No może niezupełnie ale to i tak szmat czasu. Mam tutaj na myśli absolutorium, ale 40 - lat temu na pewno byliśmy w połowie wspaniałego okresu czyli studiów. Może wówczas tak nam się nie wydawało, bo nauka, stres, kolokwia, egzaminy, zaliczenia ale z perspektywy czasu był to niezaprzeczalnie beztroski i piękny czas.
Dokładnie po 38 latach w dniu 11 marca ( sobota ) dwie operatywne Basie zorganizowały spotkanie ( i chwała im za to ) naszego rocznika, Ekonomii UMCS, wtedy jeszcze była to Filia w Rzeszowie. Jak by tu nie patrzeć to czas dość odległy, niektóre osoby nie spotkały się od okresu studiów więc trudno było się w pierwszej chwili rozpoznać, ale wystarczyła chwila i wszyscy poczuliśmy się jak starzy dobrzy znajomi.
Tak jak 38 lat temu byliśmy piękni i młodzi tak teraz pozostało tylko to pierwsze.
Nie było nas dużo bo trzynaście osób ale jak na początek ta kameralna ilość okazała się w sam raz.
Zmieściliśmy się przy dwóch złączonych okrągłych stołach, każdy każdego widział, każdy każdego słyszał choć zdarzała się i kakofonia słowna. Ale to dobrze, po prostu mieliśmy dużo do powiedzenia.
Oczywiście nie mogło się obyć bez dyżurnych tematów czyli; dzieci, wnuków, spraw zawodowych i mniej czy bardziej osobistych.
Najbardziej utkwiło mi w pamięci opowiadanie koleżanki; jak to Jej babcia wznosiła modły aby trafił się jej dobry mąż i to możliwie szybko. A na pytanie; ile lat miałaś wychodząc za mąż, padła odpowiedź; dwadzieścia pięć. A my w ryk. Ale tak na poważne, takie były to czasy zwłaszcza w małych miejscowościach, nie było znane określenie singielka tylko stara panna.
Ale najwięcej czasu zajęło nam przypominanie i spisywanie kolejnych osób a było się nad czym wysilać. Na roku było nas ponad 100 '' sztuk '', a nasz wynik zamknął się cyfrą pięćdziesiąt. Czyli skleroza jeszcze nas całkiem nie ogarnęła 😉. To wspaniały wynik, teraz trzeba będzie próbować namierzyć te osoby i zaprosić na kolejne spotkanie. Bo zgodnie ustaliliśmy, że na tym nie koniec integracji. Kolejny termin ustalony jest na czerwiec a potem wrzesień. Jak tak dalej pójdzie to w ogóle nie będziemy się rozstawać w myśl zasady; w miarę jedzenia apetyt rośnie. A totalna feta zapowiada się na rok 2019, czyli okrągłe czterdziestolecie absolutorium.
Ale co to by było za spotkanie bez wspomnień, a było co wspominać.
Począwszy od praktyk, które były obowiązkowe. Już przed rozpoczęciem studiów musieliśmy odbyć miesięczną praktykę i to pracując na trzy zmiany w rzeszowskiej Fabryce Przetwórstwa Owocowo - Warzywnego ALIMA. W moim przypadku akurat tak się złożyło, że Alima można powiedzieć była moim pierwszym miejscem pracy ( praktyka ) i ostatnim, w niej ukończyłam życie zawodowe.
Ale to nie wszystko, jeżeli chodzi o praktyki, bo i w trakcie studiów na wakacjach również błąkaliśmy się po różnych zakładach pracy i patrzyliśmy aby jak najprędzej niezauważenie czmychnąć.
Zajęcia dydaktyczne to kolejny temat morze jeśli chodzi o wspomnienia. A były różne mniej lub bardziej zabawne sytuacje, oczywiście z perspektywy czasu, bo wcale nie było nam wówczas tak wesoło.
Np. był taki przedmiot jak matematyka i prowadzący ustrzelał delikwenta ( czyli studenta ) rzutem kredy. Trafiony - zatopiony i do tablicy.
Inny egzaminator miał słabość do koloru niebieskiego. Więc na korytarzu przed egzaminem w roli głównej był kolor blue. No takie sobie dziwactwa, ale jakby ich nie było o ile smutniejszy byłby świat.
Wróciwszy po imprezie do domu skupiłam się na poszukiwaniu zdjęć z tamtego okresu i niestety nie mam tego za wiele. A szkoda. Widocznie w tamtym okresie nie było to takie istotne więc kto by sobie głowę zawracał zdjęciami. Ale może po kolejnych spotkaniach coś się uda uzbierać???
Mnie się to udało na tyle :
- gwiazdy ( niestety nie wszystkie ) z zespołu tańca nowoczesnego na tzw. warsztatach artystycznych bodajże w Rożnowie:
- jakaś dyskoteka chyba z tych samych warsztatów:
- no i jakaś wesoła imprezka w bliżej niezidentyfikowanym miejscu ( para po lewej to ja z mężem ):
Tak, że oprócz nauki, albo przede wszystkim, też fajnie bawiliśmy się. Zdjęcia zostały wykonane w latach 1977-1978.
PS; Kochani, namawiam do pisania komentarzy, uwag , wspomnień. Nie mam pojęcia ale może da się wkleić zdjęcia ? A może by tak utworzyć grupę na FB?????
Witam w Chabaziewie
poniedziałek, 13 marca 2017
środa, 8 marca 2017
Za zdrowie dziewczyny...
No nie mogłam się powstrzymać aby tego kawałka nie dołączyć i to jeszcze w takim dniu.
Warto posłuchać popatrzeć i przenieść się w lata 70 wieku ubiegłego.
Oczywiście nie wszyscy mieli przyjemność uczestniczyć w tych wydarzeniach ale dla starszego pokolenia czyli również dla mnie jest to wspaniały look w przeszłość. A dla młodzieży look w świat rodziców czy dziadków.
