Tak sobie myślę, że w tym roku jakoś to lato szybciej się skończyło, szybciej minęło czy to wina szybciej mijającego czasu?? Czasami mam takie wrażenie, tyle do zrobienia a tu nie ma kiedy. Dni szybko mijają a wieczorki to obowiązkowo szydełko i coś fajnego do oglądania a za chwilę już noc. No i kiedy zrobiło się tak późno??? A przecież emerytura to podobno więcej czasu. No u mnie jakoś to inaczej się dzieje. Na wszystko brak mi go. To chyba przez te moje pomysły tzw. pochłaniacze czasu a co rusz coś przybywa.
Teraz np. zakochałam się w chustach a ponieważ idzie nieuchronnie jesień i zima więc na ten czas parasolki, firanki i obrusy poszły na bok i chwilowo zamieniłam szydełko na druty i coś takiego popełniłam wieczorową porą;
jest to olbrzymi chusto - szal o wdzięcznej nazwie Arabella, składający się z 12 trójkątów. Jeszcze brakuje jednego- czerwonego i będzie skończony. Teraz kombinuję jaką tu wykombinować czapkę. Ale na pewno znajdę coś nietuzinkowego, już nawet mam coś na oku. I to jest kolejne wyzwanie a w kolejce czekają następne. To dzierganie to jest jak narkotyk ciągle musisz i ciągle mało.
W międzyczasie pomiędzy trójkątami znalazłam czas na buraczki. Przecież teraz sezon burakowy więc oprócz przepysznych barszczyków na zmianę z zupą dyniową http://kocham-wies.blogspot.com/2016/09/dynia-i-nie-tylko.html zabrałam się za ich marynowanie: http://kocham-wies.blogspot.com/2016/10/i-na-koniec-buraki.html , To te najmniejsze nadają się do tego wyśmienicie. A na dodatek pozostała po buraczkach w słoikach zalewa nadaje się wyśmienicie do barszczyku zamiast kupnego koncentratu. To takie 2 w 1.
Urwis Kudi powrócił na łono bliższej rodziny
czyli do wnuczek a ja wreszcie zabiorę się z porządkowanie ogrodu. Wcześniej niestety nie było to możliwe bo psiaczek odkrył, że może zwiedzać okolicę razem z pieskiem sąsiadki. I tylko czekał na moją nieuwagę. I stało się, udało mu się mi uciec. Jak raz to zrobił tak mu się to spodobało, że nie było szansy aby nad nim zapanować. Turystyka mu się spodobała i kolega również..I właśnie pewnego pięknego dnia wybrał się z kolegą zwiedzać pobliskie pola i knieje. Na moje wrzaski i dziwne ruchy raczył nie zważać. No i wolność się skończyła. Za nic w świecie nie chciałam powtórki i panicznego strachu.... co ja powiem Klarze jak Kudi zginie. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju i nie należy do moich ulubionych.
A na ogródku koszmarnie, chabazie, przekwitłe kwiaty i mnóstwo roboty mnie czeka.
Ale zawsze jest coś miłego, zakwitła wreszcie taka dalia:
pewnie jej żywot nie będzie długi bo straszą przymrozkami, ale dobrze choć na chwilę jeszcze oko pocieszyć.
Witam w Chabaziewie
niedziela, 1 października 2017
niedziela, 17 września 2017
Dzierganie i rydzowanie
Oj jak pada, oj jaki jaki brzydki ten niedzielny poranek i nie zanosi się, parząc na niebo o jakąś radykalną zmianę. Powiedziała bym nawet, że na żadną. Ale trudno, w domu też mam co robić i to wcale nie z konieczności ale z miłości a mówię tutaj o szydełkowaniu. Deszcz obija się o dach a ja w ciepełku sobie szydełkuję, kończę kolejną parasolkę. A międzyczasie udało mi się zakończyć firankę:
do tej pory miałam problem z ogarnięciem tego tematu, ale na tą chwilę wydaje się, że jestem, jak to się mówi w domu.
Oprócz tego pomysłów mam mnóstwo na jesienne i zimowe wieczory a wszystko to dzięki grupom na FB do których należę. W życiu bym nie przypuszczała, że takie piękne rzeczy można robić , np parasolki
chociaż dziergam właściwie od urodzenia 😊😋. Ale o tym w swoim czasie.
