Właśnie minął tydzień od kiedy przyjechaliśmy do Chabaziewa, A w tym czasie nastąpił kalejdoskop pogodowy. Przyjechaliśmy w zimie potem zagościło przedwiośnie, które całkowicie zmiotło śnieg i teraz ponownie zima i to nie tyle mroźna co śnieżna. Przez jedną noc przybyło
tyle śniegu.
I zastałam taki poranek niespodzianek :
I od razu przypomniała mi się sytuacja, która miała miejsce około 5 lat temu.
Co prawda było to troszkę później, bo w marcu ale też byłam mocno zaskoczona i zdumiona szybkim przyrostem śniegu. Spodziewaliśmy się już wiosny więc jak wyjeżdżaliśmy z Chabaziewa nie przedsięwzięliśmy, koniecznych zimowym czasem, środków ostrożności. Czyli spuszczenie wody, zabezpieczenie drzwi do piwnic styropianem itd.
Siedzimy sobie, wówczas spokojnie w miejskim domku i podziwiam pięknie podający śnieg. I tak jeden dzień i noc, drugi dzień i noc i chyba na trzeci przyszło otrzeźwienie. Przecież na wsi musi być tego puchu jeszcze więcej no i mroźniej. I oczami wyobraźni zobaczyłam pękniętą spłuczkę i wodę zalewającą moje drewniane podłogi. Zaznaczę, że już raz nam pękła.
Wiele się nie zastanawiając wsiadłam w samochód i jadę. Oczywiście nie ma szansy dojechać pod dom albo chociaż w jego pobliże. Zostawiam samochód możliwie jak najbliżej i przesiadam się na buty. Brnę po zaspach sięgających mi powyżej kolan. Wreszcie jak dochodzę do ogrodzenia okazuje się, że bramki nie otworzę bo całą zasypana jest śniegiem. Jakoś w końcu udało mi się sforsować ogrodzenie , wpadłam do domu i celu mojej podróży czyli kibelka. Co za ulga, że jeszcze w całości.
Zrobiłam to co konieczne i w drogę powrotną. Tej ekstremalnej wyprawy nic nie jest w stanie przyćmić. No może zeszłoroczna wyprawa na ferie https://kocham-wies.blogspot.com/2017/01/sobota-z-andrenalina.html
Ale teraz póki co jeszcze tydzień przed nami i nie ma co się przejmować wyjazdem tylko upajać się pięknymi widokami, na nerw przyjdzie czas tak około połowy tygodnia;
Wcześniej już pisałam, że zajmuję się genealogią i cały czas szukam i szukam. I właśnie w tym tygodniu udało mi się zdobyć metryki ślubu, które spędzały mi sen z powiek. Najważniejsza to metryka ślubu moich pradziadków z 1894r , która znajdowała się USC. Cieszę się tym bardziej, bo prababcia urodziła się w okolicach Tarnowa, i w zasadzie w ówczesnych czasach ( teraz też tak bywa ) ślub odbywał się raczej w parafii panny. No ale cieszę się, że z jakichś powodów odbył się on w parafii młodego bo po prostu mam ją. No i kolejny problem genealogiczny , dlaczego??
No i tak powoli brnę do przodu, osób w moim drzewie mam już ok. 300, ale cały czas nie mam jeszcze pomysłu jak zabrać się za prezentację. Ale myślę, że jakieś natchnienie na mnie spadnie.
Witam w Chabaziewie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kataklizmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kataklizmy. Pokaż wszystkie posty
sobota, 3 lutego 2018
poniedziałek, 4 grudnia 2017
I zaczęło się
Siedziałam sobie z Niuńkiem cały tydzień na wsi. Trochę sprzątałam, prasowałam, dekorowałam świątecznie i tak mi zleciał powolutku cały tydzień. W piecach sobie paliłam własnoręcznie, było ciepluteńko i miluteńko. Tak trochę leniuchowałam tzn szydełkowałam firankę, przodków szukałam, czytałam i TV oglądałam. Coś tak mi się zaczęło rymować.
A za oknem czasami lekko poprószyło ;
to znów pokazało się na chwilkę słoneczko.