Ta moda, fryzury.........jakbym siebie widziała w tamtych, mimo wszystko wspaniałych czasach.
W sklepach pustki, a tu człowiek młody, pełen energii i optymizmu ( zresztą to akurat do dzisiaj we mnie zostało ) chce być piękny a to czy nam się podoba czy nie wiąże się z fajnym ciuchem, zapachem i fryzurą. Przynajmniej tak się myśli mając lat naście.
Dwa salony mody czyli Moda Polska i Telimena, były przedmiotem westchnień i ówczesnego luksusu. Głównie Moda Polska była moim ulubionym sklepem. Raz w miesiącu odwiedzałam ją i zawsze z czymś wychodziłam. Czasem z ciuchem, czasem a perfumką czy ulubionym dezodorantem.
Do tej pory pamiętam zapach mojej ulubionej wody / perfumki o nazwie Evasion. Nie mam pojęcia czy to dobra pisownia ale jakoś tak brzmiała jej nazwa. Oprócz zakupów z tych przybytków luksusu wynosiłam również pomysły na kreacje.
Przypuszczam, żę w tym czasie każda dziewczyna chcąca fajnie, niestandardowo i oryginalnie wyglądać musiała posiąść technikę szycia na maszynie. Ja taką opanowałam. Dużo wówczas się działo, jak w każdej beztroskiej młodości; imprezy, dyskoteki, bale, spotkania itp itd, I jak tu iść w tej samej kreacji??? Więc szyło się, później przeszywało a na koniec jeszcze raz kombinowało się co by tu jeszcze z tego '' wycisnąć ''.
W czasach obecnych jest to raczej nieznana przypadłość, wszystko jest w sklepach a ostatecznie nawet w ciucholandach czy w internecie. Tak, że dla bardziej zapracowanych wystarczy tylko iść i kupić a kto i na to nie ma czasu to od czego jest internet?
No i te fryzury. Ja osobiście zawszy miałam długie włosy, może tylko z jednym krótkim epizodem. Wówczas właśnie przy długich włosach mile widziane było ścięcie na tzw. małpę, czyli wycieniowane włosy na górze a reszta pozostawiona długa. Drugim hitem była tzw. mokra włoszka czyli wszystkie włosy zrobione trwałą a po myciu nie można było ich czesać, bo efekt miał być właśnie takich włosów jakby były mokre i mocno spiralne. Ta fryzura źle dla mnie a właściwie dla moich włosów się skończyła bo po kilku myciach i nie czesaniach, niestety musiałam się pożegnać z długimi włosami bo już nie dało się ich rozczesać. I to był ten jeden epizod.
No ale czego się nie robiło dla urody? To akurat nie zmieniło się na przestrzeni lat i pewnie tak już pozostanie.
No a miałąm tylko załączyć piosenkę................och ta młodość i wspomnienia.
Warto posłuchać popatrzeć i przenieść się w lata 70 wieku ubiegłego.
Oczywiście nie wszyscy mieli przyjemność uczestniczyć w tych wydarzeniach ale dla starszego pokolenia czyli również dla mnie jest to wspaniały look w przeszłość. A dla młodzieży look w świat rodziców czy dziadków.
Ta moda, fryzury.........jakbym siebie widziała w tamtych, mimo wszystko wspaniałych czasach.
W sklepach pustki, a tu człowiek młody, pełen energii i optymizmu ( zresztą to akurat do dzisiaj we mnie zostało ) chce być piękny a to czy nam się podoba czy nie wiąże się z fajnym ciuchem, zapachem i fryzurą. Przynajmniej tak się myśli mając lat naście.
Dwa salony mody czyli Moda Polska i Telimena, były przedmiotem westchnień i ówczesnego luksusu. Głównie Moda Polska była moim ulubionym sklepem. Raz w miesiącu odwiedzałam ją i zawsze z czymś wychodziłam. Czasem z ciuchem, czasem a perfumką czy ulubionym dezodorantem.
Do tej pory pamiętam zapach mojej ulubionej wody / perfumki o nazwie Evasion. Nie mam pojęcia czy to dobra pisownia ale jakoś tak brzmiała jej nazwa. Oprócz zakupów z tych przybytków luksusu wynosiłam również pomysły na kreacje.
Przypuszczam, żę w tym czasie każda dziewczyna chcąca fajnie, niestandardowo i oryginalnie wyglądać musiała posiąść technikę szycia na maszynie. Ja taką opanowałam. Dużo wówczas się działo, jak w każdej beztroskiej młodości; imprezy, dyskoteki, bale, spotkania itp itd, I jak tu iść w tej samej kreacji??? Więc szyło się, później przeszywało a na koniec jeszcze raz kombinowało się co by tu jeszcze z tego '' wycisnąć ''.
W czasach obecnych jest to raczej nieznana przypadłość, wszystko jest w sklepach a ostatecznie nawet w ciucholandach czy w internecie. Tak, że dla bardziej zapracowanych wystarczy tylko iść i kupić a kto i na to nie ma czasu to od czego jest internet?
No i te fryzury. Ja osobiście zawszy miałam długie włosy, może tylko z jednym krótkim epizodem. Wówczas właśnie przy długich włosach mile widziane było ścięcie na tzw. małpę, czyli wycieniowane włosy na górze a reszta pozostawiona długa. Drugim hitem była tzw. mokra włoszka czyli wszystkie włosy zrobione trwałą a po myciu nie można było ich czesać, bo efekt miał być właśnie takich włosów jakby były mokre i mocno spiralne. Ta fryzura źle dla mnie a właściwie dla moich włosów się skończyła bo po kilku myciach i nie czesaniach, niestety musiałam się pożegnać z długimi włosami bo już nie dało się ich rozczesać. I to był ten jeden epizod.