Ale żeby nie było, że tylko dzierganie i dzierganie to mimo tak brzydkiego weekendu przyszły do nas rydze i od razu skojarzyła mi się piosenka Heleny Majdaniec ;
i w rytmie tej piosenki zabraliśmy się do roboty; czyli mycia, segregowania i kiszenia.
A było tego dość sporo, to tylko drobna część:
Z rydzami to akurat jak tylko jest wysyp nie ma problemu, bo tutejsi ludziska traktują go jako jakąś podkategorię i po prostu nie zbierają
Ja przyznam się, że również za nimi nie przepadam ale za to mój mąż pochłania je pod każdą postacią.
Mają one taki dziwny smak,który nie każdemu pasuje. Ale jak się je zamarynuje to jest OK i nawet ja nie mam nic przeciwko.
Teraz jest ich tak dużo, że będą kiszone. Chyba 3 lata temu po raz pierwszy ukisiłam i wyszły super, jeszcze na Święta Wielkanocne były jedzone. Od tej pory, czyli przez 2 lata nie było wysypu no i teraz obrodziło.
A mój przepis na kiszone rydze jest taki: Przygotowuję gliniany garnek ; myję i wyparzam.
Rydze po oczyszczeniu wrzucam na lekko osolony wrzątek i zagotowuję przez 2 -3 min . Wyjmuję, studzę i układam, a raczej mąż układa - bo to Jego przysmak, w gliniaku blaszkami do góry. Każdą warstwę należy posolić. Można dodawać pokrojoną cebulę.
Na koniec ugnieść i obciążyć jakimś ciężarkiem. Po ok 2 dniach powinien wydzielić się sok a jeżeli nie to wlewamy trochę osolonej wody. Rydze muszą być pokryte wodą. I na tym koniec. Po ok 3 tygodniach są już ukiszone. Ja je wynoszę do chłodnej piwnicy i tam sobie stoją aż całkiem znikną.
Powoli powstają warstwy i pokiszą się w kuchni a potem wylądują w piwnicy.
to taki świeżaczek, jeszcze nie prany i nie blokowany. Pozuje tylko do zdjęcia.
No i wreszcie udało mi się odkryć tajniki robienia baniek na choinkę, bo już Święta tuż, tuż i należy pomyśleć o dekoracjach;
Oprócz tego pomysłów mam mnóstwo na jesienne i zimowe wieczory a wszystko to dzięki grupom na FB do których należę. W życiu bym nie przypuszczała, że takie piękne rzeczy można robić , np parasolki
chociaż dziergam właściwie od urodzenia 😊😋. Ale o tym w swoim czasie.
Ale żeby nie było, że tylko dzierganie i dzierganie to mimo tak brzydkiego weekendu przyszły do nas rydze i od razu skojarzyła mi się piosenka Heleny Majdaniec ;
A było tego dość sporo, to tylko drobna część:
Z rydzami to akurat jak tylko jest wysyp nie ma problemu, bo tutejsi ludziska traktują go jako jakąś podkategorię i po prostu nie zbierają
Ja przyznam się, że również za nimi nie przepadam ale za to mój mąż pochłania je pod każdą postacią.
Mają one taki dziwny smak,który nie każdemu pasuje. Ale jak się je zamarynuje to jest OK i nawet ja nie mam nic przeciwko.
Teraz jest ich tak dużo, że będą kiszone. Chyba 3 lata temu po raz pierwszy ukisiłam i wyszły super, jeszcze na Święta Wielkanocne były jedzone. Od tej pory, czyli przez 2 lata nie było wysypu no i teraz obrodziło.
A mój przepis na kiszone rydze jest taki: Przygotowuję gliniany garnek ; myję i wyparzam.
Rydze po oczyszczeniu wrzucam na lekko osolony wrzątek i zagotowuję przez 2 -3 min . Wyjmuję, studzę i układam, a raczej mąż układa - bo to Jego przysmak, w gliniaku blaszkami do góry. Każdą warstwę należy posolić. Można dodawać pokrojoną cebulę.
Na koniec ugnieść i obciążyć jakimś ciężarkiem. Po ok 2 dniach powinien wydzielić się sok a jeżeli nie to wlewamy trochę osolonej wody. Rydze muszą być pokryte wodą. I na tym koniec. Po ok 3 tygodniach są już ukiszone. Ja je wynoszę do chłodnej piwnicy i tam sobie stoją aż całkiem znikną.