W pewnym momencie tej sielanki zabrakło mi słodkiego a bez tego ani rusz, dzień zmarnowany, humor zepsuty, jakiś niepokój itd. Więc wymyśliłam naleśniki ale żeby nie były takie normalne to zrobiłam budyniowe;
- 2 budynie waniliowe po 40g,
- 20 dkg mąki,
- 250 ml mleka,
- 250 ml wody,
- 1 łyżka cukru,
- 100 g roztopionego masła.
- do smarowania, na co przyjdzie ochota
wszystko miksujemy i smażymy placki, bez tłuszczu.
No i przyszedł kres tego stanu błogiego, na weekend przyjechał mąż. Ale zanim zabrałam się za gary, wykorzystałam to i pojechałam do pobliskiego miasteczka, Błażowej, aby trochę na ludzi popatrzeć i dokonać zakupów. Uwielbiam te małomiasteczkowe i wiejskie sklepy i sklepiki. Prawie wszyscy się znają, jest jakoś tak inaczej nawet czasami mam wrażenie jakby się czas zatrzymał. Lubię po nich się poszwędać, poszperać i czasmi można coś oryginalnego wypatrzeć. Kiedy tylko jestem na wsi zawsze robię w nich zakupy.
Oddzielnym tematem jest targ. Odbywa się w środy i letnią porą co tydzień się tam wybieram. Tam to dopiero są rozmaitości. Począwszy od kurek, królików, kwiatków, warzyw, owoców skończywszy na starociach i innych klamotach.
No i weekend się skończył i jak zwykle zamierzaliśmy wyjechać w poniedziałek rano, bo mąż do pracy.
A w niedzielę od rana sobie prószy , prószy i prószy.
Najpierw jakoś tak nieśmiało i drobniutko.
Patrzę sobie przez oko a tam coraz piękniej:
i coraz bardziej biało.
Obiad podano, mąż uskutecznił tradycyjną drzemkę i nagle słyszę ; chyba musimy się zbierać. Patrzę za okno a tam opady intensywne zamieniły się w bardzo intensywne.
No to pakowanie i do samochodu, a na dworze już tak :
Aby wyjechać musimy ok 500 metrów pospinać się trochę do góry. No i niestety, rozpoczął się taniec ; to w jedną to w drugą stronę a po obydwu są rowy. I nie było nam do śmiechu. Całe szczęście , że męża tknęło i wrzucił do bagażnika łańcuchy. Teraz przydały się jak nigdy. Tak, że udało nam się wyjechać,
a cała nasza droga tak wyglądała.
Było to pierwsze w tym roku zderzenie z żywiołem i jak to zwykle bywa w takich sytuacjach spore zaskoczenie.
A za oknem czasami lekko poprószyło ;
to znów pokazało się na chwilkę słoneczko.
W pewnym momencie tej sielanki zabrakło mi słodkiego a bez tego ani rusz, dzień zmarnowany, humor zepsuty, jakiś niepokój itd. Więc wymyśliłam naleśniki ale żeby nie były takie normalne to zrobiłam budyniowe;
- 2 budynie waniliowe po 40g,
- 20 dkg mąki,
- 250 ml mleka,
- 250 ml wody,
- 1 łyżka cukru,
- 100 g roztopionego masła.
- do smarowania, na co przyjdzie ochota
wszystko miksujemy i smażymy placki, bez tłuszczu.
No i przyszedł kres tego stanu błogiego, na weekend przyjechał mąż. Ale zanim zabrałam się za gary, wykorzystałam to i pojechałam do pobliskiego miasteczka, Błażowej, aby trochę na ludzi popatrzeć i dokonać zakupów. Uwielbiam te małomiasteczkowe i wiejskie sklepy i sklepiki. Prawie wszyscy się znają, jest jakoś tak inaczej nawet czasami mam wrażenie jakby się czas zatrzymał. Lubię po nich się poszwędać, poszperać i czasmi można coś oryginalnego wypatrzeć. Kiedy tylko jestem na wsi zawsze robię w nich zakupy.
Oddzielnym tematem jest targ. Odbywa się w środy i letnią porą co tydzień się tam wybieram. Tam to dopiero są rozmaitości. Począwszy od kurek, królików, kwiatków, warzyw, owoców skończywszy na starociach i innych klamotach.
No i weekend się skończył i jak zwykle zamierzaliśmy wyjechać w poniedziałek rano, bo mąż do pracy.
A w niedzielę od rana sobie prószy , prószy i prószy.
Najpierw jakoś tak nieśmiało i drobniutko.
