierwsza wspólna szarlotka i była wspaniała . I długo była naszym hitem. Teraz doszła jeszcze pyszna babka z oranżadą. I teraz moja kochana Klaruni po tej odrobinie wspomnień związanych z
Twoim urodzeniem dla Ciebie od babci wszystkie kwiatuszki jakie miałam w
Chabaziewie razem z najlepszymi życzeniami i buziakami.
No nareszcie uporałam się z kataklizmem, który mi się przytrafił. Dzisiaj ostatni trybik został ustawiony na swoje miejsce, a mianowicie nowy piecyk gazowy na ciepłą wodę został zamontowany. Można powiedzieć, że mimo wszystko obyło się bez większych kosztów. Piecyk podobno i tak już niedługo by się rozsypał, miał 17 lat, a wieczność jego ( Junkers ) jest przewidziana na 15 lat.
Podczas tych wszystkich niedogodności najbardziej odczułam brak wody przez 3 dni, właśnie ze względu na fontannę z piecyka.
W związku z tym, że nic nie mogłam robić miałam wiele czasu na przemyślenia.
Doszłam do wniosku, że niestety za wygodę należy niestety nieraz mocno płacić i nie chodzi mi tu bynajmniej o stronę finansową. Istotniejsze jest to aby nie ulec frustracji.
Przez wygodę rozumię gazowe ogrzewanie, gaz, wodę z wodociągów no i wszystkie urządzenia działające na prąd. Jedna nieuwaga, coś nie zatrybi z różnych przyczyn i mamy prawie katastrofę, zimno w domu, brud zaczyna wchodzić drzwiami i oknami , piętrzą się sterty brudnych naczyń itp.
Najgorsze jest to, że nie ma się na to wpływu , czekamy na serwis, który postawi diagnozę albo w najleprzym przypadku usunie usterkę. Dobrze jak to jest szybko. A my w tym czasie jesteśmy całkowicie bezradni a to jest sytuacja niesamowicie dołująca, przynajmniej dla mnie taka była.
Właśnie ta bezradność doprowadziła mnie do tezy, że ja jednak wolę mniej wygód ale wiekszy wpływ na to co się wokół mnie dzieje.
Zmierzam do tego, że życie na wsi ( w domyśle Chabaziewo ) jest jednak bardziej przewidywalne.
Wiem, że aby mieć ciepło muszę ( mój mąż ) w piecach napalić, a to jak będzie ciepło zależy od tego ile węgla się do nich włoży.
Wiadomo, że należy w to włożyć trochę pracy ale jaki efekt. Jakie to jest cudowne ciepło, ja to nazywam ciepłe ciepło, całkiem inne niż to z kaloryferów. A jakie wspaniałe są potrawy gotowane na kuchni. Woda jest ze studni a ciepła wówczas jak się pod kuchnią grzeje, czyli 3 w 1.
Brak światła też tutaj nie jest katastrofą, bo świeczka w takim otoczeniu stwarza niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju klimat.
Karnawałowe Chabaziewo z dnia 2 stycznia jeszcze bez śniegu.
No właśnie, cóż to w takim dniu, gdy Sylwestra spędza się na sielskiej wsi, można robić?
Ja myślę, że jest to wspaniały czas na roczne i nie tylko podsumowania i refleksje. Jeszcze wcale nie tak dawno ( tak się przynajmniej wydaje ) organizowaliśmy u siebie w domu imprezy sylwestrowe i nie tylko te. Wówczas szykowało się wystrzałowe kreacje, fajerwerki i bawiło się do białego rana. Był to czas gdy taniec był dla mnie bardzo, bardzo ważny, wręcz jak usłyszałam muzykę to same nogi zaczynały tańczyć. Ale, jak ja to mówię, już się naimprezowałam, natańczyłam i po prostu przestało mnie to już bawić. Co nie znaczy, że osoby w moim wieku nie powinny się bawić. Ja po prostu wybrałam teraz inny, spokojniejszy model życia .
Czas tak szybko leci, coś się kończy ale to nie znaczy, że nadal nie może być ciekawie i fajnie. Teraz jest po prostu inaczej. Gdy jesteśmy młodzi, świat kręci się wokół dzieci, szkoły i pracy, człowiek żyje na innych-wysokich obrotach. Ciągle w jakimś pędzie , ciągle się spieszy aby nie zostać gdzieś z tyłu.
W tym wszystkim dobrze aby jednak nie zapomnieć o sobie i swoich marzeniach. Mnie się udało je zrealizować właśnie dzięki domkowi na wsi. Zawsze wiedziałam, że dzieci dorosną i wyfruną z domu rodzinnego, że kiedyś przyjdzie czas pożegnać się z życiem zawodowym i marzyłam aby czas na emeryturze spędzić właśnie na wsi.
I właśnie teraz przyszedł ten czas, czas na '' zbieranie plonów ''. Życie stało się spokojne, nigdzie się nie śpieszę, nic nie muszę, uwielbiam wnuczki i każdą chwilę z nimi spędzoną, szukam sobie różnych zajęć na które za młodych lat nie miałam czasu ani ochoty, mam dużo wolnego czasu który wypełniam np czytaniem. Sadzę kwiatki, koszę trawniki, przycinam krzewy, zbieram owoce i robię przetwory. Po prostu jestem, jak to się mówi, panią siebie samej.
Spotykamy się od czasu do czasu z przyjaciółmi i znajomymi u nas na wsi . Zawsze staram się przygotować produkty własnej produkcji. Jestem fanką prostego, swojskiego jedzenia. Jak już kiedyś pisałam sama robię wędliny, a w tym roku również rozpoczęłam zabawę z serami.