Powoli powstają warstwy i pokiszą się w kuchni a potem wylądują w piwnicy.
niedziela, 10 września 2017
Drugie wędzenie ale nie tylko
No to poszliśmy za falą, czyli kolejne testowanie i zbieranie doświadczenia w wędzarniczej sztuce. Tym razem postawiliśmy na skrzydełka. Procedura podobna do ćwiartek ale....
nie ma parzenia pierwszego tylko od razu moczenie w solance, ale słabszej ( 5 dkg soli / 1 l wody ) moczenie przez noc ( 12 godzin ), suszenie i wędzenie. Wędziliśmy razem z ćwiartkami, tak dobrze poszło poprzednio, że trzeba było powtórzyć, tylko pół godziny krócej.
I takie sobie wyszły po wyjęciu z wędzarni
i teraz dopiero było parzenie, jak przy ćwiartkach http://kocham-wies.blogspot.com/2017/09/pierwsze-wedzenie.html
Na tym nie koniec. Pokusiliśmy się spróbować uwędzić białą, surową kiełbasę, tak na próbę i oczywiście dla zdobycia bezcennego doświadczenia. Uwędziła się fajnie ale niestety do prawdziwej kiełbasy swojskiej jej daleko. Ale chcieliśmy sprawdzić jak w końcu wygląda to wędzenie, bo studiując przepisy ma się jeszcze większy mętlik w głowie niż przed. Tak, że był to eksperyment na żywym organiźmie i już wiemy, że nie potrzeba walczyć z wędzeniem i suszeniem kilka dni a wszystko da się zamknąć w ciągu jednego.
I nasza biała - wędzona kiełbaska;
wisi sobie i pachnie w kuchni.
Ale na tym nie koniec, eksperymentów kulinarnych było więcej, a jeden nawet wybuchowy, myślę tutaj o kwasie chlebowym. Co prawda późno zabraliśmy się za niego, bo powinien gasić pragnienie w upalne dni lata, no ale przynajmniej zdobyta wiedza na przyszłość się przyda.
Zakupiłam bochenek razowego chleba, przyznam się że nie było to łatwe, ale dałam radę. Pokroiłam na kromki i przypiekłam w piekarniku ( niektóre nawet dość znacznie ). Po upieczeniu było tego 0,5 kg.
Zagotowała 5 litrów wody i wrzątkiem zalałam chleb w kamionce. Postawiłam w ciepłym miejscu, na słoneczku, i tak się moczył się 24 godziny. Po tym czasie przecedziłam i odcisnęłam przez gazę chleb.
I dalej, bierzemy 4 dkg świeżych drożdży, rozkruszamy do miseczki dodajemy łyżeczkę cukru i odrobinę ciepłej wody. Mieszamy i odstawiamy na 10 min. W międzyczasie rozpuszczamy 15 dkg cukru w gorącej wodzie. Wszystko wlewamy do kwasu, mieszamy i przelewamy do butelek. Przechowujemy w chłodnym miejscu i po 3 - 4 dniach możemy zabrać się do degustacji. Ale tutaj należy zachować szczególne środki ostrożności, można powiedzieć, że jest to mieszanka wybuchowa😉. U mnie tak to wyglądało:
a potem lejeczek i z powrotem do butelki.
Do butelki wrzuciłam rodzynki, można też dodać więcej cukru jak kto woli. Ja np wlewam troszkę soku malinowego do szklaneczki i jest super.
A jeśli chodzi o kwas chlebowy, to poza tym że gasił wyśmienicie pragnienie naszym antenatom, nam również powinien, ma on wiele prozdrowotnych właściwości m.in reguluje trawienie, wzmacnia odporność, oczyszcza organizm. Dawniej był napojem leczniczym, który po sutych szlacheckich imprezach łagodził wszelakie dolegliwości żołądkowe. Obecnie również można go stosować aby złagodzić nadkwasotę i wzdęcia.
No i jeszcze coś na później, czyli pomidory w zalewie. Oczytałam się na fb jakie to dobre więc nie była bym sobą gdybym nie wypróbowała. Tak na początek tylko 3 słoiki, jak się sprawdzi przejdziemy na masówkę.
Wszystko widać w słoikach:
czyli wkładamy pomidory ( podobno co niektórym nie pękają jak je nakłujemy, mi niestety popękały ), po 2 plasterki cebuli, gorczycę, troszkę pieprzu. Zalewa; 1 litr wody, łyżeczka cukru, łyżka soli. Taką zalewą zalewamy pomidory i pasteryzujemy ok 10 min.