Patrzę sobie przez oko a tam coraz piękniej:
i coraz bardziej biało.
Obiad podano, mąż uskutecznił tradycyjną drzemkę i nagle słyszę ; chyba musimy się zbierać. Patrzę za okno a tam opady intensywne zamieniły się w bardzo intensywne.
No to pakowanie i do samochodu, a na dworze już tak :
Aby wyjechać musimy ok 500 metrów pospinać się trochę do góry. No i niestety, rozpoczął się taniec ; to w jedną to w drugą stronę a po obydwu są rowy. I nie było nam do śmiechu. Całe szczęście , że męża tknęło i wrzucił do bagażnika łańcuchy. Teraz przydały się jak nigdy. Tak, że udało nam się wyjechać,
a cała nasza droga tak wyglądała.
Było to pierwsze w tym roku zderzenie z żywiołem i jak to zwykle bywa w takich sytuacjach spore zaskoczenie.
sobota, 14 stycznia 2017
Sobota z andrenaliną
No to wróciliśmy, ale po kolei.
Druga połowa tygodnia upłynęła pod hasłem wyjazdu , wreszcie! do Chabaziewa. Ferie się rozpoczęły więc czemu nie.
Zakupy zrobione aby przez dwa tygodnie nie zawracać sobie głowy sklepami czy też innymi cywilizacyjnymi wynalazkami. Akumulatory naładowane, nie tylko nasze ale i samochodowe. Samochodowe, bo do takich ekstremalnych wojaży konieczne są dwa. Jeden stary, wysłużony, mój ulubiony i przystosowany do transportu naszego pupila. Z tyłu z odpowiednią ławeczką między siedzeniami aby pieskowi było wygodnie. A drugi terenowy do transportu wałówy i wszystkich innych niezbędnych rzeczy i precjozjów.
Przez większą część tygodnia trwała również dyskusja w temacie ustalenia godziny zero czyli dnia wyjazdu. Raz miał to być piątek a raz sobota. Pogoda niestety nie pomagała nam. Raz wyż, raz niż a do tego od czasu do czasu załamanie pogody.
Kontakt z sąsiadami uaktywnił się a głównie pytanie: czy Was zasypało? Uzgodniliśmy w końcu nasz przyjazd, droga do Chabaziewa została odśnieżona, więc w sobotę rano wsiadamy do samochodów, każdy do swojego i w drogę.
Żeby było ciekawie i andrenalina osiągnęła właściwy do zimowych wojaży poziom, całą noc z piątku na sobotę no i sobotę sypało sobie śniegiem. W poprzednim poście pisałam troszkę o drodze do Chabaziewa. Więc nie jest to tak zwana bułka z masłem.
Nie zważając na nieciekawą perspektywę ruszyliśmy w drogę. Przed podjazdem w górę mąż założył łańcuchy. Przecież nie robi tego często więc poszły wiązanki i około półtorej godziny też.
Część drogi została odśnieżona ( choć bardzo szybko nie było tego widać ), o tak:
no i wydrapaliśmy się nawet bez większych problemów na górę. Teraz pozostał odcinek opadający w dół. No i zaczęło się. Okazało się, że niestety drogi nie widać, jest totalnie zasypana. A do szczęścia tak blisko. Ja mój samochód zostawiłam na główniej drodze i z psiakiem miałam iść na piechotę.
I już nawet to robiłam:
Ale mąż z całą wałówą musi zjechać. I nawet mu to szło aż w pewnym momencie nie wiadomo było gdzie droga a gdzie pole. No i wylądował w jakimś rowie, co prawda niewielkim ale wystarczającym aby się zakopać. Dzwonię po pomoc, kolejny sąsiad wsiada w traktor i jedzie nam z odsieczą.
Koniec tego jest taki, że traktor troszkę go pociągnął i też się zakopał a na dodatek przebił oponę. A śnieg sypie, robi się półmrok i w końcu męska decyzja, wracamy a Fronterę zostawiamy na środku pola ornego.
No i tym sposobem wróciliśmy do domu ok 16 godz, przewietrzeni, dotlenieni ale mąż oczywiście wściekły i zmęczony. Och ta męska ambicja, samochód się nie sprawdził. Ale jak miał się sprawdzić jak traktor nie dał rady? Muszę przyznać, że mężusio dał sobie w kość, samo kilkugodzinne machanie łopatą przy odkopywaniu samochodu było rzeczą jedyną w swoim rodzaju. Wręcz stwierdziłam, że przez całe pięć ostatnich lat tyle nie machał co tutaj w przeciągu tak krótkiego czasu.