No ale czego się nie robiło dla urody? To akurat nie zmieniło się na przestrzeni lat i pewnie tak już pozostanie.
No a miałąm tylko załączyć piosenkę................och ta młodość i wspomnienia.
niedziela, 5 marca 2017
No i wiosna wonna i radosna
No to przyszła wiosna i w ten piękny weekend mogłam oddać się ogrodowemu szaleństwu..
Przyznam się, że nie spodziewałam się takiego śmiałego jej natarcia. Miałam na weekend całkiem inne plany bo myślałam, że w Chabaziewie jeszcze zalega śnieg. A tu taka niespodzianka i to taka fantastyczna.
Nawet i Niuniek był zachwycony bo w odwiedziny przyszedł nowy, młodszy no i dużo mniejszy kolega:
a ponieważ każdy piesek ( z wyjątkiem dużych dominantów ) jest przez niego akceptowany więc spędzili razem pół dnia na bieganiu, wąchaniu i sikaniu.
Pamiętam kilka lat temu, pewnie z 6 - 7 , jak pojechałam na wieś sadzić róże. W Rzeszowie była wiosna więc zaopatrzona w kilka krzaczków wybrałam się do Chabaziewa. Przyjeżdżam a tu zima; śnieg zalega ziemia przymarznięta, tak że wówczas nic nie wyszło z prac polowych. I pomna na tą prawidłowość, że na wsi zawsze jest lekkie opóźnienie pogodowe, tym razem nie planowałam ogrodowego szaleństwa.
Stąd moje zaskoczenie i radość z zastanej rzeczywistości.
No bo jak tu nie szaleć jak na zewnątrz wiosna ( do 20 st C ), piękne słoneczko, bezchmurne niebo a ogród przedstawia pozimowy obraz nędzy i rozpaczy, co widać powyżej i poniżej. Ale co tam, wreszcie znalazłam się w swoim żywiole. Grabie i sekator do ręki i do roboty. Na pierwszy front poszła lawenda. Opędzlowałam ją dość skutecznie. W roku biegłym zauważyłam, że bardzo mocne cięcie jej nie przeszkadza a wręcz jej sprzyja. Pięknie i szybko rośnie zachowując ładny kształt. A początkiem lata pięknie i gęsto kwitnie.
Kolejnymi zabiegami uraczyłam róże. Wszystkie również mocno poprzycinałam bo stwierdziłam, że za tydzień może mi być szkoda tak drastyczne ciąć. Zarówno róże jak i lawenda już obudziły się do życia, ruszyły soki i każde opóźnienie cięcia było by pewnie niepożądane.
Zresztą tak przyglądając się roślinkom nie tylko te powyższe wzięły się do życia ale hortensje i bez również wypuściły nowe pączki. Oby tylko nie przyszły jakieś paskudne mrozy.
Niuniek w tym czasie kiedy ja szaleję po ogrodzie towarzyszy mi. Chodzi za mną, sprawdza czy nie zbliża się jakiś '' wróg '' a to akurat ma udogodnione. Dopóki nie zazielenią się drzewa i zakryją okolicę ma duży obszar do obserwacji. I każdy ruch w zasięgu jego wzroku jest zauważony i zakomunikowany. A jak się zmęczy kładzie się w altanie i odpoczywa :
Wygląd nieciekawy, takie pobojowisko, ale jako punkt obserwacyjny wyśmienity.
Przyznam się, że nie spodziewałam się takiego śmiałego jej natarcia. Miałam na weekend całkiem inne plany bo myślałam, że w Chabaziewie jeszcze zalega śnieg. A tu taka niespodzianka i to taka fantastyczna.
Nawet i Niuniek był zachwycony bo w odwiedziny przyszedł nowy, młodszy no i dużo mniejszy kolega:
a ponieważ każdy piesek ( z wyjątkiem dużych dominantów ) jest przez niego akceptowany więc spędzili razem pół dnia na bieganiu, wąchaniu i sikaniu.
Pamiętam kilka lat temu, pewnie z 6 - 7 , jak pojechałam na wieś sadzić róże. W Rzeszowie była wiosna więc zaopatrzona w kilka krzaczków wybrałam się do Chabaziewa. Przyjeżdżam a tu zima; śnieg zalega ziemia przymarznięta, tak że wówczas nic nie wyszło z prac polowych. I pomna na tą prawidłowość, że na wsi zawsze jest lekkie opóźnienie pogodowe, tym razem nie planowałam ogrodowego szaleństwa.
Stąd moje zaskoczenie i radość z zastanej rzeczywistości.
No bo jak tu nie szaleć jak na zewnątrz wiosna ( do 20 st C ), piękne słoneczko, bezchmurne niebo a ogród przedstawia pozimowy obraz nędzy i rozpaczy, co widać powyżej i poniżej. Ale co tam, wreszcie znalazłam się w swoim żywiole. Grabie i sekator do ręki i do roboty. Na pierwszy front poszła lawenda. Opędzlowałam ją dość skutecznie. W roku biegłym zauważyłam, że bardzo mocne cięcie jej nie przeszkadza a wręcz jej sprzyja. Pięknie i szybko rośnie zachowując ładny kształt. A początkiem lata pięknie i gęsto kwitnie.
Kolejnymi zabiegami uraczyłam róże. Wszystkie również mocno poprzycinałam bo stwierdziłam, że za tydzień może mi być szkoda tak drastyczne ciąć. Zarówno róże jak i lawenda już obudziły się do życia, ruszyły soki i każde opóźnienie cięcia było by pewnie niepożądane.
Zresztą tak przyglądając się roślinkom nie tylko te powyższe wzięły się do życia ale hortensje i bez również wypuściły nowe pączki. Oby tylko nie przyszły jakieś paskudne mrozy.