Podobno zalewa jest wyśmienita na kaca, szkoda że kilka lat wcześniej tego nie wiedziałam 😊
Tak, że tydzień upłynął pod znakiem eksperymentowania, ale przynajmniej nie było nudno, coś się działo a to oczekiwanie co z tego wyniknie jest bezcenne.
Tak, że aż pieski się zmęczyły i padły zgodnie
nie ma parzenia pierwszego tylko od razu moczenie w solance, ale słabszej ( 5 dkg soli / 1 l wody ) moczenie przez noc ( 12 godzin ), suszenie i wędzenie. Wędziliśmy razem z ćwiartkami, tak dobrze poszło poprzednio, że trzeba było powtórzyć, tylko pół godziny krócej.
I takie sobie wyszły po wyjęciu z wędzarni
i teraz dopiero było parzenie, jak przy ćwiartkach http://kocham-wies.blogspot.com/2017/09/pierwsze-wedzenie.html
Na tym nie koniec. Pokusiliśmy się spróbować uwędzić białą, surową kiełbasę, tak na próbę i oczywiście dla zdobycia bezcennego doświadczenia. Uwędziła się fajnie ale niestety do prawdziwej kiełbasy swojskiej jej daleko. Ale chcieliśmy sprawdzić jak w końcu wygląda to wędzenie, bo studiując przepisy ma się jeszcze większy mętlik w głowie niż przed. Tak, że był to eksperyment na żywym organiźmie i już wiemy, że nie potrzeba walczyć z wędzeniem i suszeniem kilka dni a wszystko da się zamknąć w ciągu jednego.
I nasza biała - wędzona kiełbaska;
wisi sobie i pachnie w kuchni.
Ale na tym nie koniec, eksperymentów kulinarnych było więcej, a jeden nawet wybuchowy, myślę tutaj o kwasie chlebowym. Co prawda późno zabraliśmy się za niego, bo powinien gasić pragnienie w upalne dni lata, no ale przynajmniej zdobyta wiedza na przyszłość się przyda.
Zakupiłam bochenek razowego chleba, przyznam się że nie było to łatwe, ale dałam radę. Pokroiłam na kromki i przypiekłam w piekarniku ( niektóre nawet dość znacznie ). Po upieczeniu było tego 0,5 kg.
Zagotowała 5 litrów wody i wrzątkiem zalałam chleb w kamionce. Postawiłam w ciepłym miejscu, na słoneczku, i tak się moczył się 24 godziny. Po tym czasie przecedziłam i odcisnęłam przez gazę chleb.
I dalej, bierzemy 4 dkg świeżych drożdży, rozkruszamy do miseczki dodajemy łyżeczkę cukru i odrobinę ciepłej wody. Mieszamy i odstawiamy na 10 min. W międzyczasie rozpuszczamy 15 dkg cukru w gorącej wodzie. Wszystko wlewamy do kwasu, mieszamy i przelewamy do butelek. Przechowujemy w chłodnym miejscu i po 3 - 4 dniach możemy zabrać się do degustacji. Ale tutaj należy zachować szczególne środki ostrożności, można powiedzieć, że jest to mieszanka wybuchowa😉. U mnie tak to wyglądało:
a potem lejeczek i z powrotem do butelki.
Do butelki wrzuciłam rodzynki, można też dodać więcej cukru jak kto woli. Ja np wlewam troszkę soku malinowego do szklaneczki i jest super.
A jeśli chodzi o kwas chlebowy, to poza tym że gasił wyśmienicie pragnienie naszym antenatom, nam również powinien, ma on wiele prozdrowotnych właściwości m.in reguluje trawienie, wzmacnia odporność, oczyszcza organizm. Dawniej był napojem leczniczym, który po sutych szlacheckich imprezach łagodził wszelakie dolegliwości żołądkowe. Obecnie również można go stosować aby złagodzić nadkwasotę i wzdęcia.
No i jeszcze coś na później, czyli pomidory w zalewie. Oczytałam się na fb jakie to dobre więc nie była bym sobą gdybym nie wypróbowała. Tak na początek tylko 3 słoiki, jak się sprawdzi przejdziemy na masówkę.
Wszystko widać w słoikach:
czyli wkładamy pomidory ( podobno co niektórym nie pękają jak je nakłujemy, mi niestety popękały ), po 2 plasterki cebuli, gorczycę, troszkę pieprzu. Zalewa; 1 litr wody, łyżeczka cukru, łyżka soli. Taką zalewą zalewamy pomidory i pasteryzujemy ok 10 min.
