Chyba ostatni rzut oka na jesienne wiejskie dekoracje
chryzantemy, bratki, dynia i resztka liści na wiciokrzewie zapraszają do wejścia do domu.
A w domu jesienne porządki, bo takie generalne robię dwa razy do roku, właśnie jesienią i drugie wiosną. Te jesienne kończą się świątecznymi dekoracjami. Na razie poszalałam po kuchni:
i szczególnie zachwyciła mnie nowa dekoracja okna. A dekoracja oczywiście; made hand tzn jeden z moich pochłaniaczy czasu czyli szydełko. I taki efekt. A na wiosnę szykuję nowe otwarcie, zima jest długo i trzeba czymś się zająć.
A co w garach piszczy?
Tym razem znów ujarzmiałam szynkowar i muszę powiedzieć, że moja druga próba wyszła rewelacyjnie. A na dodatek okazało się, że to jest proste jak drut. Wiadomo, że będę nadal udoskonalać moje wyroby ale już jestem bardzo zadowolona z efektów.
Ponownie zakupiłam szynkę, ok 1,5 kg , natarłam ją 3 dkg soli, wpakowałam do szynkowara i na tydzień do lodówki. Po tym czasie nastąpiło parzenie w temp 75 st.C do temperatury mięska 65 st.C.
Dobrze jest się zaopatrzyć w dwa termometry.
Trwało to ok 3 godzin. Na drugi dzień po ostygnięciu
tak wyglądało. Coś te zdjęcia nie najlepiej mi wychodzą ale słowo daję, że wygląda bardzo smakowicie i pysznie.
Jedno co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło to prostota. I aż się dziwię, że wcześniej nie zaprzyjaźniłam się z szynkwarem. A jak go już kupiłam to i tak stał sobie ponad pół roku i bałam się za niego zabrać. Teraz będę nadrabiać te zaległości. Przecież to same korzyści; smakowe, kosztowe i wiem co jem.
Tyle tego ostatnio produkuję, że zaczęłam mieć problem przechowywaniem. Zaczęłam zamrażać, pewnie jest to jakieś wyjście ale..... I zamówiłam i właśnie dzisiaj dotarła do mnie przesyłka z pakowaczką próżniową. Próby jeszcze nie było ale już niedługo to się stanie. W weekend planuję kolejne wędzenie, tym razem będzie to szynka.
Witam w Chabaziewie
czwartek, 16 listopada 2017
środa, 8 listopada 2017
Wędzenie i nie tylko
Jesień, jesień i to taka paskudna, zgniła, zimna i pochmurna.
ale jeszcze można zachwycić się pięknymi kolorami.
I co tu robić??? Ja nie mam z tym problemu. O tej porze najlepiej mi się wymyśla i eksperymentuje kulinarnie. Jakoś tak jest, przynajmniej u mnie, że odczuwam większe łaknienie, jakieś dziwne smaki a to wystarczający powód aby pichcić. Myślę, że jesień - zima to jest ta pora kiedy ma się szczególne apetyty, przynajmniej ja tak mam. I kombinuję. A na wiosnę intensywnie usiłuję zgubić to co przybyło czyli kilogramy ☺. No ale to dopiero przede mną, tak że na razie tym głowy sobie nie zawracam. Wszystko w swoim czasie.
Obecnie testuję wyrób wędlin w różnej postaci z myślą o świętach.
Wędliny od dawna robię sama o czym niejednokrotnie pisałam ale teraz mam nowe narzędzia, czyli wędzarnię i szynkowar. A to obszar do tej pory mi nieznany i tajemniczy.
Tym razem postanowiłam uwędzić ser . Zakupiłam ser typu włoskiego i normalny twaróg tzw. krajankę. Obtoczyłam pierwszy w czosnku niedźwiedzim a drugi w papryce wędzonej. I do wędzarni;
najpierw na 2 godziny przy temp. ok 35 stopni C i na koniec zasadniczego wędzenia aż do ostygnięcia. Serki to oczywiście przy okazji bo właściwe wędzenie rozpoczęło się w samo południe i trwało do zmroku.
A jeżeli chodzi o nowość to tym razem była to kiełbasa.
- 1,6 kg łopatki,
- 0,5 kg podgardla;
- 0,4 kg karkówki,
przyprawy;
- 8 szt ząbków czosnku,
- 4 dkg soli ( 2 dkg pelkosoli i 2 soli ),
- 3 g pieprzu
- 100 ml wody.
i jako druga zmiana razem z ćwiartkami i boczkiem wylądowała w wędzarni.
Wędzenie trwało ok 3 godzin, przy temp. czasami przekraczającej 100 st.C.
I tak wyglądają nowości;
częściowo już skonsumowane.
A wnioski są takie; kiełbasa w smaku bardzo dobra, ale jest pewno ale i przesłanie na przyszłość jeżeli chodzi o mój gust. Jest za mało wiejska czyli za mało tłusta, tłuszcz zdążył wykapać ze względu na za wysoką temperaturę a drugie należy grubiej zmielić mięso.
A z kolei jeżeli chodzi o opinię innych osób to kiełbasa jest super, suchutka bez tłuszczu. A wręcz jest najlepszą kiełbasą jaką do tej pory co niektórzy jedli. Nie powiem jest to budująca opinia. A co za tym idzie prawdopodobnie będzie rodzinne większe wędzenie już wkrótce.