Niuniek w tym czasie kiedy ja szaleję po ogrodzie towarzyszy mi. Chodzi za mną, sprawdza czy nie zbliża się jakiś '' wróg '' a to akurat ma udogodnione. Dopóki nie zazielenią się drzewa i zakryją okolicę ma duży obszar do obserwacji. I każdy ruch w zasięgu jego wzroku jest zauważony i zakomunikowany. A jak się zmęczy kładzie się w altanie i odpoczywa :
Wygląd nieciekawy, takie pobojowisko, ale jako punkt obserwacyjny wyśmienity.
niedziela, 26 lutego 2017
Takie sobie bzdurki
Rozpoczęłam, można powiedzieć sezon wiosenny również w Chabaziewie. W tygodniu poprzednim zajęłam się przyszłymi kwiatami czyli przechowanymi bulwami begonii w Rzeszowie. Przesadziłam i poszczepiłam pelargonie. A w ten weekend poszalałam na wsi.
Wreszcie po prawie miesięcznej przerwie zawitaliśmy w Chabaziewie. Ja oczywiście stęskniona zabrałam się ochoczo do pracy. Z piwnicy wydarłam bulwy przechowywanych kwiatów. Po wstępnej segregacji czekają aż przywiozę ziemię, jakby na wsi było jej mało 😅
Mąż w tym czasie szalał po stodole, a dokładniej, trochę ją porządkował i ciął drewno na opał.
Co roku pilnuję aby na jesień zaopatrzyć się w ziemię ogrodniczą a w roku ubiegłym nawaliłam, zaskoczyła mnie po prostu zima, tak że dalie które podpędzam w domu muszą chwileczkę poczekać. Mieczyki z kolei będą sadzone do ziemi na przełomie kwietnia - maja w zależności od pogody.
W poczuciu zbliżającej się wiosny, przy okazji robienia standardowych zakupów, oczywiście targam do domu nasiona i bulwy. A ponieważ są one właściwie w każdym sklepie, tak że rośnie sobie dość spory zapasik, którym obdzielam również sąsiadkę. A za to mam świeże, ekologiczne warzywka w lecie. Super spółka.
Mam już 3 kolory floksów, bo jak bez tego wiejski ogródek. Co prawda kilka już rośnie w ogródku, ale od przybytku głowa nie boli. Jest i nowy tojad niebieski. Teraz główkuję gdzie je posadzić. A to dopiero początek szaleństwa.
Muszę przyznać, że jednak koniec zimy ( mam nadzieję ) do pięknych raczej nie należy. Szaro, buro i nieciekawie. Na pewno nie jest to moja ulubiona pora. Pocieszenie, że idzie na lepsze i to co dzień to bliżej.
Tym też sposobem zbliżyliśmy się do końca karnawału - zapustów a tłusty czwartek, który przypadł w minionym tygodniu, był tego początkiem. Dlaczego tłusty? od tłustych biesiad niezwykle hucznie i wesoło obchodzonych. Co prawda w moim przypadku bez biesiad i zabaw hucznych ale za to z innych powodów przyjemnie.
Jak pisał Zygmunt Gloger ( historyk, archeolog, etnograf ) : Tłusty czwartek jest dniem uprzywilejowanym u Polaków do biesiad zapustnych, na których muszą być u możniejszych pączki i chrust czyli faworki, a u ludu reczuchy, pampuchy.....
Przysmakami tłustoczwartkowymi były też bałabuchy czyli pszenne bułeczki polane roztopioną słoniną ze skwarkami, hreczuszki, oładki, raczuchy - placki wypiekane z gryczanej mąki, plińce i słodkie racuchy.
Powiedział nam Bartek, że dziś tłusty czwartek; myśmy uwierzyli, pączków nasmażyli
Ja uwierzyłam ale nie nasmażyłam i nie grzeszyłam pączkowo - chrustowo ze względu na dietę o której wcześniej pisałam. Ale, żeby nie było mi przykro obiecałam sobie, że w przyszłym roku sama ( po raz pierwszy ) upiekę pączki, a może i chrust i od razu lepiej się poczułam.
Wreszcie po prawie miesięcznej przerwie zawitaliśmy w Chabaziewie. Ja oczywiście stęskniona zabrałam się ochoczo do pracy. Z piwnicy wydarłam bulwy przechowywanych kwiatów. Po wstępnej segregacji czekają aż przywiozę ziemię, jakby na wsi było jej mało 😅
Mąż w tym czasie szalał po stodole, a dokładniej, trochę ją porządkował i ciął drewno na opał.
Co roku pilnuję aby na jesień zaopatrzyć się w ziemię ogrodniczą a w roku ubiegłym nawaliłam, zaskoczyła mnie po prostu zima, tak że dalie które podpędzam w domu muszą chwileczkę poczekać. Mieczyki z kolei będą sadzone do ziemi na przełomie kwietnia - maja w zależności od pogody.
W poczuciu zbliżającej się wiosny, przy okazji robienia standardowych zakupów, oczywiście targam do domu nasiona i bulwy. A ponieważ są one właściwie w każdym sklepie, tak że rośnie sobie dość spory zapasik, którym obdzielam również sąsiadkę. A za to mam świeże, ekologiczne warzywka w lecie. Super spółka.
Mam już 3 kolory floksów, bo jak bez tego wiejski ogródek. Co prawda kilka już rośnie w ogródku, ale od przybytku głowa nie boli. Jest i nowy tojad niebieski. Teraz główkuję gdzie je posadzić. A to dopiero początek szaleństwa.
Muszę przyznać, że jednak koniec zimy ( mam nadzieję ) do pięknych raczej nie należy. Szaro, buro i nieciekawie. Na pewno nie jest to moja ulubiona pora. Pocieszenie, że idzie na lepsze i to co dzień to bliżej.