Podobno zalewa jest wyśmienita na kaca, szkoda że kilka lat wcześniej tego nie wiedziałam 😊
Tak, że tydzień upłynął pod znakiem eksperymentowania, ale przynajmniej nie było nudno, coś się działo a to oczekiwanie co z tego wyniknie jest bezcenne.
Tak, że aż pieski się zmęczyły i padły zgodnie
Dawniej
kwas chlebowy był także napojem leczniczym, gdyż łagodził dręczące
szlachtę po sutych ucztach dolegliwości. Także obecnie kwas chlebowy
można stosować, by zlikwidować nadkwasotę, wzdęcia i inne zaburzenia
trawienia - zwłaszcza po zjedzeniu tłustych i ciężkostrawnych potraw.
Właściwości zdrowotne kwasu chlebowego wynikają głównie z tego, że jest
on probiotykiem, tzn. zawiera bakterie kwasu mlekowego, dzięki czemu
wspomaga i reguluje mikroflorę jelitową, wspomaga trawienie oraz
przemianę materii. W związku z tym, że dobrze działa na przemianę
materii, można go włączyć do diety odchudzającej, tym bardziej, że ma
także właściwości oczyszczające organizm.
http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/kwas-chlebowy-wlasciwosci-zdrowotne-przepis-na-kwas-chlebowy_38444.html
http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/kwas-chlebowy-wlasciwosci-zdrowotne-przepis-na-kwas-chlebowy_38444.html
Dawniej
kwas chlebowy był także napojem leczniczym, gdyż łagodził dręczące
szlachtę po sutych ucztach dolegliwości. Także obecnie kwas chlebowy
można stosować, by zlikwidować nadkwasotę, wzdęcia i inne zaburzenia
trawienia - zwłaszcza po zjedzeniu tłustych i ciężkostrawnych potraw.
Właściwości zdrowotne kwasu chlebowego wynikają głównie z tego, że jest
on probiotykiem, tzn. zawiera bakterie kwasu mlekowego, dzięki czemu
wspomaga i reguluje mikroflorę jelitową, wspomaga trawienie oraz
przemianę materii. W związku z tym, że dobrze działa na przemianę
materii, można go włączyć do diety odchudzającej, tym bardziej, że ma
także właściwości oczyszczające organizm.
http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/kwas-chlebowy-wlasciwosci-zdrowotne-przepis-na-kwas-chlebowy_38444.html
http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/kwas-chlebowy-wlasciwosci-zdrowotne-przepis-na-kwas-chlebowy_38444.html
poniedziałek, 4 września 2017
Pierwsze wędzenie
No i stało się. Pomyśleliśmy sobie raz kozie śmierć i poszłam kupić 8 szt ćwiartek z kurczaka na dobry początek. Jakby coś poszło nie tak to mała strata. I rozpoczął się proces przygotowania do wędzenia. Przepis znaleziony oczywiście w internecie, kryterium - musiał być mało skomplikowany, no i jest.
A wędzarnia czeka;
zaraz do paleniska trafi drewno.
Ale po kolei;
1. Idziemy do sklepu i kupujemy surowiec, w tym przypadku trafiło na ćwiartki.
2. Do gotującej wody wrzucamy jarzyny ( marchewka, pietruszka, seler, cebula ) oraz udka i parzymy 40 min w temp. 80 st. C
3. Przygotowujemy solankę ( 10 dkg soli / 1 litr wody ) i moczymy w temperaturze pokojowej ok 12 godzin, najlepiej pozostawić na noc.
4. Rano wyjmujemy i suszymy ok 3 godz, w zależności od procesu schnięcia. Do tego użyliśmy kratki do grila.
5. I wędzimy;
1- 2 godzin w temperaturze 70 st C. Sprawdzaliśmy w tym czasie kolor a nam potrzebne były 2 godziny.
6. Wyjmujemy;
i wrzucamy do przygotowanego wrzątku, moczymy jak pkt 2 ale już bez jarzyn.
7. Wyjmujemy, jesteśmy zachwyceni i zajmujemy się konsumpcją.
Muszę przyznać, że próba wyszła znakomita; mięsko mięciutkie, fajnie uwędzone czy w przyszły weekend idziemy dalej z pomysłami.
Do wędzenia dorzuciłam jeszcze również eksperymentalnie boczek surowy. Natarłam go na 12 godzin mieszanką soli, jałowca, liścia laurowego i czosnkiem w łupinie. Wędził się razem z udkami i pozostawiliśmy go w wędzarni aż do rana. Będzie żurek z własnego zakwasu, który wreszcie mi wychodzi. A to dzięki siostrzeńcowi, który podzielił się ze mną sprawdzonym przepisem.