Serek też jest smaczny ale do oscypka mu jeszcze daleko. Ale pierwsze koty za płoty jak to się mówi.
Z kolei ćwiartki z kurczaka są takie jak być powinny, tutaj widać i czuć już profesjonalizm.
A na obiad; mielone z cukinią, jeszcze gdzieś się znalazła cukinia więc nie można dać jej się zmarnować. I wyszło pyszne danie
- 1 kg mięsa mielonego, u mnie łopatka
- 60 dkg młodej cukinii
- bułka namoczona
- 2 cebule
- opakowanie ; kotlety mielone z cebulką Winiary
- vegeta do smaku
Cukinię razem ze skórką zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Lekko posolić i przełożyć na sito. Odstawić na ok 30-60 minut. Mięso mielone przełożyć do miski. Dodać dobrze odciśniętą bułkę, drobno pokrojoną cebulę, odciśniętą z soku cukinię , vegetę i przyprawę . Masę dobrze wyrobić i przełożyć do foremek. Piec w temp. 180 st C. około 1 godziny. Podawać z ulubionymi dodatkami.
A w szynkowarze marynuje się szyneczka ale o tym po konsumpcji na co trzeba jeszcze chwilkę poczekać.
Ale żeby nie było, że tylko jem i tylko o jedzeniu to z myślą już o wiośnie i nowych aranżacjach , skończyłam wiosenną serwetę , wielkość około 1 metra
w sam raz na stół w kuchni i do kompletu z wcześniej skończoną firanką.
ale jeszcze można zachwycić się pięknymi kolorami.
I co tu robić??? Ja nie mam z tym problemu. O tej porze najlepiej mi się wymyśla i eksperymentuje kulinarnie. Jakoś tak jest, przynajmniej u mnie, że odczuwam większe łaknienie, jakieś dziwne smaki a to wystarczający powód aby pichcić. Myślę, że jesień - zima to jest ta pora kiedy ma się szczególne apetyty, przynajmniej ja tak mam. I kombinuję. A na wiosnę intensywnie usiłuję zgubić to co przybyło czyli kilogramy ☺. No ale to dopiero przede mną, tak że na razie tym głowy sobie nie zawracam. Wszystko w swoim czasie.
Obecnie testuję wyrób wędlin w różnej postaci z myślą o świętach.
Wędliny od dawna robię sama o czym niejednokrotnie pisałam ale teraz mam nowe narzędzia, czyli wędzarnię i szynkowar. A to obszar do tej pory mi nieznany i tajemniczy.
Tym razem postanowiłam uwędzić ser . Zakupiłam ser typu włoskiego i normalny twaróg tzw. krajankę. Obtoczyłam pierwszy w czosnku niedźwiedzim a drugi w papryce wędzonej. I do wędzarni;
najpierw na 2 godziny przy temp. ok 35 stopni C i na koniec zasadniczego wędzenia aż do ostygnięcia. Serki to oczywiście przy okazji bo właściwe wędzenie rozpoczęło się w samo południe i trwało do zmroku.
A jeżeli chodzi o nowość to tym razem była to kiełbasa.
- 1,6 kg łopatki,
- 0,5 kg podgardla;
- 0,4 kg karkówki,
przyprawy;
- 8 szt ząbków czosnku,
- 4 dkg soli ( 2 dkg pelkosoli i 2 soli ),
- 3 g pieprzu
- 100 ml wody.
i jako druga zmiana razem z ćwiartkami i boczkiem wylądowała w wędzarni.
Wędzenie trwało ok 3 godzin, przy temp. czasami przekraczającej 100 st.C.
I tak wyglądają nowości;
częściowo już skonsumowane.
A wnioski są takie; kiełbasa w smaku bardzo dobra, ale jest pewno ale i przesłanie na przyszłość jeżeli chodzi o mój gust. Jest za mało wiejska czyli za mało tłusta, tłuszcz zdążył wykapać ze względu na za wysoką temperaturę a drugie należy grubiej zmielić mięso.
A z kolei jeżeli chodzi o opinię innych osób to kiełbasa jest super, suchutka bez tłuszczu. A wręcz jest najlepszą kiełbasą jaką do tej pory co niektórzy jedli. Nie powiem jest to budująca opinia. A co za tym idzie prawdopodobnie będzie rodzinne większe wędzenie już wkrótce.
Serek też jest smaczny ale do oscypka mu jeszcze daleko. Ale pierwsze koty za płoty jak to się mówi.
Z kolei ćwiartki z kurczaka są takie jak być powinny, tutaj widać i czuć już profesjonalizm.
A na obiad; mielone z cukinią, jeszcze gdzieś się znalazła cukinia więc nie można dać jej się zmarnować. I wyszło pyszne danie
- 1 kg mięsa mielonego, u mnie łopatka
- 60 dkg młodej cukinii
- bułka namoczona
- 2 cebule
- opakowanie ; kotlety mielone z cebulką Winiary
- vegeta do smaku
Cukinię razem ze skórką zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Lekko posolić i przełożyć na sito. Odstawić na ok 30-60 minut. Mięso mielone przełożyć do miski. Dodać dobrze odciśniętą bułkę, drobno pokrojoną cebulę, odciśniętą z soku cukinię , vegetę i przyprawę . Masę dobrze wyrobić i przełożyć do foremek. Piec w temp. 180 st C. około 1 godziny. Podawać z ulubionymi dodatkami.