Tym też sposobem zbliżyliśmy się do końca karnawału - zapustów a tłusty czwartek, który przypadł w minionym tygodniu, był tego początkiem. Dlaczego tłusty? od tłustych biesiad niezwykle hucznie i wesoło obchodzonych. Co prawda w moim przypadku bez biesiad i zabaw hucznych ale za to z innych powodów przyjemnie.
Jak pisał Zygmunt Gloger ( historyk, archeolog, etnograf ) : Tłusty czwartek jest dniem uprzywilejowanym u Polaków do biesiad zapustnych, na których muszą być u możniejszych pączki i chrust czyli faworki, a u ludu reczuchy, pampuchy.....
Przysmakami tłustoczwartkowymi były też bałabuchy czyli pszenne bułeczki polane roztopioną słoniną ze skwarkami, hreczuszki, oładki, raczuchy - placki wypiekane z gryczanej mąki, plińce i słodkie racuchy.
Powiedział nam Bartek, że dziś tłusty czwartek; myśmy uwierzyli, pączków nasmażyli
Ja uwierzyłam ale nie nasmażyłam i nie grzeszyłam pączkowo - chrustowo ze względu na dietę o której wcześniej pisałam. Ale, żeby nie było mi przykro obiecałam sobie, że w przyszłym roku sama ( po raz pierwszy ) upiekę pączki, a może i chrust i od razu lepiej się poczułam.
niedziela, 19 lutego 2017
Koniec z jo-jo
Wspaniały tydzień, a zwłaszcza dzień 16 luty. W tym dniu minął miesiąc zmiany codziennej mojej diety co akurat natura połączyła ze znacznym spadkiem sadełka. I to dość konkretnym, bo 7,5 kg. A wszystko to stało się właściwie przez przypadek, szczęśliwy przypadek.
Jak już niejednokrotnie pisałam, szczególnie wiosną biorę się ostro za siebie aby być w miarę sprawna i ogarnąć Chabaziewo. W tym roku, jeszcze w grudniu dość zaniepokoiła mnie moja waga. Co roku większa od poprzedniego pomimo wiosennych wysiłków odchudzających. A te wysiłki to stosowanie przeróżnych paskudnych, głodowych, monotonnych diet gdzie spadło jakieś 2 kilo a potem uaktywniał się jo-jo i jakoś wszystko wracało z nawiązką i to w zastraszającym tempie.
I zdarzył się cud. Na FB nagle pokazała mi się ZUPOMANIA. Będąc przekonana, że znajdę tam przepisy na zupy ( które bardzo lubię ) wpisałam się w poczet członków. W miarę czytania postów zorientowałam się, że zupy i przepisy jak najbardziej ale przyświeca temu pewien niesamowity cel. A mianowicie jest to dieta powodująca pobudzenie metabolizmu właśnie zupkami. Czytając dalej widzę, że dziewczyny i chłopaki fantastycznie się ze sobą komunikują, podtrzymują się w całym przedsięwzięciu i co najważniejsze niesamowicie chudną. A więc po dwutygodniowym czytaniu decyzja zapadła. Wchodzę w to, no i tak minął właśnie miesiąc ale na tym nie koniec. Zupkuję nadal. Super się czuję, energia mnie rozpiera, nic mnie nie opina, wszędzie czuję luzy, po prostu jest fantastycznie. Już na dzień dzisiejszy wchodzę w ciuchy dwa rozmiary mniejsze. A co najważniejsze podnoszę się bez problemu, bez żadnych podpórek itp co jest szczególnie ważne a wcześniej nie było takie oczywiste. Bo jak tu sadzić kwiatki jak problem z udźwignięciem zadka 😉
W tym przypływie energii wzięłam się za przesadzanie pelargonii, które rozpoczęły już okres wegetacji. Poprzycinałam, dałam nową ziemię i zrobiłam kilka nowych sadzonek:
Tak, że tym sposobem sezon został rozpoczęty.
A miejsce na pięknie kwitnące i mało wymagające kwiaty już czeka, oczywiście w altanie:
A więcej o pelargoniach i nie tylko tutaj: http://kocham-wies.blogspot.com/2016/03/moje-pelargonie.html
I tak sobie też rozmyślam, jaka będzie wiosna, czy już przyjdzie, czy będzie cieplutko bo już strasznie się stęskniłam za grzebaniem w ziemi. Jakie będzie lato?
I w przypływie tych rozmyślań natknęłam się na kilka przysłów, a nóż coś rozjaśnią???
By nie dokuczał luty, pal w kominie i miej kożuch suty.
Kiedy w lutym tajanie, szykuj chłopie sanie.
W lutym mróz i śnieg stały czynią w lecie upał trwały.
No i nic nie wiem. Tajanie jest, mróz był głównie nocami a opadów raczej niewiele zwłaszcza śniegu w to miejsce padał sobie deszczyk. Więc jak? mi przynajmniej nic się nie rozjaśniło.
Jak już niejednokrotnie pisałam, szczególnie wiosną biorę się ostro za siebie aby być w miarę sprawna i ogarnąć Chabaziewo. W tym roku, jeszcze w grudniu dość zaniepokoiła mnie moja waga. Co roku większa od poprzedniego pomimo wiosennych wysiłków odchudzających. A te wysiłki to stosowanie przeróżnych paskudnych, głodowych, monotonnych diet gdzie spadło jakieś 2 kilo a potem uaktywniał się jo-jo i jakoś wszystko wracało z nawiązką i to w zastraszającym tempie.