Na dobry początek zaczyn dostałam od Niego i dalej sama go dorabiam.
Miarka jest taka; 4 łyżki mąki do żurku + 4 łyżki mąki żytniej + dopełnienie dobrze ciepłą przegotowaną wodą. To jest porcja na słoik - 0,9 litra. Zakręcamy i czekamy aż zniknie piana i do lodówki.
Pierwsze spostrzeżenie po wędzeniu, które mnie zaskoczyło, oczywiście pozytywnie to to, że bardzo szybko uzyskaliśmy wymaganą temperaturę i wbrew pozorom mało zużyliśmy drewna. Czyli będzie to zajęcie na jesienne, pewnie coraz bardziej pochmurne i deszczowe dni.
A wędzarnia czeka;
zaraz do paleniska trafi drewno.
Ale po kolei;
1. Idziemy do sklepu i kupujemy surowiec, w tym przypadku trafiło na ćwiartki.
2. Do gotującej wody wrzucamy jarzyny ( marchewka, pietruszka, seler, cebula ) oraz udka i parzymy 40 min w temp. 80 st. C
3. Przygotowujemy solankę ( 10 dkg soli / 1 litr wody ) i moczymy w temperaturze pokojowej ok 12 godzin, najlepiej pozostawić na noc.
4. Rano wyjmujemy i suszymy ok 3 godz, w zależności od procesu schnięcia. Do tego użyliśmy kratki do grila.
5. I wędzimy;
1- 2 godzin w temperaturze 70 st C. Sprawdzaliśmy w tym czasie kolor a nam potrzebne były 2 godziny.
6. Wyjmujemy;
i wrzucamy do przygotowanego wrzątku, moczymy jak pkt 2 ale już bez jarzyn.
7. Wyjmujemy, jesteśmy zachwyceni i zajmujemy się konsumpcją.
Muszę przyznać, że próba wyszła znakomita; mięsko mięciutkie, fajnie uwędzone czy w przyszły weekend idziemy dalej z pomysłami.
Do wędzenia dorzuciłam jeszcze również eksperymentalnie boczek surowy. Natarłam go na 12 godzin mieszanką soli, jałowca, liścia laurowego i czosnkiem w łupinie. Wędził się razem z udkami i pozostawiliśmy go w wędzarni aż do rana. Będzie żurek z własnego zakwasu, który wreszcie mi wychodzi. A to dzięki siostrzeńcowi, który podzielił się ze mną sprawdzonym przepisem.
Na dobry początek zaczyn dostałam od Niego i dalej sama go dorabiam.
Miarka jest taka; 4 łyżki mąki do żurku + 4 łyżki mąki żytniej + dopełnienie dobrze ciepłą przegotowaną wodą. To jest porcja na słoik - 0,9 litra. Zakręcamy i czekamy aż zniknie piana i do lodówki.
Pierwsze spostrzeżenie po wędzeniu, które mnie zaskoczyło, oczywiście pozytywnie to to, że bardzo szybko uzyskaliśmy wymaganą temperaturę i wbrew pozorom mało zużyliśmy drewna. Czyli będzie to zajęcie na jesienne, pewnie coraz bardziej pochmurne i deszczowe dni.
niedziela, 27 sierpnia 2017
Grilowędzarnia z psiakami w tle
Koniec weekendu i święto. A mianowicie po czterech latach budowy mamy grillo-wędzarnię. Nic wcześniej nie wspominałam o tej budowli, bo po co się rozdrabniać. Czekałam cierpliwie na efekt, no i jest.
Cała ( no prawie cała ) została wybudowana przez mojego męża. Pomoc była tylko potrzebna przy zadaszeniu, ale i tak robił za pomocnika. Oto prawie skończone dzieło;.
To taka prawie kuchnia ogrodowa i jest przydłużeniem altany.
Nie mogło oczywiście zabraknąć olbrzymiego blatu na który zostaną jeszcze położone płytki. Ale nawet już wygląda ekstra.
I tak z perspektywy wejścia do altany. Muszę przyznać, że cały kompleks jest imponujący, zarówno wielkością jak i wyglądem. A na przyszły rok otoczenie odpowiednio zagospodaruję; kwiatuszki, bylinki i inne roślinki.