A w szynkowarze marynuje się szyneczka ale o tym po konsumpcji na co trzeba jeszcze chwilkę poczekać.
Ale żeby nie było, że tylko jem i tylko o jedzeniu to z myślą już o wiośnie i nowych aranżacjach , skończyłam wiosenną serwetę , wielkość około 1 metra
w sam raz na stół w kuchni i do kompletu z wcześniej skończoną firanką.
środa, 1 listopada 2017
Zaduszki i moja genealogia
Właśnie wróciłam z wędrówki po cmentarzach i grobach bliskich i tak sobie pomyślałam, że pewnie nie zaszkodzi w takim dniu kilka słów o tym skąd się wzięła taka tradycja.
Chrześcijański obrzęd Zaduszek powstał w 988 r. za sprawą opata Odilona z Cluny, który polecił, by w klasztorach odprawiano msze za zmarłych. Była to forma usankcjonowania przez Kościół, praktykowanych od dawna pośród ludu odwiecznych zwyczajów pogańskich i zaduszkowych obrzędów i nadania im chrześcijańskiego charakteru. Wkrótce zwyczaj ten zaczęto naśladować a święto zatwierdził ostatecznie w 999 r. papież Sylwester II.
Święto to wywodzi się z odległych przedchrześcijańskich czasów. Bardzo długo kontynuowano prastare zwyczaje i formy obrzędowości. W Polsce jeszcze w XIX w. zgodnie ze starym zwyczajem, rzucano na mogiły świeżo ułamane z drzew gałązki jako symbol dorzucania drewna podczas palenia zwłok w czasach pogańskich..
Do istoty zaduszkowych obrzędów od wieków należały dwa główne elementy; karmienie dusz i palenie ogni. Ich sensem była głęboka wiara w istnienie duszy i życia pozagrobowego.
Karmienie dusz to obrzęd polegający na składaniu na grobach sutych ofiar z jadła i napoju, oraz Dziady, opisane obrazowo przez Adama Mickiewicza ''.... pospólstwo rozumie, iż potrawami, napojami i śpiewami przynosi ulgę duszom czyscowym ''.
Palenie ogni to głęboka wiara, że dusza w tajemniczy sposób uczestniczy w tym, co się dzieje nad grobem i utrzymuje kontakt ze światem żywych. Dlatego ognie początkowo rozpalano na rozstajach aby służyły wędrującym duszom do ogrzania się i oświetlenia drogi. Około XV - XVI w. zwyczaj rozpalania ognisk przeniesiono w pobliże grobów. Wspomnieniem tego zwyczaju jest dziś palenie zniczy.
W Polsce obchody kościelnych Zaduszek pojawiły się na przestrzeni XIV i XV w. Niezależnie od przemian zachodzących w obrzędach zaduszkowych, sens ich pozostał niezmienny. Jest on świadectwem naszej pamięci, o tych którzy odeszli.
Dla mnie jako genealożki - amatorki ta pamięć ma szczególny charakter i to nie tylko świąteczny. W moich poszukiwaniach często zastanawiam się gdzie spoczywają moi dalsi antenaci? bo właściwe żaden fizyczny ślad po nich nie został oprócz zapisów głównie w starych księgach parafialnych. No i szukam tych śladów i staram się '' wydobyć '' ich z tego zapomnienia, a nie jest to łatwe. Można powiedzieć, że przywracam ich do '' życia " i pamięci. Chociaż nigdy się nie dowiem czegoś więcej o tym jak żyli, jak wyglądali, co czuli, czym się zajmowali i w ogóle jak wyglądał ich dzień powszedni. Tych rzeczy mogę się dowiedzieć w ogólnym wymiarze z zapisów historycznych, ale to jednak nie jest to. Bo historia to pewien zbiór i jak to ze zbiorem bywa jednostka w nim ginie. No chyba, że jest się arystokratą??
To jedno z najstarszych zdjęć jakie mam, a na nim moi pradziadkowie z dziećmi ( m.in dziadkowie ) i wnukami ( m.in. mój tato ) na tle ich domu.
Wg moich wyliczeń zdjęcie zostało zrobione ok 1930 r .
Moja wiedza została zaczerpnięta z ,, Polskie Tradycje Świąteczne ;; Hanna Szymanderska.
Nawiasem mówiąc, fantastyczne wydanie.
Chrześcijański obrzęd Zaduszek powstał w 988 r. za sprawą opata Odilona z Cluny, który polecił, by w klasztorach odprawiano msze za zmarłych. Była to forma usankcjonowania przez Kościół, praktykowanych od dawna pośród ludu odwiecznych zwyczajów pogańskich i zaduszkowych obrzędów i nadania im chrześcijańskiego charakteru. Wkrótce zwyczaj ten zaczęto naśladować a święto zatwierdził ostatecznie w 999 r. papież Sylwester II.
Święto to wywodzi się z odległych przedchrześcijańskich czasów. Bardzo długo kontynuowano prastare zwyczaje i formy obrzędowości. W Polsce jeszcze w XIX w. zgodnie ze starym zwyczajem, rzucano na mogiły świeżo ułamane z drzew gałązki jako symbol dorzucania drewna podczas palenia zwłok w czasach pogańskich..