Ja za to zrobiłam kilka zdjęć prawdziwej zimie, bo dawno takiej nie było :
i jestem bogatsza o jeszcze jedną przygodę i wcale nie widzę w tym aż tak złych stron. Siedzę sobie teraz w cieple, które w Chabaziewie osiągnęło by się co najmniej za kilkanaście godzin, piszę posta a za chwilkę coś podziergam na szydełku.
A początkiem tygodnia planujemy odzyskać samochód.
Druga połowa tygodnia upłynęła pod hasłem wyjazdu , wreszcie! do Chabaziewa. Ferie się rozpoczęły więc czemu nie.
Zakupy zrobione aby przez dwa tygodnie nie zawracać sobie głowy sklepami czy też innymi cywilizacyjnymi wynalazkami. Akumulatory naładowane, nie tylko nasze ale i samochodowe. Samochodowe, bo do takich ekstremalnych wojaży konieczne są dwa. Jeden stary, wysłużony, mój ulubiony i przystosowany do transportu naszego pupila. Z tyłu z odpowiednią ławeczką między siedzeniami aby pieskowi było wygodnie. A drugi terenowy do transportu wałówy i wszystkich innych niezbędnych rzeczy i precjozjów.
Przez większą część tygodnia trwała również dyskusja w temacie ustalenia godziny zero czyli dnia wyjazdu. Raz miał to być piątek a raz sobota. Pogoda niestety nie pomagała nam. Raz wyż, raz niż a do tego od czasu do czasu załamanie pogody.
Kontakt z sąsiadami uaktywnił się a głównie pytanie: czy Was zasypało? Uzgodniliśmy w końcu nasz przyjazd, droga do Chabaziewa została odśnieżona, więc w sobotę rano wsiadamy do samochodów, każdy do swojego i w drogę.
Żeby było ciekawie i andrenalina osiągnęła właściwy do zimowych wojaży poziom, całą noc z piątku na sobotę no i sobotę sypało sobie śniegiem. W poprzednim poście pisałam troszkę o drodze do Chabaziewa. Więc nie jest to tak zwana bułka z masłem.
Nie zważając na nieciekawą perspektywę ruszyliśmy w drogę. Przed podjazdem w górę mąż założył łańcuchy. Przecież nie robi tego często więc poszły wiązanki i około półtorej godziny też.
Część drogi została odśnieżona ( choć bardzo szybko nie było tego widać ), o tak:
no i wydrapaliśmy się nawet bez większych problemów na górę. Teraz pozostał odcinek opadający w dół. No i zaczęło się. Okazało się, że niestety drogi nie widać, jest totalnie zasypana. A do szczęścia tak blisko. Ja mój samochód zostawiłam na główniej drodze i z psiakiem miałam iść na piechotę.
I już nawet to robiłam:
Ale mąż z całą wałówą musi zjechać. I nawet mu to szło aż w pewnym momencie nie wiadomo było gdzie droga a gdzie pole. No i wylądował w jakimś rowie, co prawda niewielkim ale wystarczającym aby się zakopać. Dzwonię po pomoc, kolejny sąsiad wsiada w traktor i jedzie nam z odsieczą.
Koniec tego jest taki, że traktor troszkę go pociągnął i też się zakopał a na dodatek przebił oponę. A śnieg sypie, robi się półmrok i w końcu męska decyzja, wracamy a Fronterę zostawiamy na środku pola ornego.
No i tym sposobem wróciliśmy do domu ok 16 godz, przewietrzeni, dotlenieni ale mąż oczywiście wściekły i zmęczony. Och ta męska ambicja, samochód się nie sprawdził. Ale jak miał się sprawdzić jak traktor nie dał rady? Muszę przyznać, że mężusio dał sobie w kość, samo kilkugodzinne machanie łopatą przy odkopywaniu samochodu było rzeczą jedyną w swoim rodzaju. Wręcz stwierdziłam, że przez całe pięć ostatnich lat tyle nie machał co tutaj w przeciągu tak krótkiego czasu.