Oj będzie się działo tej jesieni, niech no tylko troszkę się ochłodzi. Wędzonki, szyneczki, serek, kiełbaski wszystko to będzie wędzone. Już nie mogę się doczekać.
A przede wszystkim wreszcie nastał porządek w altanie i jej otoczeniu, poprzednie wysiłki spełzły na niczym, bo co to za sprzątanie jak obok budowa trwa?
Tym wszystkim pracom porządkowym ze stoickim spokojem przyglądał się Niuniek a Kudi biegał za mną, taki wybrał sobie sposób na pomoc.
I tak minął tydzień od kiedy urzędujemy sobie w takiej komitywie:
Przyjaźń trwa w najlepsze.
Chyba smutno będzie jak Kudi wróci z wakacji, a wg ostatnich wieści nastąpić to może już w przyszły weekend.
A Kudi uzewnętrznia kolejne upodobania. Tym razem ogrodnicze;
Lubi kwiatki i to nie tylko wąchać ale i koniecznie należy je spróbować. Tak, że kilka niższych pędów zostało nadgryzione lub zjedzone.
Jest poza tym niesamowitym żarłokiem, polubił nawet marchewkę i jabłko, byle tylko w pyszczku nie było pusto, nie wspomnę o suchym chlebie i biszkopcikach. A jedzenie najlepsze jest Niuńka, chociaż jego jest prawie takie samo. No ale widać, że u psiaków również sprawdza się powiedzenie, że cudze jest lepsze.
sobota, 19 sierpnia 2017
Bonusowy wnuczek
Tak, przybył nowy członek rodziny i właśnie odbyła się jego prezentacja. Bo, że jest wiadomo było już wcześniej ale ubiegłego, pięknego weekendu nawiedził nas osobiście z wnuczkami.
Oto on:
właśnie sobie odpoczywa po porannych psotach. A jest to cavallier Kudi. Mierzy sobie niewiele, ma 6 miesięcy, psoci i wszystko co napotka na drodze to nieprzyjaciel i należy to zdematerializować czyli zjeść. Właśnie wczoraj zjadł swojemu dziadkowi ( mężowi ) kabel do komputera. Tak, że z rana pierwszą czynnością było jego naprawienie. Jak już wcześniej wspominałam, mąż to taka złota rączka więc potrafił. I tym razem szybciutko, bez nadmiernego ociągania czy też przypominania. I udało się.
Tak, że kryzys został zażegnany, wszystkie kable zabezpieczone.
A Kudi nic sobie z tego nie robi, dalej śpi tylko zmienił boczek,
bo przecież jak by nie było zużył trochę energii więc musi siły zregenerować do dalszych psot.
Z naszym Niuńkiem przyjaźń została zawiązana i tak sobie kontrastowo wyglądają; w pozycji leżącej
a tutaj w pozycji siedzącej.
Tak podsumowując te kontrasty; chyba głowa Niuńka jest większa niż cały Kudi.
Niuniek też jest bezkonkurencyjny, całkowicie zaakceptował Kudiego. Dzisiejszy poranek rozpoczął się od radosnego przywitania psiaków. A było to tak, że Kudi z prędkością światła wpadł w euforii na śpiącego Niuńka, Niuniek w pozycji leżącej pomachał ogonem i z tej radości przygniótł Kudiego, bo zmienił swoją leżącą pozycje na bardziej boczną. Dobrze, że się temu przyglądałam , bo mogło się to dla Kudiego kiepsko skończyć. Na takie objawy radości muszę szczególnie uważać, bo Niuniek z delikatnością niewiele ma wspólnego 😍.
A takie pierwsze obserwacje, Kudi będzie bardzo mądrym psiakiem, jak tylko dopadnie jakąś kartkę to od razu próbuję ją pożreć, taki zachłanny na wiedzę.....
A teraz wnuczki pojechały kontynuować wakacyjne wojaże a wnuczek został u babci. I tak sobie pobędziemy ok 3 tygodnie.
Teraz już wiadomo, dlaczego nic nie udało mi się spłodzić przez dwa tygodnie, po prostu oswajałam sytuację. W tym moim spokojnym świecie nagle znów pojawiły się kochane wnuczki, wnuczek😉, Beatka no i Michał był częstszym gościem. A ponieważ są to dość rzadkie sytuacje takiego skumulowanego szczęścia więc radowałam się, radowałam się .......................