I zdarzył się cud. Na FB nagle pokazała mi się ZUPOMANIA. Będąc przekonana, że znajdę tam przepisy na zupy ( które bardzo lubię ) wpisałam się w poczet członków. W miarę czytania postów zorientowałam się, że zupy i przepisy jak najbardziej ale przyświeca temu pewien niesamowity cel. A mianowicie jest to dieta powodująca pobudzenie metabolizmu właśnie zupkami. Czytając dalej widzę, że dziewczyny i chłopaki fantastycznie się ze sobą komunikują, podtrzymują się w całym przedsięwzięciu i co najważniejsze niesamowicie chudną. A więc po dwutygodniowym czytaniu decyzja zapadła. Wchodzę w to, no i tak minął właśnie miesiąc ale na tym nie koniec. Zupkuję nadal. Super się czuję, energia mnie rozpiera, nic mnie nie opina, wszędzie czuję luzy, po prostu jest fantastycznie. Już na dzień dzisiejszy wchodzę w ciuchy dwa rozmiary mniejsze. A co najważniejsze podnoszę się bez problemu, bez żadnych podpórek itp co jest szczególnie ważne a wcześniej nie było takie oczywiste. Bo jak tu sadzić kwiatki jak problem z udźwignięciem zadka 😉
W tym przypływie energii wzięłam się za przesadzanie pelargonii, które rozpoczęły już okres wegetacji. Poprzycinałam, dałam nową ziemię i zrobiłam kilka nowych sadzonek:
Tak, że tym sposobem sezon został rozpoczęty.
A miejsce na pięknie kwitnące i mało wymagające kwiaty już czeka, oczywiście w altanie:
A więcej o pelargoniach i nie tylko tutaj: http://kocham-wies.blogspot.com/2016/03/moje-pelargonie.html
I tak sobie też rozmyślam, jaka będzie wiosna, czy już przyjdzie, czy będzie cieplutko bo już strasznie się stęskniłam za grzebaniem w ziemi. Jakie będzie lato?
I w przypływie tych rozmyślań natknęłam się na kilka przysłów, a nóż coś rozjaśnią???
By nie dokuczał luty, pal w kominie i miej kożuch suty.
Kiedy w lutym tajanie, szykuj chłopie sanie.
W lutym mróz i śnieg stały czynią w lecie upał trwały.
No i nic nie wiem. Tajanie jest, mróz był głównie nocami a opadów raczej niewiele zwłaszcza śniegu w to miejsce padał sobie deszczyk. Więc jak? mi przynajmniej nic się nie rozjaśniło.
niedziela, 12 lutego 2017
Wspomnienie lata cd
No i z powrotem Rzeszówek. Musiałam dużo tulić mojego stęsknionego Niuńka, który bardzo zle znosi moje wojaże. Nie chce jeść, siedzi na polu albo nieustannie patrzy na drzwi. O taki jest smutas z niego:
Ale już wróciła kochana pani uspokoił się i wyluzował. Poszliśmy na spacerek, tak że moja wina została odkupiona.
A pani czyli ja powróciła do przerwanego przeglądu zdjęć przypominających ubiegłoroczne lato. Poprzednio zatrzymałam się w początkowym jego okresie, teraz pora na pełnie lata.
Ale jeszcze muszę wspomnieć o łubinie, który kwitnie jeszcze w czerwcu i rośnie sobie w różnych miejscach. Sam się wysiewa, ale również pomagam mu w tym jak tylko utworzą się nasiona. Obrywam je i sypię gdzie popadnie. Lubię taki kwiatowy nieład, jednak muszę bardzo, bardzo uważać przy koszeniu.
I już na zdjęciu widać jak czai się rdza na liściach i to na pierwszym planie. To jest kolejny ból. Pomimo kilkukrotnych oprysków nie udało mi się jej do tej pory zwyciężyć. Zaczyna się od dolnych liści i idzie sobie powoli ale systematycznie do góry. Liście usychają, opadają i na jesień zostają na długich łodygach same kwiaty.
Ale się nie poddaję i myślę, że nadejdzie chwila kiedy pokonam rdzę.
Kolejne letnie piękności to lilie i liliowce. Właśnie w roku ubiegłym zamówiłam w internecie kilka różnokolorowych lilii, które dopiero się zadomowiły. Natomiast dobrze już osiadły w krajobrazie liliowce:
To one na pierwszym planie. Ciekawostką jest to, że pojedynczy kwiat utrzymuje się tylko jeden dzień, tak że dopiero jak się mocno ukorzenią i rozrosną stają się prawdziwą ozdobą. Wówczas mają dużo kwiatów i pąków i cieszą oko dość długo.
Na drugim planie, wzdłuż domu rośnie sobie kilka krzaczków lawendy. Wczesną wiosną mocno je przycinam aby zachowywały ładny kształt. Potem ślicznie i obficie kwitną dwa razy w lecie. Pierwsze kwitnienie czerwiec / lipiec , ścinam kwiaty, suszę je i wykorzystuję do różnych moich eksperymentów np. do mydełek, woreczków zapachowych itp.
No i oczywiście floksy, nieodzowny, kolejny wiejski kwiat. Rosną sobie przytulone do stodoły również w kilku kolorach. Pamiętam jak jako dziecko wyciągałam pojedyncze kwiatuszki z grona kwiatowego i ssałam słodziutki nektar. Zresztą nie tylko floksy były przedmiotem mojego zainteresowania, koniczyna też jest słodziutka. Najlepiej oczywiście znaleźć na takie eksperymenty miejsce czyściutkie z dala od wszelkich cywilizacyjnych zanieczyszczeń.
Rozpisałam się trochę, albo nawet bardziej niż trochę ale nie sposób wspomnieć jeszcze o nasturcji:
Roślina jednoroczna, kwitnąca w różnych odcieniach żółto - pomarańczowych i pięknie się krzewiąca.
Oprócz wizualnych walorów posiada walory kulinarne. Po przekwitnięciu obrywam jeszcze zielone nasiona i marynuję a'la kapary, są wyśmienite do różnego rodzaju sałatek o takiej np.
a kwiatki nasturcji i ogórecznika nie tylko zdobią ale również smakują.
Ale już wróciła kochana pani uspokoił się i wyluzował. Poszliśmy na spacerek, tak że moja wina została odkupiona.