Ja za to zrobiłam kilka zdjęć prawdziwej zimie, bo dawno takiej nie było :
i jestem bogatsza o jeszcze jedną przygodę i wcale nie widzę w tym aż tak złych stron. Siedzę sobie teraz w cieple, które w Chabaziewie osiągnęło by się co najmniej za kilkanaście godzin, piszę posta a za chwilkę coś podziergam na szydełku.
A początkiem tygodnia planujemy odzyskać samochód.
sobota, 24 grudnia 2016
Wesołych Świąt
Ręce mi opadły, strasznie przykra rzecz mnie spotkała.
Cały tydzień pisałam posta, dopieszczałam go i już miałam go opublikować i klops. Zniknął. Nie wiem co udało mi się zmajstrować, ale taki jest na tą chwilę stan rzeczy. W tej chwili nie będę o tym pisać bo jestem wściekła.
Ciekawe jak to zaskutkuje w Nowym Roku?
Jeszcze mam nadzieje, co prawda nikłą, ale zawsze, że może wnuczka Klara coś poradzi, ale na tą chwilę jest dopiero na lotnisku.
Ale, żeby za długo nie amanować moim złym nastrojem:
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia
życzę WAM nadziei, własnego skrawka nieba,
zadumy nad płomieniem świecy,
filiżanki dobrej, pachnącej kawy,
piękna poezji, muzyki,
pogodnych świąt zimowych,
odpoczynku, zwolnienia oddechu,
nabrania dystansu do tego, co wokół,
chwil roziskrzonych kolędą,
śmiechem i wspomnieniami.
Wesołych świąt!
To by było na tyle .
Cały tydzień pisałam posta, dopieszczałam go i już miałam go opublikować i klops. Zniknął. Nie wiem co udało mi się zmajstrować, ale taki jest na tą chwilę stan rzeczy. W tej chwili nie będę o tym pisać bo jestem wściekła.
Ciekawe jak to zaskutkuje w Nowym Roku?
Jeszcze mam nadzieje, co prawda nikłą, ale zawsze, że może wnuczka Klara coś poradzi, ale na tą chwilę jest dopiero na lotnisku.
Ale, żeby za długo nie amanować moim złym nastrojem:
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia
życzę WAM nadziei, własnego skrawka nieba,
zadumy nad płomieniem świecy,
filiżanki dobrej, pachnącej kawy,
piękna poezji, muzyki,
pogodnych świąt zimowych,
odpoczynku, zwolnienia oddechu,
nabrania dystansu do tego, co wokół,
chwil roziskrzonych kolędą,
śmiechem i wspomnieniami.
Wesołych świąt!
To by było na tyle .
sobota, 30 stycznia 2016
Mój pech uatywniony
Jakoś nie najlepiej rozpoczął się ten rok zwłaszcza dla mojej kieszeni. Najpierw piecyk gazowy na ciepłą wodę o czym już pisałam, potem Urząd Skarbowy upomniał się o abonament RTV. Kompletną idiotką okazałam się podejrzewam, że wielu też tak się czuje. Przed laty (ponad 30 lat temu mnie się to przytrafiło) był system, że jak kupowało się telewizor od razu podlegało się rejestracji no i została zarejestrowana tylko pewna grupa ludzi, ale jakże szczęśliwa, że udało jej się kupić TV, w tym ja. Nie sądzę aby młodzi o zdrowych zmysłach płacili abonament ( rejestrowali się ) na ochotnika, zwłaszcza, że różne były opinie na ten temat. Teraz wygląda na to, że rozpaczliwie potrzebna jest kasa, a emeryci to przecież najłatwiejszy łup. No trudno, jakoś trzeba tą niesprawiedliwość przeżyć, choć z poczuciem krzywdy. Bo jak wszyscy to wszyscy a nie tylko ;; wybrani ;;.
Aby dopełnił się mój pech, właśnie rozwaliłam samochód a ściślej mówiąc zderzak przedni.
I to gdzie? na parkingu przy cofaniu. Nie wiem kto i po co wymyślił metalowe blokady-zderzakopsuje na miejscach parkingowych i to na parkingach pod budynkami wielomieszkaniowymi tzw. blokami. Takie, które albo stoją pionowo albo płasko gdy samochód chce wjechać lub wyjechać. I właśnie na takim parkingu podczas wycofywania zahaczyłam o sterczący zderzakopsuj i zdewastowałam skutecznie zderzak.
Udało mi się w internecie znaleźć go, choć łatwo nie było i w przyszłym tygodniu będzie zamontowany.