Do istoty zaduszkowych obrzędów od wieków należały dwa główne elementy; karmienie dusz i palenie ogni. Ich sensem była głęboka wiara w istnienie duszy i życia pozagrobowego.
Karmienie dusz to obrzęd polegający na składaniu na grobach sutych ofiar z jadła i napoju, oraz Dziady, opisane obrazowo przez Adama Mickiewicza ''.... pospólstwo rozumie, iż potrawami, napojami i śpiewami przynosi ulgę duszom czyscowym ''.
Palenie ogni to głęboka wiara, że dusza w tajemniczy sposób uczestniczy w tym, co się dzieje nad grobem i utrzymuje kontakt ze światem żywych. Dlatego ognie początkowo rozpalano na rozstajach aby służyły wędrującym duszom do ogrzania się i oświetlenia drogi. Około XV - XVI w. zwyczaj rozpalania ognisk przeniesiono w pobliże grobów. Wspomnieniem tego zwyczaju jest dziś palenie zniczy.
W Polsce obchody kościelnych Zaduszek pojawiły się na przestrzeni XIV i XV w. Niezależnie od przemian zachodzących w obrzędach zaduszkowych, sens ich pozostał niezmienny. Jest on świadectwem naszej pamięci, o tych którzy odeszli.
Dla mnie jako genealożki - amatorki ta pamięć ma szczególny charakter i to nie tylko świąteczny. W moich poszukiwaniach często zastanawiam się gdzie spoczywają moi dalsi antenaci? bo właściwe żaden fizyczny ślad po nich nie został oprócz zapisów głównie w starych księgach parafialnych. No i szukam tych śladów i staram się '' wydobyć '' ich z tego zapomnienia, a nie jest to łatwe. Można powiedzieć, że przywracam ich do '' życia " i pamięci. Chociaż nigdy się nie dowiem czegoś więcej o tym jak żyli, jak wyglądali, co czuli, czym się zajmowali i w ogóle jak wyglądał ich dzień powszedni. Tych rzeczy mogę się dowiedzieć w ogólnym wymiarze z zapisów historycznych, ale to jednak nie jest to. Bo historia to pewien zbiór i jak to ze zbiorem bywa jednostka w nim ginie. No chyba, że jest się arystokratą??
To jedno z najstarszych zdjęć jakie mam, a na nim moi pradziadkowie z dziećmi ( m.in dziadkowie ) i wnukami ( m.in. mój tato ) na tle ich domu.
Wg moich wyliczeń zdjęcie zostało zrobione ok 1930 r .
Moja wiedza została zaczerpnięta z ,, Polskie Tradycje Świąteczne ;; Hanna Szymanderska.
Nawiasem mówiąc, fantastyczne wydanie.
wtorek, 24 października 2017
Na początek szyneczka
Nastała jesień i to obecnie daleka od ideału. Na zewnątrz 6 st.C, słoneczka ani na lekarstwo, pochmurnie i tak w ogóle paskudnie. Chociaż nie przeczę, że może być jeszcze gorzej. No niestety taki mamy klimat czy się to komu podoba czy nie. Ale dosyć biadolenia, zawsze coś można wykombinować aby jakoś lepiej się poczuć.
Dla mnie jest to okres do wprowadzanie w czyn kolejnych wynalazków tym razem, ogólnie rzecz ujmując, kulinarnych. Bo wiosna i lato to czas na innego rodzaju atrakcje i eksperymenty.
Jeszcze na wiosnę zakupiłam szynkowar, oczywiście w cenie promocyjnej bo takie najbardziej lubię i wreszcie doczekał się swojej inauguracji.
Na pierwszy rzut poszła szynka ( z; przepisy-aleksandry ), która przypadła mi do gustu i stwierdziłam, że będzie dobra na rozpoczęcie mojej zabawy z szynkowarem. I nie pomyliłam się, jest to podobno najlepszy mój wyrób na tą chwilę, co nie znaczy, że poprzednie nie smakowały. Ale fajnie jest jak coś smakuje.
Składniki:
1. Umytą i oczyszczoną z błonek szynkę pokrój w średnią kostkę.
2. Rozpuść we wrzątku żelatynę, Odstaw do przestudzenia.
3. Do płynnej i chłodnej żelatyny dodaj sól peklową, czosnek, pieprz, cukier puder, majeranek.
4. Wlej mieszankę do mięsa i wyrabiaj mięso przez kilka minut. Ma się mocno kleić.
5. Dodaj do mięsa liście laurowe (całe).
6. Przykryj miskę folią spożywczą i wstaw do lodówki na 2 doby. Co parę godzin należy przemieszać mięso).
7. Włóż woreczek (specjalny do parzenia wędlin) do szynkowaru i przełóż do niego mięso. Liście laurowe wyjmij i wyrzuć.
8. Ubij mięso w szynkowarze i zawiąż woreczek, tak, aby nie było powietrza pomiędzy supełkiem a mięsem.
9. Zamknij szynkowar.
10. Szynkowar wkładamy do garnka z zimną wodą (poziom wody ma sięgać ponad 2-3cm ponad poziom mięsa) i podgrzewamy ją do temperatury około 85 stopni. Taką temp. należy utrzymać przez cały czas gotowania, więc dobrze jest zaopatrzyć się w specjalny, kuchenny termometr.