A pani czyli ja powróciła do przerwanego przeglądu zdjęć przypominających ubiegłoroczne lato. Poprzednio zatrzymałam się w początkowym jego okresie, teraz pora na pełnie lata.
Ale jeszcze muszę wspomnieć o łubinie, który kwitnie jeszcze w czerwcu i rośnie sobie w różnych miejscach. Sam się wysiewa, ale również pomagam mu w tym jak tylko utworzą się nasiona. Obrywam je i sypię gdzie popadnie. Lubię taki kwiatowy nieład, jednak muszę bardzo, bardzo uważać przy koszeniu.
Poza tym łubin kojarzy mi się z okresem dzieciństwa. I to nie dlatego, że gdzieś sobie rósł w pobliżu ale pamiętam go w domu w flakonie oraz przy okazji sypania kwiatków w Boże Ciało. Podobnie zresztą jak piwonie.
W wiejskim krajobrazie nie może zabraknąć również maków. Miałam kilka lat piękną bylinę - mak wschodni. Rósł sobie spokojne , cieszył oko pięknymi kwiatami, do czasu. W ubiegłym roku coś się zaczęło z nim dziać. Oglądałam go z wszystkich stron i zastanawiałam się co może być przyczyną jego więdnięcia. Podejrzewałam różnego rodzaju gryzonie ale nigdy Niuńka. Do chwili aż go przyłapałam na gorącym uczynku, zrobił sobie z mojego maka toaletę. No i niestety na reanimację było już za późno.
Niemniej jednak aby nie mieć pustki w ogrodzie wysiałam maki jednoroczne i tym razem przyłapałam chyba trzmiela na gorącym, choć nieszkodliwym uczynku:
Całe lato w kilku miejscach kwitną róże. Są to różnokolorowe królowe lata. Nie powiem aby były to kwiaty mało absorbujące. Potrzebują dość dużej dawki pielęgnacji. Na wiosnę przycinam je i ganiam z nawozem. Potem chwilę oddechu. Jak zaczną wypuszczać młode pędy to przypelętają się mszyce. No i znów do roboty. W poprzednich latach pryskałam roztworem z czosnku i pomagało ale w poprzednim roku pewnie polubiły czosnek bo przestał działać i musiałam sięgnąć po chemię i to kilka razy. A tak chciałam wszystko eko.... Jak z mszycą się uporałam to znów dopadła je jakaś choroba grzybowa, mimo że zastosowałam już wcześniejsze opryski. Opadają listki, co prawda po ścięciu łysych łodyg róża rośnie, zieleni się i kwitnie dalej, ale o ile by była piękniejsza bez tych atrakcji.
Mimo wszystko nie wyobrażam sobie aby mogło ich zabraknąć:
Kolejną moją miłością jest malwa. Gdzie tylko się dało to ją posadziłam; pod płotem, pod oknem, pod altaną itd. Część kupiłam a część sama wyhodowałam. Oczywiście są w różnych kolorach począwszy od bieli poprzez różę a skończywszy na czerni.
I już na zdjęciu widać jak czai się rdza na liściach i to na pierwszym planie. To jest kolejny ból. Pomimo kilkukrotnych oprysków nie udało mi się jej do tej pory zwyciężyć. Zaczyna się od dolnych liści i idzie sobie powoli ale systematycznie do góry. Liście usychają, opadają i na jesień zostają na długich łodygach same kwiaty.
Ale się nie poddaję i myślę, że nadejdzie chwila kiedy pokonam rdzę.
Kolejne letnie piękności to lilie i liliowce. Właśnie w roku ubiegłym zamówiłam w internecie kilka różnokolorowych lilii, które dopiero się zadomowiły. Natomiast dobrze już osiadły w krajobrazie liliowce:
To one na pierwszym planie. Ciekawostką jest to, że pojedynczy kwiat utrzymuje się tylko jeden dzień, tak że dopiero jak się mocno ukorzenią i rozrosną stają się prawdziwą ozdobą. Wówczas mają dużo kwiatów i pąków i cieszą oko dość długo.
Na drugim planie, wzdłuż domu rośnie sobie kilka krzaczków lawendy. Wczesną wiosną mocno je przycinam aby zachowywały ładny kształt. Potem ślicznie i obficie kwitną dwa razy w lecie. Pierwsze kwitnienie czerwiec / lipiec , ścinam kwiaty, suszę je i wykorzystuję do różnych moich eksperymentów np. do mydełek, woreczków zapachowych itp.
No i oczywiście floksy, nieodzowny, kolejny wiejski kwiat. Rosną sobie przytulone do stodoły również w kilku kolorach. Pamiętam jak jako dziecko wyciągałam pojedyncze kwiatuszki z grona kwiatowego i ssałam słodziutki nektar. Zresztą nie tylko floksy były przedmiotem mojego zainteresowania, koniczyna też jest słodziutka. Najlepiej oczywiście znaleźć na takie eksperymenty miejsce czyściutkie z dala od wszelkich cywilizacyjnych zanieczyszczeń.
Rozpisałam się trochę, albo nawet bardziej niż trochę ale nie sposób wspomnieć jeszcze o nasturcji:
Roślina jednoroczna, kwitnąca w różnych odcieniach żółto - pomarańczowych i pięknie się krzewiąca.
Oprócz wizualnych walorów posiada walory kulinarne. Po przekwitnięciu obrywam jeszcze zielone nasiona i marynuję a'la kapary, są wyśmienite do różnego rodzaju sałatek o takiej np.
a kwiatki nasturcji i ogórecznika nie tylko zdobią ale również smakują.
sobota, 4 lutego 2017
Wspomnienie lata
Po dwutygodniowych feriach w Chabaziewie, tygodniowym pobycie w Rzeszowie rzuciło mnie do mojej córki i wnuczek. Tak, że przyjechałam w sobotę, ogarniam gary a w wolnych chwilach marzę o wiośnie i lecie. Za tymi marzeniami pobiegłam do wspomnień ubiegłego roku i tak sobie przeglądam zdjęcia i rozmyślam jak też w tym roku moje kochane Chabaziewo się zmieni. Bo to oczywiste, że się zmieni. To jest oczywista oczywistość, uwielbiam zmiany i wprowadzam w życie wszystko co mi fantazja podsunie. Ale zanim to się stanie, trochę wspomnień nie zaszkodzi.