Właśnie ten samochód jest dla nas bardzo ważny ponieważ jak my to mówimy jest to psi samochód.
Czyli do podróży z Argo. Jest wystarczająco duży ( ford mondeo kombi ) a z tyłu pomiędzy siedzeniami ma zamontowaną specjalną ławkę, wynalazek mojego męża. W związku z tym nasz psiak aby mu było wygodnie ma z tyłu, można powiedzieć prywatną kanapę.
Ale dość już narzekań i mam nadzieję , że wyczerpałam już limit pecha na rok bieżacy, podobno do trzech razy sztuka. Potwierdza się również moje przeświadczenie, że na wsi jest spokojniej i przewidywalniej bez tych wszystkich cywilizacyjnych wynalazaków o czym już wcześniej również pisałam.
A w wolnych od pecha chwilach poprawiam sobie samopoczucie myśląc o wiosenno - letnim obsadzaniu rabatek w Chabaziewie , kolejnymi zakupami nasion i ich wysiewami. W tym celu od pewnego czasu kupuję ciastka w specjalnych pojemnikach, które wykorzystuję jako mini szklarenki ( ciastka oczywiście się nie marnują i podlegają konsumpcji zwłaszcza wieczorową porą ).
Od kilku lat wysiewam bardzo dekoracyjną roślinę jednoroczną, która zwie się rącznik. Zagościła ona w Chabaziewie już na stałe a nawet rozpowszechniłam ją wśród sąsiadów. Należy go dość wcześnie wysiać, ponieważ potrzebuje dość długiego okresu na wybicie się z ziarenka i uzbroić się w cierpliwość, ponieważ wschody są dość nierównomierne. Przed wysianiem moczę nasionka przez dobę a potem można je również lekko nadciąć aby ułatwić roślince przebić się przez twardą skorupkę. Po przymrozkach wysadzam go w ogrodzie na miejscu lekko zacienionym. Chwilkę trwa zanim się dobrze ukorzeni a potem rośnie można powiedzieć w oczach nawet do 2 metrów wyskokości. Ma ogromne pięciopalczaste liście, kwiatki niepozorne ale za to owoce ciekawe, czerwone z kolcami. Zarówno liście jak i owoce podobne są do kasztana, dlatego też ja tą roślinę poznałam pod nazwą kasztanowiec.
Tak wyglądały w moim Chabaziewie:
to jest moja miniszklarenka z wysianymi kwiatkami: niecierpek balsamina ( bardzo dekoracyjna w kolorach różu , również za moją przyczyną rozpowszechniona na wsi ) i kocanka ( na suche bukiety ).
Aby dopełnił się mój pech, właśnie rozwaliłam samochód a ściślej mówiąc zderzak przedni.
I to gdzie? na parkingu przy cofaniu. Nie wiem kto i po co wymyślił metalowe blokady-zderzakopsuje na miejscach parkingowych i to na parkingach pod budynkami wielomieszkaniowymi tzw. blokami. Takie, które albo stoją pionowo albo płasko gdy samochód chce wjechać lub wyjechać. I właśnie na takim parkingu podczas wycofywania zahaczyłam o sterczący zderzakopsuj i zdewastowałam skutecznie zderzak.
Udało mi się w internecie znaleźć go, choć łatwo nie było i w przyszłym tygodniu będzie zamontowany.
Właśnie ten samochód jest dla nas bardzo ważny ponieważ jak my to mówimy jest to psi samochód.
Czyli do podróży z Argo. Jest wystarczająco duży ( ford mondeo kombi ) a z tyłu pomiędzy siedzeniami ma zamontowaną specjalną ławkę, wynalazek mojego męża. W związku z tym nasz psiak aby mu było wygodnie ma z tyłu, można powiedzieć prywatną kanapę.
Ale dość już narzekań i mam nadzieję , że wyczerpałam już limit pecha na rok bieżacy, podobno do trzech razy sztuka. Potwierdza się również moje przeświadczenie, że na wsi jest spokojniej i przewidywalniej bez tych wszystkich cywilizacyjnych wynalazaków o czym już wcześniej również pisałam.