11. Gotujemy około 2 godziny i 20 minut.
12. Wyjmij szynkowar z wody, ale go nie otwieraj! Odstaw do ostudzenia.
13. Zimny szynkowar włóż do lodówki na dobę po czym wyjmij szyneczkę
i koniec.
Teraz można się delektować, pięknie pachnie, tak samo smakuje, bez żadnych niewiadomych dodatków i jak widać roboty nie za wiele.
Tak się rozochociłam, że mam już pomysł na kolejną szyneczkę.
Co prawda trochę cierpię, bo aktualnie ukarałam się za nieplanowany przyrost masy ciała i zadałam sobie dietę, ale co się odwlecze to nie uciecze, więc daję radę.
Dla mnie jest to okres do wprowadzanie w czyn kolejnych wynalazków tym razem, ogólnie rzecz ujmując, kulinarnych. Bo wiosna i lato to czas na innego rodzaju atrakcje i eksperymenty.
Jeszcze na wiosnę zakupiłam szynkowar, oczywiście w cenie promocyjnej bo takie najbardziej lubię i wreszcie doczekał się swojej inauguracji.
Na pierwszy rzut poszła szynka ( z; przepisy-aleksandry ), która przypadła mi do gustu i stwierdziłam, że będzie dobra na rozpoczęcie mojej zabawy z szynkowarem. I nie pomyliłam się, jest to podobno najlepszy mój wyrób na tą chwilę, co nie znaczy, że poprzednie nie smakowały. Ale fajnie jest jak coś smakuje.
Składniki:
- 1 kg szynki
- 1 łyżka soli peklowej
- 2 łyżki majeranku (można użyć mniej)
- 3-4 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
- 2 liście laurowe
- pół łyżeczki pieprzu
- 1 łyżeczka cukru pudru
- 2 pełne łyżki żelatyny
- 100 ml wrzącej wody
1. Umytą i oczyszczoną z błonek szynkę pokrój w średnią kostkę.
2. Rozpuść we wrzątku żelatynę, Odstaw do przestudzenia.
3. Do płynnej i chłodnej żelatyny dodaj sól peklową, czosnek, pieprz, cukier puder, majeranek.
4. Wlej mieszankę do mięsa i wyrabiaj mięso przez kilka minut. Ma się mocno kleić.
5. Dodaj do mięsa liście laurowe (całe).
6. Przykryj miskę folią spożywczą i wstaw do lodówki na 2 doby. Co parę godzin należy przemieszać mięso).
7. Włóż woreczek (specjalny do parzenia wędlin) do szynkowaru i przełóż do niego mięso. Liście laurowe wyjmij i wyrzuć.
8. Ubij mięso w szynkowarze i zawiąż woreczek, tak, aby nie było powietrza pomiędzy supełkiem a mięsem.
9. Zamknij szynkowar.
10. Szynkowar wkładamy do garnka z zimną wodą (poziom wody ma sięgać ponad 2-3cm ponad poziom mięsa) i podgrzewamy ją do temperatury około 85 stopni. Taką temp. należy utrzymać przez cały czas gotowania, więc dobrze jest zaopatrzyć się w specjalny, kuchenny termometr.
11. Gotujemy około 2 godziny i 20 minut.
12. Wyjmij szynkowar z wody, ale go nie otwieraj! Odstaw do ostudzenia.
13. Zimny szynkowar włóż do lodówki na dobę po czym wyjmij szyneczkę
i koniec.
Teraz można się delektować, pięknie pachnie, tak samo smakuje, bez żadnych niewiadomych dodatków i jak widać roboty nie za wiele.
Tak się rozochociłam, że mam już pomysł na kolejną szyneczkę.
Co prawda trochę cierpię, bo aktualnie ukarałam się za nieplanowany przyrost masy ciała i zadałam sobie dietę, ale co się odwlecze to nie uciecze, więc daję radę.
środa, 18 października 2017
Jak pies z kotem
Ale nie w potocznym znaczeniu ale w takim:
całkiem zgodne współzamieszkiwanie.
Właśnie cały ubiegły tydzień przebywałam u córki i wnuczek i upajałam się w wolnych chwilach zabawnymi widokami. A to jeden z nich. Kudi jest szalony, w moim mniemaniu to zakrawa na psie ADHD. Tak, że właściwie nic dziwnego, że u mnie na wakacjach tylko patrzył aby czmychnąć. Bo tutaj robi to samo. Pomimo solidnego ogrodzenie wzmocnionego na dole dodatkowo siatką i tak udało mu się wygryść dziurkę. A ponieważ jest dość miernych rozmiarów, więc żaden problem przecisnąć się i odwiedzić pieski po sąsiedzku.
A w domu, jak już wcześniej pisałam http://kocham-wies.blogspot.com/2015/11/nadal-jestem-w-odwiedzinach-u-corki-i.html pomieszkują dwa śliczne kocurki. Tak, że Kudi od czasu do czasu usiłuje, no właściwie nie wiem co usiłuje, chyba je w jakiś sposób skłonić do zabawy?
Zaczyna szczekać, ale raczej na odległość;
kocurek unosi łapkę jak do nokautu, ale nigdy nie zaatakował, tak jakby ostrzegał , Kudi również za bardzo się nie spoufala. Taki swego rodzaju wzajemny szacunek.