Oto on:
właśnie sobie odpoczywa po porannych psotach. A jest to cavallier Kudi. Mierzy sobie niewiele, ma 6 miesięcy, psoci i wszystko co napotka na drodze to nieprzyjaciel i należy to zdematerializować czyli zjeść. Właśnie wczoraj zjadł swojemu dziadkowi ( mężowi ) kabel do komputera. Tak, że z rana pierwszą czynnością było jego naprawienie. Jak już wcześniej wspominałam, mąż to taka złota rączka więc potrafił. I tym razem szybciutko, bez nadmiernego ociągania czy też przypominania. I udało się.
Tak, że kryzys został zażegnany, wszystkie kable zabezpieczone.
A Kudi nic sobie z tego nie robi, dalej śpi tylko zmienił boczek,
bo przecież jak by nie było zużył trochę energii więc musi siły zregenerować do dalszych psot.
Z naszym Niuńkiem przyjaźń została zawiązana i tak sobie kontrastowo wyglądają; w pozycji leżącej
a tutaj w pozycji siedzącej.
Tak podsumowując te kontrasty; chyba głowa Niuńka jest większa niż cały Kudi.
Niuniek też jest bezkonkurencyjny, całkowicie zaakceptował Kudiego. Dzisiejszy poranek rozpoczął się od radosnego przywitania psiaków. A było to tak, że Kudi z prędkością światła wpadł w euforii na śpiącego Niuńka, Niuniek w pozycji leżącej pomachał ogonem i z tej radości przygniótł Kudiego, bo zmienił swoją leżącą pozycje na bardziej boczną. Dobrze, że się temu przyglądałam , bo mogło się to dla Kudiego kiepsko skończyć. Na takie objawy radości muszę szczególnie uważać, bo Niuniek z delikatnością niewiele ma wspólnego 😍.
A takie pierwsze obserwacje, Kudi będzie bardzo mądrym psiakiem, jak tylko dopadnie jakąś kartkę to od razu próbuję ją pożreć, taki zachłanny na wiedzę.....
A teraz wnuczki pojechały kontynuować wakacyjne wojaże a wnuczek został u babci. I tak sobie pobędziemy ok 3 tygodnie.
Teraz już wiadomo, dlaczego nic nie udało mi się spłodzić przez dwa tygodnie, po prostu oswajałam sytuację. W tym moim spokojnym świecie nagle znów pojawiły się kochane wnuczki, wnuczek😉, Beatka no i Michał był częstszym gościem. A ponieważ są to dość rzadkie sytuacje takiego skumulowanego szczęścia więc radowałam się, radowałam się .......................
niedziela, 6 sierpnia 2017
Disco i ogórki
A tak na początek, właśnie siostra mi podesłałą :
z komentarzem ; pamiętasz disco na poczcie? I wystarczyło... a było to dawno, dawno temu....
W latach 70 - tych XX w. właśnie w tym miejscu odbywały się wspaniałe dyskoteki a miało to miejsce w Rzeszowie. Oczywiście my, z całym towarzystwem tzw. paczką na nich imprezowałyśmy. A ten kawałek wpisuje się znakomicie w te czasy. Zresztą nie tylko kawałek ale ta moda, fryzury no i ta młodość taka beztroska. Tak, że łza w oku się zakręciła.....ach te czasy, dlaczego tak szybko minęły?.
Ale dość tego, przywołuję się do porządku, wracam na ziemię a dokładnie do Chabaziewa.
A jeszcze dokładniej do ogórków i to tych największych. Doskonale nadają się do słoiczków a ich nawa to ogórki w musztardzie. Robię je od lat i znikają w tempie turbo.
Ogórki obieramy, kroimy wzdłuż i usuwamy pestki.
Zalewa:
- 1 l wody,
- 250 ml octu,
- 30 dkg cukru,
- 2 łyżki soli
- kilka ziaren ziela angielskiego i liścia laurowego
Zagotowujemy zalewę, dodajemy ogórki i gotujemy ok 5 min.
Potem przekładamy do słoików i pasteryzujemy ok 10 min.
A poza tym upał, spiekota, suchota, deszczu nie widać a na termometrze przez większą część tygodnia około 35 st.C. Tak, że raczej niewiele się działo oprócz gorąca.
Ale w ten upał postanowiliśmy zrobić chociaż Niuńkowi frajdę.
Napełniona została balia wodą i odbyło się coroczne szorowanie psiaka. A potem ....harce, tarzania i różne figury:
i przejawy jego radości , szczęśliwości,
wdzięczności i ulgi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






