A w wolnych od pecha chwilach poprawiam sobie samopoczucie myśląc o wiosenno - letnim obsadzaniu rabatek w Chabaziewie , kolejnymi zakupami nasion i ich wysiewami. W tym celu od pewnego czasu kupuję ciastka w specjalnych pojemnikach, które wykorzystuję jako mini szklarenki ( ciastka oczywiście się nie marnują i podlegają konsumpcji zwłaszcza wieczorową porą ).
Od kilku lat wysiewam bardzo dekoracyjną roślinę jednoroczną, która zwie się rącznik. Zagościła ona w Chabaziewie już na stałe a nawet rozpowszechniłam ją wśród sąsiadów. Należy go dość wcześnie wysiać, ponieważ potrzebuje dość długiego okresu na wybicie się z ziarenka i uzbroić się w cierpliwość, ponieważ wschody są dość nierównomierne. Przed wysianiem moczę nasionka przez dobę a potem można je również lekko nadciąć aby ułatwić roślince przebić się przez twardą skorupkę. Po przymrozkach wysadzam go w ogrodzie na miejscu lekko zacienionym. Chwilkę trwa zanim się dobrze ukorzeni a potem rośnie można powiedzieć w oczach nawet do 2 metrów wyskokości. Ma ogromne pięciopalczaste liście, kwiatki niepozorne ale za to owoce ciekawe, czerwone z kolcami. Zarówno liście jak i owoce podobne są do kasztana, dlatego też ja tą roślinę poznałam pod nazwą kasztanowiec.
Tak wyglądały w moim Chabaziewie:
to jest moja miniszklarenka z wysianymi kwiatkami: niecierpek balsamina ( bardzo dekoracyjna w kolorach różu , również za moją przyczyną rozpowszechniona na wsi ) i kocanka ( na suche bukiety ).
niedziela, 3 stycznia 2016
Było sielsko....
Było pięknie, było miło, było ciepło, było swojsko i bajkowo o tak:
i kubeł zimnej wody................
Wróciliśmy z tej sielskości do cywilizacji i od razu obuchem w łeb. Ale po kolei.
Nigdy nie lubię wyjeżdżać z Chabaziewa bo w cywilizacji czego można się spodziewać? Przeważnie rachunków do płacenia !
Tym razem było jeszcze gorzej. Wyjeżdżając na wieś 27 grudnia, zimy raczej nie było, było dosyć ciepło jak na grudzień. Ja mam przyzwyczajenie, że zawsze przed wyjazdem skręcam kaloryfery zgodnie z tym co pan Tym reklamuje. I wszystko by było fajnie gdyby nie niespodziewany atak mrozu( niespodziewany w styczniu, zaskoczenie????) i mój mąż.
Dzień przed powrotem miałam lekki niepokój. Na dworze temperatura od połowy tygodnia dobrze poniżej zera, wczoraj -16stC a w nocy przed wyjazdem -22stC.
Spać nie mogłam, nawet z pieskiem nie poszłam na spacer tylko zakomenderowałam szybki wyjazd, okazało się, że miałam przeczucie i każda minuta dosłownie była ważna.
Wchodzę do domu i od razu spoglądam na termometr i oczom nie wierzę , zero stopni. Nie czułam tego od razu bo na dworze było minus 10.
No i panika, dlaczego tylko tyle, co z kaloryferami, czy nie zamarzły itd. Nagle okazuje się, że piec centralnego ogrzewania nie działa, co się stało? Biegniemy do kotłowni i okazuje sie, że nie jest włączony do prądu.
Co to ? jakieś skrzaty psotne? No a mój mąż zaniemówił.
Przed naszym wyjazdem ładował akumulator do samochodu, żeby nie zrobił nam psikusa i wyłączając go z prądu wyłączył wszystko co było w rozdzielce czyli również piec. Nie miało to oczywiści związku z jakąkolwiek oszczędnością, na którą już wcześniej pomstował.
Piec został włączony i co się okazało, kaloryfery nie zdążyły na szczęście zamarznąć, przynajmniej tak się na razie wydaje ale rury w ścianach niestety tak.
Cztery godziny trwało rozmrażanie ich przy pomocy dmuchawy i wreszcie na jednym poziomie powoli robi się ciepło, które jest wspomagane kominkiem. Na drugim poziomie nadal walczę.
Aby dopełnić całości jesteśmy jeszcze bez wody, bo zamarzła w piecyku gazowym i mieliśmy po odtajeniu dość orzeźwiający prysznic, czuliśmy się prawie jak morsy przed wejściem do jeziora. Wymusiło to na nas zakręcenie kurka z wodą.