To Puszek jest tym odważniejszym kocurkiem i nie hańbi się ucieczką tylko dzielnie broni kociego honoru. Garfild z kolei woli zejść z drogi i nie pozwala sobie na zbytną konfrontację.
A co poza wolnymi chwilami? To co zawsze, czyli musiałam nacieszyć się obecnością przede wszystkim wnuczek i troszkę, jak zwykle podogadzać kulinarnie. A co najważniejsze naładować akumulatory na okres 2 miesięcy, bo kolejne spotkanie dopiero na Święta w Rzeszowie.
całkiem zgodne współzamieszkiwanie.
Właśnie cały ubiegły tydzień przebywałam u córki i wnuczek i upajałam się w wolnych chwilach zabawnymi widokami. A to jeden z nich. Kudi jest szalony, w moim mniemaniu to zakrawa na psie ADHD. Tak, że właściwie nic dziwnego, że u mnie na wakacjach tylko patrzył aby czmychnąć. Bo tutaj robi to samo. Pomimo solidnego ogrodzenie wzmocnionego na dole dodatkowo siatką i tak udało mu się wygryść dziurkę. A ponieważ jest dość miernych rozmiarów, więc żaden problem przecisnąć się i odwiedzić pieski po sąsiedzku.
A w domu, jak już wcześniej pisałam http://kocham-wies.blogspot.com/2015/11/nadal-jestem-w-odwiedzinach-u-corki-i.html pomieszkują dwa śliczne kocurki. Tak, że Kudi od czasu do czasu usiłuje, no właściwie nie wiem co usiłuje, chyba je w jakiś sposób skłonić do zabawy?
Zaczyna szczekać, ale raczej na odległość;
kocurek unosi łapkę jak do nokautu, ale nigdy nie zaatakował, tak jakby ostrzegał , Kudi również za bardzo się nie spoufala. Taki swego rodzaju wzajemny szacunek.
To Puszek jest tym odważniejszym kocurkiem i nie hańbi się ucieczką tylko dzielnie broni kociego honoru. Garfild z kolei woli zejść z drogi i nie pozwala sobie na zbytną konfrontację.
A co poza wolnymi chwilami? To co zawsze, czyli musiałam nacieszyć się obecnością przede wszystkim wnuczek i troszkę, jak zwykle podogadzać kulinarnie. A co najważniejsze naładować akumulatory na okres 2 miesięcy, bo kolejne spotkanie dopiero na Święta w Rzeszowie.
sobota, 7 października 2017
Wspomnienie lata
Poprzednio pisałam, że tak szybko jakoś w tym roku odeszło i pewnie dlatego mam jakiś niedosyt. I to znaczny niedosyt. Na szczęście zdążyłam uwiecznić kilka chwil letniego krajobrazu. Tym razem to okolice dojazdowe do Chabaziewa.
Taki niesamowity, malowniczy, sielski krajobraz
i wznosząca się do góry droga dojazdowa. Uwielbiam w lecie uskuteczniać przejażdżki i oglądać co dzieje się dookoła i jak zmienia się przyroda. Ale zdecydowanie dla mnie ta letnia jest najpiękniejsza.
Tutaj przywędrowała cykoria podróżnik. To te niebieskie kwiatuszki, które lubią takie suche, słoneczne łąki i nieużytki.
No i oczywiście w takim klimacie nie może zabraknąć przydrożnych kapliczek. Ta powyżej została ufundowana w 1964r w miejscu dotychczasowego krzyża.
Poniżej, kapliczka z roku 1963 ufundowana w miejscu krzyża, który stał tu od końca XVIII w. jako krzyż gradowy. Obie jak widać mają swoich opiekunów.
Z tą kapliczką związana jest nawet ciekawa legenda tzw. Błąda. Głosi ona, że kto tam znalazł się w nocy błądził, mylił drogę i szedł zawsze gdzie indziej, a nie tam gdzie zamierzał. Do niedawna jeszcze żyli ludzie, którzy o tym opowiadali i sami doznawali takiego zdarzenia. ( Kąkolówka dawniej i dziś. Ks Piotr Jamioł ).
Przemierzając Polskie drogi w całym kraju możemy natknąć się na liczne kapliczki przydrożne oraz krzyże. Elementy te stanowią już niejako nieodłączny element rodzimego krajobrazu. Znajdziemy je w najróżniejszych lokalizacjach – we wsiach, w lasach, na polach, na rozdrożach i skrzyżowaniach, ale również w przydomowych ogródkach, na strumieniami oraz rzekami. Dla wielu z nas ich występowanie nie jest niczym niezwykłym, bo wydaje nam się że istnieją w tych miejscach od zawsze. Jedne są bardzo skromne, inne rozbudowane i kolorowe.
Stanowią one swoistą perełkę i ozdobę. Dają nam również świadectwo wiary pośród naszych przodków, ich kultury oraz tradycji. Wiele kapliczek, które przez lata zachowały się do dnia dzisiejszego stanowią obecnie najcenniejsze zabytki w swojej okolicy. Budowane były z najprostszych dostępnych materiałów – kamienie, drewno itp. Stanowiły miejsce zatrzymania się na krótką modlitwę, o której miały przypominać, były również drogowskazami.