Późną wiosną pięknie kwitła i pachniała kalina a zaraz po niej po całym ogrodzie roztaczał się uroczy zapach jaśminu:
Kolejnymi krzewami, które kwitły w tym czasie były azalie, są to jedne z ulubionych moich krzewów. W półcienistym zakątku jest im bardzo dobrze i każdego roku barwią się różnokolorową gamą , od kremowego poprzez odcienie różu, czerwieni do fioletów. Rośnie sobie kilka krzaczków i co roku coś przybywa.
Nie mogłabym przegapić hortensji, które w zależności od gatunku kwitną od lata do późnej jesieni. Są tutaj odmiany począwszy od pnącej, poprzez ogrodową no i oczywiście bukietową, która kwitnie najpóźniej. W minionym roku przybyły trzy sztuki, to inwestycja w Chabaziewo mojej córki. 😍
A w międzyczasie, jak przystało na fantastyczne warunki klimatyczne i czystość powietrza, co roku na kamieniach w upalne dni wygrzewają się mili goście a właściwie tubylcy, czyli jaszczurki zwinki. Kolor zielony mają panowie, natomiast panie są beżowo - brązowe. I co ciekawe wcale nie są szczególnie strachliwe. Ładnie pozują do zdjęć:
No i tym sposobem doszłam do początku lata, a w lecie to już cała burza kwiatów rozpościera się w każdym zakątku ogrodu. Na stopniach prowadzących do altany rozgościła się macierzanka, która jest fantastyczną okrywową roślinką. W zależności od pory roku zmienia kolor a w zimie nie gubi drobnych listeczków tylko przebarwia się na kolor purpurowy. A poza tym po dotknięciu roztacza wspaniały zapach.
Pod lasem w półcieniu rozgościły się różnokolorowe tawułki, co rok bujniejsze. Na zimę chowają się pod ziemią, czyli zimują tylko korzenie a cała roślina znika z powierzchni ziemi.
W jeden z takich upalnych dni nasz Niuniek zażył co rocznej kąpieli i dostał z tej okazji jakichś wariacji, tarzaniu się na trawie nie było końca. A to jedna z jego ulubionych figur radości i tym razem również wdzięczności :
Okazuje się, że tych wspomnień - zdjęć jest tak dużo, że wystarczy na kolejny raz gdzie pełnia lata ukaże się w całej krasie.
A przy tych wspomnieniach, jak to bywa z wspomnieniami wzięło mnie na sentymenty co prawda nie koniecznie letnie ale przeszłe i znalazłam coś pięknego: Maria Elena Shadowsów, miło zamknąć oczy i udać się w podróż , obojętnie w którym kierunku czasowym.
Późną wiosną pięknie kwitła i pachniała kalina a zaraz po niej po całym ogrodzie roztaczał się uroczy zapach jaśminu:
Kolejnymi krzewami, które kwitły w tym czasie były azalie, są to jedne z ulubionych moich krzewów. W półcienistym zakątku jest im bardzo dobrze i każdego roku barwią się różnokolorową gamą , od kremowego poprzez odcienie różu, czerwieni do fioletów. Rośnie sobie kilka krzaczków i co roku coś przybywa.
Nie mogłabym przegapić hortensji, które w zależności od gatunku kwitną od lata do późnej jesieni. Są tutaj odmiany począwszy od pnącej, poprzez ogrodową no i oczywiście bukietową, która kwitnie najpóźniej. W minionym roku przybyły trzy sztuki, to inwestycja w Chabaziewo mojej córki. 😍
A w międzyczasie, jak przystało na fantastyczne warunki klimatyczne i czystość powietrza, co roku na kamieniach w upalne dni wygrzewają się mili goście a właściwie tubylcy, czyli jaszczurki zwinki. Kolor zielony mają panowie, natomiast panie są beżowo - brązowe. I co ciekawe wcale nie są szczególnie strachliwe. Ładnie pozują do zdjęć:
No i tym sposobem doszłam do początku lata, a w lecie to już cała burza kwiatów rozpościera się w każdym zakątku ogrodu. Na stopniach prowadzących do altany rozgościła się macierzanka, która jest fantastyczną okrywową roślinką. W zależności od pory roku zmienia kolor a w zimie nie gubi drobnych listeczków tylko przebarwia się na kolor purpurowy. A poza tym po dotknięciu roztacza wspaniały zapach.
Pod lasem w półcieniu rozgościły się różnokolorowe tawułki, co rok bujniejsze. Na zimę chowają się pod ziemią, czyli zimują tylko korzenie a cała roślina znika z powierzchni ziemi.
W jeden z takich upalnych dni nasz Niuniek zażył co rocznej kąpieli i dostał z tej okazji jakichś wariacji, tarzaniu się na trawie nie było końca. A to jedna z jego ulubionych figur radości i tym razem również wdzięczności :
Okazuje się, że tych wspomnień - zdjęć jest tak dużo, że wystarczy na kolejny raz gdzie pełnia lata ukaże się w całej krasie.
A przy tych wspomnieniach, jak to bywa z wspomnieniami wzięło mnie na sentymenty co prawda nie koniecznie letnie ale przeszłe i znalazłam coś pięknego: Maria Elena Shadowsów, miło zamknąć oczy i udać się w podróż , obojętnie w którym kierunku czasowym.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