Teraz wznosze modły aby się tylko na tym skończyło i żeby rury wytrzymały, chciaż kaloryfery też do końca mi się nie podobają.
I jeszcze jedna strata. Temperatury niestety nie przeżyły moje kwiatki, wygląda na to,że w niektórych miejscach było chyba poniżej zera.Storczyki już wypuszczały łodygi z kwiatami a teraz wszystko zwiotczało. Fiołków chyba też nie da się uratować bo klapły.
I chyba nie będzie z czego robić na wiosnę szczepek. Moja kolekcja różnokolorowych pelargoni ( takich z wiejskiego okienka ) i fuksji chyba jest nie do uratowania.
I tak to się kończy jak się za długo leniuchuje.
Ale jak ja to mówię trudno, mogło być gorzej.......................
i kubeł zimnej wody................
Wróciliśmy z tej sielskości do cywilizacji i od razu obuchem w łeb. Ale po kolei.
Nigdy nie lubię wyjeżdżać z Chabaziewa bo w cywilizacji czego można się spodziewać? Przeważnie rachunków do płacenia !
Tym razem było jeszcze gorzej. Wyjeżdżając na wieś 27 grudnia, zimy raczej nie było, było dosyć ciepło jak na grudzień. Ja mam przyzwyczajenie, że zawsze przed wyjazdem skręcam kaloryfery zgodnie z tym co pan Tym reklamuje. I wszystko by było fajnie gdyby nie niespodziewany atak mrozu( niespodziewany w styczniu, zaskoczenie????) i mój mąż.
Dzień przed powrotem miałam lekki niepokój. Na dworze temperatura od połowy tygodnia dobrze poniżej zera, wczoraj -16stC a w nocy przed wyjazdem -22stC.
Spać nie mogłam, nawet z pieskiem nie poszłam na spacer tylko zakomenderowałam szybki wyjazd, okazało się, że miałam przeczucie i każda minuta dosłownie była ważna.
Wchodzę do domu i od razu spoglądam na termometr i oczom nie wierzę , zero stopni. Nie czułam tego od razu bo na dworze było minus 10.
No i panika, dlaczego tylko tyle, co z kaloryferami, czy nie zamarzły itd. Nagle okazuje się, że piec centralnego ogrzewania nie działa, co się stało? Biegniemy do kotłowni i okazuje sie, że nie jest włączony do prądu.
Co to ? jakieś skrzaty psotne? No a mój mąż zaniemówił.
Przed naszym wyjazdem ładował akumulator do samochodu, żeby nie zrobił nam psikusa i wyłączając go z prądu wyłączył wszystko co było w rozdzielce czyli również piec. Nie miało to oczywiści związku z jakąkolwiek oszczędnością, na którą już wcześniej pomstował.
Piec został włączony i co się okazało, kaloryfery nie zdążyły na szczęście zamarznąć, przynajmniej tak się na razie wydaje ale rury w ścianach niestety tak.
Cztery godziny trwało rozmrażanie ich przy pomocy dmuchawy i wreszcie na jednym poziomie powoli robi się ciepło, które jest wspomagane kominkiem. Na drugim poziomie nadal walczę.
Aby dopełnić całości jesteśmy jeszcze bez wody, bo zamarzła w piecyku gazowym i mieliśmy po odtajeniu dość orzeźwiający prysznic, czuliśmy się prawie jak morsy przed wejściem do jeziora. Wymusiło to na nas zakręcenie kurka z wodą.
Teraz wznosze modły aby się tylko na tym skończyło i żeby rury wytrzymały, chciaż kaloryfery też do końca mi się nie podobają.
I jeszcze jedna strata. Temperatury niestety nie przeżyły moje kwiatki, wygląda na to,że w niektórych miejscach było chyba poniżej zera.Storczyki już wypuszczały łodygi z kwiatami a teraz wszystko zwiotczało. Fiołków chyba też nie da się uratować bo klapły.
I chyba nie będzie z czego robić na wiosnę szczepek. Moja kolekcja różnokolorowych pelargoni ( takich z wiejskiego okienka ) i fuksji chyba jest nie do uratowania.
I tak to się kończy jak się za długo leniuchuje.
Ale jak ja to mówię trudno, mogło być gorzej.......................
Subskrybuj:
Posty (Atom)