Stworzenie kapliczki najczęściej wymagało poniesienia kosztów. Fundowali je rodziny chłopskie oraz szlacheckie, lokalne parafie lub społeczności. Powodów budowania kapliczek w konkretnych wsiach czy miasteczkach było bardzo wiele. Często wierzono, iż obecność patrona uchroni mieszkańców lub daną rodzinę przed nieszczęściami. Wiele z nich było stworzone w dziękczynieniu za wspaniałe wyzdrowienie, szczęśliwy powrót członka rodziny z wojny, pomyślność czy uchronienie od kataklizmu. Zdarzały się również sytuacje, że wystawienie kapliczki stanowiło pokutę za popełnione grzechy.
Kapliczki stawiano aby czuć obecność i opiekę Jezusa pośród niewielkiej lokalnej społeczności. Wielokrotnie znajdowały się w miejscach, które cieszyły się złą sławą, np. w celu odpędzenia złych duchów. ( wiecznapamiec.pl ).
I jeszcze rzut oka na pobliskie pola,
dzikie łąki,
pobocza,
i drogę gminną w całej okazałości.
Bo mnie jest szkoda lata .....
Taki niesamowity, malowniczy, sielski krajobraz
i wznosząca się do góry droga dojazdowa. Uwielbiam w lecie uskuteczniać przejażdżki i oglądać co dzieje się dookoła i jak zmienia się przyroda. Ale zdecydowanie dla mnie ta letnia jest najpiękniejsza.
Tutaj przywędrowała cykoria podróżnik. To te niebieskie kwiatuszki, które lubią takie suche, słoneczne łąki i nieużytki.
No i oczywiście w takim klimacie nie może zabraknąć przydrożnych kapliczek. Ta powyżej została ufundowana w 1964r w miejscu dotychczasowego krzyża.
Poniżej, kapliczka z roku 1963 ufundowana w miejscu krzyża, który stał tu od końca XVIII w. jako krzyż gradowy. Obie jak widać mają swoich opiekunów.
Z tą kapliczką związana jest nawet ciekawa legenda tzw. Błąda. Głosi ona, że kto tam znalazł się w nocy błądził, mylił drogę i szedł zawsze gdzie indziej, a nie tam gdzie zamierzał. Do niedawna jeszcze żyli ludzie, którzy o tym opowiadali i sami doznawali takiego zdarzenia. ( Kąkolówka dawniej i dziś. Ks Piotr Jamioł ).
Przemierzając Polskie drogi w całym kraju możemy natknąć się na liczne kapliczki przydrożne oraz krzyże. Elementy te stanowią już niejako nieodłączny element rodzimego krajobrazu. Znajdziemy je w najróżniejszych lokalizacjach – we wsiach, w lasach, na polach, na rozdrożach i skrzyżowaniach, ale również w przydomowych ogródkach, na strumieniami oraz rzekami. Dla wielu z nas ich występowanie nie jest niczym niezwykłym, bo wydaje nam się że istnieją w tych miejscach od zawsze. Jedne są bardzo skromne, inne rozbudowane i kolorowe.
Stanowią one swoistą perełkę i ozdobę. Dają nam również świadectwo wiary pośród naszych przodków, ich kultury oraz tradycji. Wiele kapliczek, które przez lata zachowały się do dnia dzisiejszego stanowią obecnie najcenniejsze zabytki w swojej okolicy. Budowane były z najprostszych dostępnych materiałów – kamienie, drewno itp. Stanowiły miejsce zatrzymania się na krótką modlitwę, o której miały przypominać, były również drogowskazami.
Stworzenie kapliczki najczęściej wymagało poniesienia kosztów. Fundowali je rodziny chłopskie oraz szlacheckie, lokalne parafie lub społeczności. Powodów budowania kapliczek w konkretnych wsiach czy miasteczkach było bardzo wiele. Często wierzono, iż obecność patrona uchroni mieszkańców lub daną rodzinę przed nieszczęściami. Wiele z nich było stworzone w dziękczynieniu za wspaniałe wyzdrowienie, szczęśliwy powrót członka rodziny z wojny, pomyślność czy uchronienie od kataklizmu. Zdarzały się również sytuacje, że wystawienie kapliczki stanowiło pokutę za popełnione grzechy.
Kapliczki stawiano aby czuć obecność i opiekę Jezusa pośród niewielkiej lokalnej społeczności. Wielokrotnie znajdowały się w miejscach, które cieszyły się złą sławą, np. w celu odpędzenia złych duchów. ( wiecznapamiec.pl ).
I jeszcze rzut oka na pobliskie pola,
pobocza,
i drogę gminną w całej okazałości.
Bo mnie jest szkoda lata .....
niedziela, 1 października 2017
Koniec lata
Tak sobie myślę, że w tym roku jakoś to lato szybciej się skończyło, szybciej minęło czy to wina szybciej mijającego czasu?? Czasami mam takie wrażenie, tyle do zrobienia a tu nie ma kiedy. Dni szybko mijają a wieczorki to obowiązkowo szydełko i coś fajnego do oglądania a za chwilę już noc. No i kiedy zrobiło się tak późno??? A przecież emerytura to podobno więcej czasu. No u mnie jakoś to inaczej się dzieje. Na wszystko brak mi go. To chyba przez te moje pomysły tzw. pochłaniacze czasu a co rusz coś przybywa.