U zaprzyjaźnionych rolników zakupuję krowie i kozie mleko i po prostu eksperymentuję z serami. Najlepiej wychodzą mi : z mleka krowiego; koryciński i pleśniowy a z koziego; koryciński z różnymi dodatkami. Kiedyś szerzej o tym napiszę.
Oczywiście nigdy u mnie nie może zabraknąć smalczyku z jabłkiem i cebulką podawanego z ogórkami kiszonymi. Palce lizać!!
No i nie może brakować dobrego alkoholu, oczywiście w moim wykonaniu. Od lat robię nalewki, co roku coś nowego ale mam parę sprawdzonych, które powtarzam. W tym roku były to pigwówka, jeżynówka, orzechówka ( wyśmienita na problemy żoładkowe ), aroniówka ( na kłopoty z nadciśnieniem ), z owoców z dzikiego bzu ( na odporność ) i czosnkowa ( na przeziebienie ).
Są również wina, to specjalność mojego męża. Co roku przy mojej sugestii robi dwie dziesięciolitrowe butle wina. co roku inne i niemniej ciekawe. W tym roku były to z kwiatów dzikiego bzu ( lekko musujace ) i z tarki o niepowtarzalnym jakby śliwkowo-wiśniowym smaku.
Oczywiście jestem zaopatrzona w obszerną, fachową literaturę, która daje mi podstawy do eksperymentów. Są to m.in. Encyklopedia domowych wyrobów , wspaniała jest tam wszystko co domorosłego wytwórcę może zainteresować, Domowy wyrób serów, bardzo obszerne i fachowe o serowarstwie, Wielka księga nalewek, Domowy wyrób wędlin i inne .
Ponieważ kocham czytać, jestem stałą czytelniczką biblioteki ale również co miesiąc kupuję jedną albo dwie książki. Bardzo spodobało mi się kupowanie w internecie, można spokojnie przeglądnąć tytuły, spojrzeć na treść i cenę. Kupuję przeważnie w EMPiKu z dostawą do salonu. Właśnie zamówiłam książkę Andrzeja Andrusiewicza ROMANOWOWIE. Już nie mogę się doczekać. Oprócz tego czeka na mnie już książka pani Nowaczyk Poszukiwanie Przodków. Genealogia dla każdego. To jest dla mnie wyzwanie na przyszły rok i chyba również na kolejne.
Tak sobie siedzę w ten ostatni dzień roku i mam uczucia mieszane, bo cieszę się że już mamy wreszcie nowy rok , bo zawsze od tego czasu cieszę się, że do wiosny już niedaleko, dni stają się przecież coraz dłuższe, słoneczko coraz wyżej a z drugiej strony lat przybywa, w moim przypadku stanie się to już w styczniu. Ale i tak cieszę się, bo uwielbiam wiosnę.
Prawdopodobnie już w lutym zacznę bawić się w ogrodniczkę , zresztą jak co roku i zacznę wysiewać kwiatki i szczepić pelargonie ale o tym więcej w odpowiednim czasie.
Troszkę się chyba rozpisałam, ale u mnie tak czasami się zdarza jak się nakręcę ( tak chyba się teraz mówi ). I.... zahaczyłam już o Nowy Rok.
W związku z tym moc najserdeczniejszych życzeń z mojego oszronionego Chabaziewa.
Na szczęście, na zdrowie na ten Nowy Rok, Niech Wam się rodzi kapusta i groch, Ziemiaki jak pniaki, groch jak chodaki A proso abyście nie chodzili boso.
Właśnie jestem niespodziewanie w miejscu, gdzie równo miesiąc temu i gdzie rozpoczęła się moja przygoda z blogowaniem., czyli u moich kochanych wnuczek.
Napisałam niespodziewanie, bo faktycznie nie planowałam wyjazdu,
zwłaszcza że jak wcześniej pisałam czas do Świąt miałam poświęcić , przynajmniej w części porządkom.
Ale widać są ważniejsze (
córka mnie potrzebowała ) i przyjemniejsze rzeczy niż sprzątanie w
związku z tym z radością spakowałam się , wsiadłam w samochód i w drogę.
Po ok 5 godzinach byłam na miejscu.
Dokładnie 16 listopada napisałam pierwszego posta .
Więc wczoraj przypadła swoista miesięcznica. Ale bez obawy, nie będę jej świętować co miesiąc .
Bardzo się cieszę, że są osoby które zaglądają do mojego świata i mam nadzieję, że zawsze coś ciekawego i inspirującego mogą tam znaleźć i może z czasem zechcą do mnie też coś napisać. Ja dopiero się rozkręcam.
Od wczoraj za sprawą Klary blog ma inny nagłówek . Tym razem jest
to zimowy fragment krajobrazu sąsiadującego z Chabaziewem, a zwierzaki są tam
stałymi bywalcami o każdej porze roku.
Do blogowania skłoniła mnie Klara, ale właściwie od dłuższego czasu mocno się zastanawiałam jak by tu podzielić się wiedzą , przeżyciami i spostrzeżeniami. Moje pomysły obejmowały m.in pamiętnik. Jednak jakoś nie do końca byłam przekonana..
Chcę coś pisanego zostawić przede wszystkim wnuczkom i dzieciom. Moje myśli, pasje, uwagi, historię Chabaziewa i nie tylko, może dobre rady? i w ogóle mój świat. Myślę i mam nadzieję, że ten sposób to dobry pomysł. Nawet ze względu na współczesny - elektroniczny środek przekazu. Przecież komputery i wirtualny świat to teraz abecadło i nie sądzę aby jakakolwiek forma papierowa była lepsza .
moje piękna chabaziowa róża żółto-herbaciana z pozdrowieniami :