Teraz np. zakochałam się w chustach a ponieważ idzie nieuchronnie jesień i zima więc na ten czas parasolki, firanki i obrusy poszły na bok i chwilowo zamieniłam szydełko na druty i coś takiego popełniłam wieczorową porą;
jest to olbrzymi chusto - szal o wdzięcznej nazwie Arabella, składający się z 12 trójkątów. Jeszcze brakuje jednego- czerwonego i będzie skończony. Teraz kombinuję jaką tu wykombinować czapkę. Ale na pewno znajdę coś nietuzinkowego, już nawet mam coś na oku. I to jest kolejne wyzwanie a w kolejce czekają następne. To dzierganie to jest jak narkotyk ciągle musisz i ciągle mało.
W międzyczasie pomiędzy trójkątami znalazłam czas na buraczki. Przecież teraz sezon burakowy więc oprócz przepysznych barszczyków na zmianę z zupą dyniową http://kocham-wies.blogspot.com/2016/09/dynia-i-nie-tylko.html zabrałam się za ich marynowanie: http://kocham-wies.blogspot.com/2016/10/i-na-koniec-buraki.html , To te najmniejsze nadają się do tego wyśmienicie. A na dodatek pozostała po buraczkach w słoikach zalewa nadaje się wyśmienicie do barszczyku zamiast kupnego koncentratu. To takie 2 w 1.
Urwis Kudi powrócił na łono bliższej rodziny
czyli do wnuczek a ja wreszcie zabiorę się z porządkowanie ogrodu. Wcześniej niestety nie było to możliwe bo psiaczek odkrył, że może zwiedzać okolicę razem z pieskiem sąsiadki. I tylko czekał na moją nieuwagę. I stało się, udało mu się mi uciec. Jak raz to zrobił tak mu się to spodobało, że nie było szansy aby nad nim zapanować. Turystyka mu się spodobała i kolega również..I właśnie pewnego pięknego dnia wybrał się z kolegą zwiedzać pobliskie pola i knieje. Na moje wrzaski i dziwne ruchy raczył nie zważać. No i wolność się skończyła. Za nic w świecie nie chciałam powtórki i panicznego strachu.... co ja powiem Klarze jak Kudi zginie. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju i nie należy do moich ulubionych.
A na ogródku koszmarnie, chabazie, przekwitłe kwiaty i mnóstwo roboty mnie czeka.
Ale zawsze jest coś miłego, zakwitła wreszcie taka dalia:
pewnie jej żywot nie będzie długi bo straszą przymrozkami, ale dobrze choć na chwilę jeszcze oko pocieszyć.
Teraz np. zakochałam się w chustach a ponieważ idzie nieuchronnie jesień i zima więc na ten czas parasolki, firanki i obrusy poszły na bok i chwilowo zamieniłam szydełko na druty i coś takiego popełniłam wieczorową porą;
jest to olbrzymi chusto - szal o wdzięcznej nazwie Arabella, składający się z 12 trójkątów. Jeszcze brakuje jednego- czerwonego i będzie skończony. Teraz kombinuję jaką tu wykombinować czapkę. Ale na pewno znajdę coś nietuzinkowego, już nawet mam coś na oku. I to jest kolejne wyzwanie a w kolejce czekają następne. To dzierganie to jest jak narkotyk ciągle musisz i ciągle mało.
W międzyczasie pomiędzy trójkątami znalazłam czas na buraczki. Przecież teraz sezon burakowy więc oprócz przepysznych barszczyków na zmianę z zupą dyniową http://kocham-wies.blogspot.com/2016/09/dynia-i-nie-tylko.html zabrałam się za ich marynowanie: http://kocham-wies.blogspot.com/2016/10/i-na-koniec-buraki.html , To te najmniejsze nadają się do tego wyśmienicie. A na dodatek pozostała po buraczkach w słoikach zalewa nadaje się wyśmienicie do barszczyku zamiast kupnego koncentratu. To takie 2 w 1.
Urwis Kudi powrócił na łono bliższej rodziny
czyli do wnuczek a ja wreszcie zabiorę się z porządkowanie ogrodu. Wcześniej niestety nie było to możliwe bo psiaczek odkrył, że może zwiedzać okolicę razem z pieskiem sąsiadki. I tylko czekał na moją nieuwagę. I stało się, udało mu się mi uciec. Jak raz to zrobił tak mu się to spodobało, że nie było szansy aby nad nim zapanować. Turystyka mu się spodobała i kolega również..I właśnie pewnego pięknego dnia wybrał się z kolegą zwiedzać pobliskie pola i knieje. Na moje wrzaski i dziwne ruchy raczył nie zważać. No i wolność się skończyła. Za nic w świecie nie chciałam powtórki i panicznego strachu.... co ja powiem Klarze jak Kudi zginie. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju i nie należy do moich ulubionych.
A na ogródku koszmarnie, chabazie, przekwitłe kwiaty i mnóstwo roboty mnie czeka.
Ale zawsze jest coś miłego, zakwitła wreszcie taka dalia:
pewnie jej żywot nie będzie długi bo straszą przymrozkami, ale dobrze choć na chwilę jeszcze oko pocieszyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























